Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 października 2013

Tym razem o czytaniu i czekoladowych foremkach z gorącymi bananami i jogurtem



Książki kupujemy akcyjnie. Są momenty, kiedy nie kupujemy ich przez miesiąc. I nagle jak w totalnym amoku ruszamy w internet i zamawiamy ich kartony Jak czytam Kazuo Ishiguro, to wszystko. Kiedy spodobał mi się Jonathan Carroll, to przeczytałam każdą jego książkę, która mi wpadła w ręce.
Lubię mieć zapas. Uspokaja mnie myśl, że w najbliższym czasie nie będę się martwić brakiem. Napawam oko widokiem solidnego stosu na nocnej szafce. Kiedy układam na stoliku przy łóżku książki do czytania ogarnia mnie błogi spokój. Im grubsza książka tym lepiej. Będę ją czytać dłużej. Ale tu tkwi paradoks. Im ciekawsza książka tym szybciej ją czytam i w połowie zaczynam się martwić, że „szklanka jest już w połowie wypita”. Wtedy staram się zwolnić tempo, bo uczucie kończenia dobrej lektury jest podobne do pożegnania z bliskim przyjacielem, który wyjeżdża na kraniec świata. Ogarnia mnie smutek. A jeszcze większy, kiedy uzmysłowię sobie, że już nigdy nie przeczytam jej po raz pierwszy.
To chwilowe załamanie nastroju, bo przecież w kolejce czeka następny „przyjaciel”. I póki książek jest kilka, nic nie mąci radości z czytania. Gorzej, kiedy stos przy łóżku topnieje i widmo pustego stolika zagląda mi w oczy.
Książki czytamy tradycyjnie i po nowemu. Tablet przebrnął ze mną przez mękę z panem Gray'em. Na nim czytałam też większość książek Haruki Murakami'ego. Ibooki to na razie gwarancja szybkiego zaśnięcia. Nic mnie tak dobrze nie wyłącza jak słuchawki na uszach a w nich kojący głos lektora. Żaden Marek Krajewski i mroczne zakamarki Breslau nie były w stanie utrzymać mnie na powierzchni jawy. Spałam jak dziecko.
Najbardziej lubię po prostu kartki. Nowa książka pachnie inaczej niż już otwarta. Pierwsze co robię z nową książką, to wsadzam w nią nos. Świeża farba drukarska, jeszcze sztywne kartki i ten szelest po raz pierwszy przewracanych stron. To zapowiedź tego co mnie czeka.
Jest jak zapach z kuchni jako zwiastun dobrego jedzenia.
Założę się, że też macie swoje książkowe rytuały. Napiszecie jakie?
A do dobrej strawy duchowej pasuje smaczna strawa materialna czyli:
Kruche czekoladowe ciasteczka z gorącymi bananami i jogurtem

To właściwie inna wersja moich ulubionych naleśników. Zamiast zawijać banany w placek, napełniłam nimi foremki. Wyszedł pyszny deser do kawy.



Czekoladowe tartki:
1 szklanka mąki
1 łyżka kakao
pół kostki zimnego masła
1 łyżka cukru pudru
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
szczypta soli

Szybciutko zagniatamy ciasto. Rozwałkowujemy je na cienki placek i wypełniamy nim formy do tarteletek. Obcinamy krawędzie, nakłuwamy ciasto widelcem i odkładamy do lodówki na godzinę. Po godzinie rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni i wyjmujemy ciastka z lodówki. Wycinamy z papieru do pieczenia kwadraty bądź krążki wielkości foremek i przykrywamy nim ciasto. Na papier sypiemy groch lub fasolę. Ten zabieg zapobiegnie zbytniemu wyrośnięciu ciasta. Wkładamy foremki z ciastem do piekarnika. Po 10 minutach usuwamy papier z obciążeniem i dopiekamy jeszcze 7-10 minut. Studzimy ciasteczka.
I to właściwie jest koniec roboty. Co zapakujemy do środka foremek zależy tylko od naszych upodobań i smaków. Kto lubi budyń, niech wleje budyń i udekoruje np. malinami. Kto woli czekoladę, ten może stopić swoją ulubioną i wlać ją do ciasteczek. Lub położyć na dnie połówkę orzecha włoskiego i wtedy nalać czekolady.
Ja lubię karmelizowane banany. I dodatek jogurtu.
Jak to zrobić?

2 banany
2 łyżki cukru
2 łyżki masła
1 łyżka rumu
oraz:
jogurt
płatki migdałowe

Na patelni rozgrzewamy i topimy masło. Sypiemy cukier. Kiedy cukier się rozpuści wrzucamy banany pokrojone w grube plastry. Delikatnie obracamy patelnią, żeby banany pokryły się sosem. Smażymy banany 3 minuty i na koniec polewamy rumem. Smażymy jeszcze minutę i zdejmujemy z ognia. Lekko studzimy.
Jeszcze ciepłymi bananami wypełniamy czekoladowe tarteletki. Na banany nakładamy solidną łyżkę jogurtu (najlepiej gęstego, greckiego) i posypujemy uprażonymi płatkami migdałowymi.




I chrupkie, i miękkie, i zimne i ciepłe. Kubki smakowe są nieco zdezorientowane ale dzięki temu odczucia mamy bardziej intensywne.




Smacznego i ciągle słonecznego, dłuższego o godzinę weekendu. Można godzinę dłużej poczytać.

wtorek, 12 lutego 2013

Ostry makaron z tuńczykiem czyli książki są super




Zapewne niektórym z was nieobcy jest niepokój, że jeszcze tylko 60 stron i nie będzie co czytać.
Na naszych szafkach nocnych stoją stosy książek. Po lewej panują trudne warunki wojenne przeplatane ironią Clarksona i okraszone mądrymi wywodami giełdowych guru. Po prawej losy śmieszne, dramatyczne i łzawe mieszają się z recepturami na truciznę doskonałą i mrokami skandynawskiej prowincji.
Sytuacja, że za chwilę nie będzie co czytać jest porównywalna w swojej grozie do informacji, że za trzy godziny skończy się na Ziemi tlen.
Jak tu żyć bez tlenu?
Jak żyć bez książek?
Biorąc pod uwagę, że 100 % naszych dobrych książkowych znajomych śpi snem zimowym na pewnym poddaszu, to łatwo zrozumieć, że uratować nas może tylko świeża książkowa krew.

Wyruszyliśmy na zakupy. Efekt to spory zapas kupiony za śmieszne pieniądze. Od Hellera za 3,99 do albumu Rolling Stone’sów za 29,99.
Pisałam kiedyś o wyprzedażach. Niech niebiosa błogosławią dobrym ludziom, którzy przeceniają sezonowo książki.
Z nieukrywaną satysfakcją zmierzyliśmy z MMŻ wzrokiem nasze dzisiejsze łupy.
Śmierć z książkowego głodu została odroczona. Uf.



Wśród stosu widocznego na zdjęciu jest malutka książeczka (cena to 6,99) BBC Pikantne dania. To z niej jest dzisiejsza propozycja.



Ostry makaron z tuńczykiem:

3 szklanki makaronu (w moim przypadku tagliatelle z chili)
garnek wody
1 łyżka soli
2 łyżki oliwy
1 cebula, pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku, pokrojone drobno
2 łyżki kaparów
1 malutka papryczka chili, drobno pokrojona
skórka otarta z jednej wyszorowanej cytryny
1 puszka tuńczyka w oleju
3 łyżki natki pietruszki, pokrojonej z grubsza
pieprz i sól

Stawiamy garnek na piecu i zagotowujemy wodę. Sypiemy sól. Wrzucamy makaron. Nie przykrywamy garnka, ale co jakiś czas mieszamy. Gotujemy makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu lub tak, jak lubimy.
W czasie kiedy makaron się gotuje, robimy sos. Na zimną oliwę sypiemy cebulę, czosnek i chili. Po pięciu minutach rozgrzewamy oliwę i szklimy cebulę i jej koleżanki. Dodajemy kapary i skórkę z cytryny. Na końcu wkładamy tuńczyka razem z oliwą. Odcedzamy makaron (nieco wody zostawiamy). Dokładamy makaron do sosu i mieszamy. Jeśli macie wrażenie, ze sosu jest mało, dolejcie nieco wody z gotowania makaronu.  Posypcie świeżo zmielonym pieprzem, solą do smaku i natką pietruszki.

Jeśli nie jesteście fanami ostrych doznań, użyjcie zamiast makaronu z chili, zwykłego makaronu. I nie dodawajcie chili. Założę się, że w tej, łagodnej wersji, też będzie pyszny.
I zrobienie tego dania trwa tyle, ile gotuje się makaron. Czyli w tygodniu pełnym pracy, danie idealne.



Smacznego

sobota, 24 marca 2012

Co lubiły smoki i moja zupa porowa


Moją ulubiona książką w dzieciństwie był Byczek Fernando. Chyba dla niego nauczyłam się czytać. Jeśli pozostawiono mi wybór bajki do przeczytania na dobranoc, zawsze był to Fernando.
Nie byłam troskliwym czytelnikiem. Moja książka miała zagięte rogi i nieodłączne rysunki księżniczek w błękitnych sukienkach. Potem poluzowały się nici trzymające całość. W końcu zaginęła gdzieś środkowa część. Ale nic to. Ja i tak znałam tę książkę na pamięć. Nie tylko każdy wers ale i każdy rysunek. Wiedziałam, która seniorita ma różową sukienkę i po której stronie balkonu siedzi. Policzyłam wszystkie kwiatki na ulubionej łące Byczka.
Ktoś powiedział, że posiadanie dzieci to poniekąd powrót do dzieciństwa. Nie do końca i nie w każdym aspekcie. Ale jeśli chodzi o czytanie, na pewno. Póki miałam wpływ na dobór lektur moich Dzieci, mogłam bezkarnie przenosić się w czasie do mojej dziecięcej biblioteki. Razem śmiałyśmy się z przygód Koziołka Matołka, płakałyśmy nad zabieranym z łąki Fernandem, uczyłyśmy się na pamięć Brzechwy. Ale pojawiły się też lektury nowe, poznawane razem z moimi Córkami. Opowieści o piesku i kotce Josefa Czapka były nienachalnie pouczające.  Magdalena Samozwaniec i jej Opowieści dla dzieci straszyły nas i zaganiały pod kołdrę. Najśmieszniejsze jednak były Opowieści o smokach pani Beaty Krupskiej. Ilość łez śmiechu, które wylałyśmy czytając tę książkę, zapełniłaby spore wiadro. Rozdział o lekcji latania do dziś powoduje napady radości.
Niektóre wybory lektur do dziś pozostają dla mnie niewiadomą. Dlaczego akurat tę, a nie inną książkę czytałam dzieciom? Czy Księżniczka Angina Rolanda Topora była na pewno odpowiednią lekturą dla dziesięciolatki?
Najważniejsze, że głód czytania został rozbudzony i miejmy nadzieję, nie zostanie zaspokojony.
Wracając do smoków, przeczytajcie tę książkę nawet jeśli nie jesteście dziećmi. To radość czytania w najczystszej postaci. Jeśli, nie daj Boże, oglądaliście kreskówkę, nakręconą na bazie książki, to szybko o niej zapomnijcie. Film był klęską. Za to książka - miód z benzynką.
A smoki lubiły karmelki, dropsy, muchomory i zupę ogórkową.

Przepis na danie z muchomorów chyba znajdziecie gdzie indziej.
Zupa ogórkowa nie gości na naszym stole, bo najnormalniej w świecie nikt jej u nas nie lubi. Za to inna zupa, podobna w kolorze, cieszy się zasłużoną sympatią. To zupa porowa.

Pory to fantastyczny składnik wielu dań. I na zimno w sałatce z groszkiem (ach ta zieleń!) i na ciepło w paju, nigdy nie rozczarowują. Wiem, że nie wszyscy są do nich przekonani, ale może zupa skłoni kogoś do zmiany zdania.
Jedną z nabardziej eleganckich zup jest vichyssoise. Zmiksowane pory z białym winem i śmietaną są restauracyjną klasyką. Moja propozycja nie jest tak luksusowa, ale zaręczam, że smakuje fantastycznie. I nazywa sie po prostu zupą porową.  
Podejrzewam, że smokom też przypadłaby do gustu.



zupa porowa
(cztery talerze)

1,5 litra bulionu warzywnego lub drobiowego
2 pory (tylko części białe i blado zielone)
1 duży ziemniak
1 łyżka masła
1 łyżka mąki pszennej
pół szklanki kwaśnej śmietany
pieprz i sól
szczypiorek

Myjemy i obieramy z wierzchniej warstwy pory. Kroimy je na cieńkie (2mm) półplasterki. Obieramy ziemniaka i kroimy w kostkę. Zagotowujemy bulion i wrzucamy do niego ziemnika. Niech się ugotuje do miękkości.
Na patelni rozpuszczamy masło i lekko dusimy pory. Kiedy nieco omdleją, zwiększamy temperaturę i posypujemy mąką. Smażymy przez chwilę, mieszając. Dolewamy chochlę gotującego się bulionu i znów mieszamy. Łączymy bulion z porami. Do kubeczka ze śmietaną wlewamy kilka łyżek gorącej zupy, żeby śmietanę zahartować (nie bedzie zszokowana i nie zwarzy się, kiedy wlejemy ją do zupy) i wlewamy ją do garnka z zupą. Szybciutko zagotowujemy i zdejmujemy z ognia. Doprawiamy, jeśli trzeba, solą i obowiązkowo używamy pieprzu. Najlepiej białego. Rozlewamy zupę do miseczek i posypujemy pociętym drobno szczypiorkiem.
Jak tu się nie cieszyć taką zielonością na stole? A jeśli chcecie zabłysnąć swoim wielkoświatowym obyciem, zmiksujcie ją i podajcie mówiąc, że to wasza wersja vichyssoise.



Życzę bardzo pogodnej soboty i smacznego