Książki kupujemy akcyjnie. Są momenty, kiedy nie kupujemy ich przez miesiąc. I nagle jak w totalnym amoku ruszamy w internet i zamawiamy ich kartony Jak czytam Kazuo Ishiguro, to wszystko. Kiedy spodobał mi się Jonathan Carroll, to przeczytałam każdą jego książkę, która mi wpadła w ręce.
Lubię mieć zapas. Uspokaja mnie myśl,
że w najbliższym czasie nie będę się martwić brakiem. Napawam
oko widokiem solidnego stosu na nocnej szafce. Kiedy układam na
stoliku przy łóżku książki do czytania ogarnia mnie błogi
spokój. Im grubsza książka tym lepiej. Będę ją czytać dłużej.
Ale tu tkwi paradoks. Im ciekawsza książka tym szybciej ją czytam
i w połowie zaczynam się martwić, że „szklanka jest już w
połowie wypita”. Wtedy staram się zwolnić tempo, bo uczucie
kończenia dobrej lektury jest podobne do pożegnania z bliskim
przyjacielem, który wyjeżdża na kraniec świata. Ogarnia mnie
smutek. A jeszcze większy, kiedy uzmysłowię sobie, że już nigdy
nie przeczytam jej po raz pierwszy.
To chwilowe załamanie nastroju, bo
przecież w kolejce czeka następny „przyjaciel”. I póki książek
jest kilka, nic nie mąci radości z czytania. Gorzej, kiedy stos
przy łóżku topnieje i widmo pustego stolika zagląda mi w oczy.
Książki czytamy tradycyjnie i po
nowemu. Tablet przebrnął ze mną przez mękę z panem Gray'em. Na
nim czytałam też większość książek Haruki Murakami'ego. Ibooki to na
razie gwarancja szybkiego zaśnięcia. Nic mnie tak dobrze nie
wyłącza jak słuchawki na uszach a w nich kojący głos lektora.
Żaden Marek Krajewski i mroczne zakamarki Breslau nie były w stanie
utrzymać mnie na powierzchni jawy. Spałam jak dziecko.
Najbardziej lubię po prostu kartki.
Nowa książka pachnie inaczej niż już otwarta. Pierwsze co
robię z nową książką, to wsadzam w nią nos. Świeża farba
drukarska, jeszcze sztywne kartki i ten szelest po raz pierwszy
przewracanych stron. To zapowiedź tego co mnie czeka.
Jest jak zapach z kuchni jako zwiastun dobrego jedzenia.
Jest jak zapach z kuchni jako zwiastun dobrego jedzenia.
Założę się, że też macie swoje
książkowe rytuały. Napiszecie jakie?
A do dobrej strawy duchowej pasuje
smaczna strawa materialna czyli:
Kruche czekoladowe ciasteczka z
gorącymi bananami i jogurtem
To właściwie inna wersja moich
ulubionych naleśników. Zamiast zawijać banany w placek, napełniłam
nimi foremki. Wyszedł pyszny deser do kawy.
Czekoladowe tartki:
1 szklanka mąki
1 łyżka kakao
pół kostki zimnego masła
1 łyżka cukru pudru
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody
szczypta soli
Szybciutko zagniatamy ciasto.
Rozwałkowujemy je na cienki placek i wypełniamy nim formy do
tarteletek. Obcinamy krawędzie, nakłuwamy ciasto widelcem i
odkładamy do lodówki na godzinę. Po godzinie rozgrzewamy piekarnik
do 180 stopni i wyjmujemy ciastka z lodówki. Wycinamy z papieru do
pieczenia kwadraty bądź krążki wielkości foremek i przykrywamy
nim ciasto. Na papier sypiemy groch lub fasolę. Ten zabieg
zapobiegnie zbytniemu wyrośnięciu ciasta. Wkładamy foremki z
ciastem do piekarnika. Po 10 minutach usuwamy papier z obciążeniem
i dopiekamy jeszcze 7-10 minut. Studzimy ciasteczka.
I to właściwie jest koniec roboty. Co
zapakujemy do środka foremek zależy tylko od naszych upodobań i
smaków. Kto lubi budyń, niech wleje budyń i udekoruje np.
malinami. Kto woli czekoladę, ten może stopić swoją ulubioną i
wlać ją do ciasteczek. Lub położyć na dnie połówkę orzecha
włoskiego i wtedy nalać czekolady.
Ja lubię karmelizowane banany. I
dodatek jogurtu.
Jak to zrobić?
2 banany
2 łyżki cukru
2 łyżki masła
1 łyżka rumu
oraz:
jogurt
płatki migdałowe
Na patelni rozgrzewamy i topimy masło.
Sypiemy cukier. Kiedy cukier się rozpuści wrzucamy banany pokrojone
w grube plastry. Delikatnie obracamy patelnią, żeby banany pokryły
się sosem. Smażymy banany 3 minuty i na koniec polewamy rumem.
Smażymy jeszcze minutę i zdejmujemy z ognia. Lekko studzimy.
Jeszcze ciepłymi bananami wypełniamy
czekoladowe tarteletki. Na banany nakładamy solidną łyżkę
jogurtu (najlepiej gęstego, greckiego) i posypujemy uprażonymi
płatkami migdałowymi.
I chrupkie, i miękkie, i zimne i
ciepłe. Kubki smakowe są nieco zdezorientowane ale dzięki temu
odczucia mamy bardziej intensywne.
Smacznego i ciągle słonecznego,
dłuższego o godzinę weekendu. Można godzinę dłużej poczytać.