Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

Zakiszony, zakiszona, zakiszone czyli kimchi i nie tylko




Kisiłam już ogórki i rzodkiewkę(sezonowo), marchewkę, buraki (wciąż i wciąż), pomidorki (tylko w latem), mąkę żytnią razową na żurek, mąkę pszenną razową na chleb, cytryny (och, ten Yotam!), no i kapustę.
Już kiedyś polecałam wam kimchi ale teraz, kiedy pożądliwie patrzymy na każdy fragment zieleni dobrze jest wrócić do kiszonek.
Ta ostatnia cieszy się w moim domu popularnością dorównującą papierowi toaletowemu w ostatnich dniach. Znika w podobnym tempie. I choć lubimy kiszoną kapustę w wielu odsłonach za wyjątkiem kapuśniaku i bigosu, to na pierwsze miejsce wysuwa się ostatnio kimchi.
Jemy słoik za słoikiem  i najeść się nie możemy. Smakuje nam i już. Ostre toto jest jak przedsionek piekieł,  śmierdzi jak najprzedniejszy rozkładający się ser. Ale jak smakuje!

Otwarcie słoika jest nieporównywanym z niczym innym przeżyciem estetycznym. Ekstatycznym.
"Śmierdzi toto jak dno beczki" - pamiętacie ten fragment. Dotyczy co prawda niewinnego zwierzątka w kropeczki ale gdyby autor spróbował choć raz wyziewów ze słoika z kimchi, nigdy biedronka nie zostałaby opisana jako "dno beczki".

Kiedyś już, chyba przy okazji gotowania dhala, wspominałam żeby nie sądzić po pozorach. Coś, co wygląda mało instagramowo, przy bliższym poznaniu okazuje się bramą do  nieba.
Z kimchi jest podobnie. Chociaż wzbudza uczucia skrajne. Jedni porzucają ją z odrazą po pierwszej randce a inni przysięgają jej miłość do grobowej deski.
Nietrudno się domyślić, że należymy do tych drugich.

By nie było nudno (w końcu to tylko kapusta, prawda?), dorzucam przepis na placki z kimchi. Muszę jednak przyznać, że w drugiej propozycji to nie placki są gwiazdą a sos do nich. Można go zjeść nawet z kawałkiem tektury i jestem przekonana, że tektura byłaby pyszna;)

Jako, że siedzimy w domu (w większości), gotujemy, smażymy i pieczemy, może rzućmy okiem na przepis o kiszeniu.
Dochodzą do mnie narzekania, że a to spódnica się skurczyła, a to skarpetę trudno naciągnąć. Może pieczmy mniej a kiśmy więcej? Byśmy sami nie skiśli.

Zanim zerwiemy pierwszą fasolkę czy pochylimy się nad pierwszą truskawką, wyjmijmy ze słoika kawał  bomby witaminowej i jedzmy bez wyrzutów sumienia.



kimchi przepis 3

1 kapusta pekińska
4 łyżki soli, najlepiej niejodowanej
6 ząbków czosnku
kawałek imbiru wielkości kciuka
2 łyżeczki cukru pudru
2 łyżki koreanskiej pasty paprykowej gochujang (Marzyniu, podzielam twoją radość)
1 biała rzepa
1 marchewka
 zielonych cebulek
Czasami dodaję element na wskroś śmierdzący czyli 1 łyżkę pasty krewetkowej ale i bez niej ta kiszonka ma moc.

Umytą kapustę pekińską kroimy na około 4 centymetrowe kawałki. Posypujemy  solą i dokładnie mieszamy. Ugniatamy kapustę z solą  parę minut i zalewamy zimną wodą. Zostawiamy w lodówce na 2 godziny.

Odcedzamy dokładnie a potem wyciskamy z kapusty resztę wody.

Przygotowujemy pastę. Pastę gochujang, czosnek, imbir, cukier, ewentualnie pastę krewetkową dokładnie mieszamy.

Rzepę i marchew po obraniu kroimy w cienkie słupki lub ścieramy na średniej tarce. Dodajemy do kapusty. Dokładamy pastę i z grubsza posiekaną zieloną cebulkę.

Mieszamy dokładnie (rękawiczki są wskazane), ugniatając wszystko i wkładamy ciasno do słoja. Zakręcamy i zostawiamy w pokojowej temperaturze na 3-5 dni.
Po tym czasie otwarcie słoika powinno spowodować poruszenie wśród członków rodziny zarówno zapachem jak i intensywnym ślinotokiem.

oraz:



placki z kimchi z sosem bardzo sojowym  (z książki "East" Meera Sodha):

200 g kimchi
80 g mąki ryżowej
80 g mąki pszennej
1 łyżeczka soli
100 g tofu, odsączonego i pokrojonego w cienkie plasterki
garść kiełków sojowych
garść szpinaku
zielona cebulka
sos:
3 łyżki ciemnego sosu sojowego
2 łyżki oleju sezamowego
1,5 łyżki octu ryżowego
1 łyżeczka płatków chilli
1 łyżeczka prażonych ziaren sezamu

Kimchi mocno wyciskamy z soków. Kroimy na mniejsze kawałki. Po odciśnięciu powinniśmy otrzymać około pół szklanki płynu. Jeśli mamy mniej, najwyżej dolejemy wody.

W misce mieszamy wodę z kimchi, mąki, sól, tofu, cebulkę, kiełki i kimchi. Mieszamy jak masę na placki ziemniaczane. Odstawiamy na 10 minut.

W tym czasie przygotowujemy sos i szpinak.
Szpinak myjemy, osuszamy i  z grubsza kroimy w paski.

W miseczce mieszamy składniki sosu. Jedną łyżką sosu polewamy szpinak.

Rozgrzewamy łyżkę oleju na patelni. Smażymy placki z kimchi dokładnie w taki sposób jak w przypadku wspomnianych placków ziemniaczanych. Z obu stron na złoto.
Usmażone odkładamy na ręczniki papierowe by pozbyć się tłuszczu.
Jeszcze ciepłe podajemy na talerzach posypane szpinakiem. Obok stawiamy miseczkę z sosem do maczania placków.

I wierzcie mi. Placki wylecą wam z głowy zanim zdążycie pozmywać ale za sos....to zupełnie inna historia. Ten zostanie z wami na zawsze.


Smacznego

czwartek, 19 marca 2020

Z mojego podwórka i ziemniaki w kokosowej prażonej posypce




Widzę, że po dwóch dniach pustki na ulicach, moi ukochani miejscy sąsiedzi postanowili skorzystać ze słońca. Dzieci, wózki, babcie na ławeczkach, spacerki po skwerku.
Dwa poprzednie dni musiałam sprawdzać czy świat jeszcze trwa. Moje centrum miasta było ciche i spokojne jak w niedzielne, wiosenne przedpołudnie.
Tylko przez dwa dni. Dziś już wszystko wróciło do normy.

Aż miałam ochotę wyjść na balkon i wrzasnąć czy się na rozumy pozamieniali. Nie wiem czy to głupota, bo chyba nie niewiedza czy nieświadomość. Trąbią o ograniczeniu kontaktów we wszystkich możliwych źródłach. A zawsze znajdą się idący pod prąd.

Moja szanowna Matka (wiek zdecydowanie zaawansowany) mówi do nas w niedzielę:
- śmieci wyrzuciłam i byłam zdziwiona, że tak cicho dookoła.
- jak to śmieci!!! Jak to wyrzuciłaś!!! Przecież wiesz, że ci nie wolno!!!
- ale ja to zrobiłam jak już było ciemno...
Mnie się ciemno przed oczami zrobiło. Czy to znaczy, że jest podejrzenie, że po ciemku wirus nie działa? Ślepnie? Idzie spać? Czy po prostu jest zdezorientowany?
Matko moja, zaraz ci klucze z domu odbiorę.
Na szczęście rodzicielka moja już jest grzeczna i nosa z domu nie wyściubia.

Seniorzy, proszę was, mamy już wystarczająco dużo do myślenia: praca, podatki, ZUS-y, komunie, śluby. O planowaniu przyszłości nie wspomnę. Pomóżcie nam i pozwólcie, żebyśmy się nie musieli o was martwić.
Siedzenie w domu na dłuższą metę może być wkurzające (na razie siedzimy tylko kilka dni), ale dla nas to optymistyczna gwarancja, że jesteście w miarę bezpieczni.

Porobiło się. Zdecydowanie.
Kiedy kończyłam wpis w grudniu nawet mi przez myśl nie przeszło, że powrót do bloga nastąpi w tak dramatycznych okolicznościach.

Podobno w Chinach w czasie kwarantanny i zakazu wychodzenia z domów popularność programów kulinarnych wzrosła jak fala tsunami.

Jeśli już mamy się plątać po domu, to może nie bierzmy się nagle za wychowywanie dzieci czy współmałżonka, a wyjmijmy mąkę (mam nadzieję, że wasz sklep miał ją w ofercie) i ubrudźmy sobie rączki w sposób produktywny. Może jakieś bułeczki? Albo ciasteczko?

A może wróćmy do obiadów trzydaniowych. Na chwilkę, oczywiście. Aby za jakiś czas było co z nostalgią wspominać: a pamiętasz jak w czasach zarazy zrobiłeś na obiad policzki w czerwonym winie? Lub placki ziemniaczane jak u mamy?

Bo przecież stan oblężenia nie będzie trwał wiecznie.
A póki trwa, dbajmy o siebie i najbliższych i tych nieco dalszych.
Jeśli upieczesz bułeczki, pomyśl, że może na pietrze jest ktoś, z kim możesz się podzielić.
Dzisiaj drobne gesty są na wagę wielkich przysług. I wszyscy potrzebujemy wsparcia. Wszyscy potrzebujemy czułości. Pomagajmy innym, dbajmy o bezpieczeństwo i mimo wszystko cieszmy się wiosną. Bo ona przyszła. Zauważyliście?

Czy wypada zamieszczać wpis kulinarny, kiedy wokół tylko złe wiadomości i powaga?
Trzeba! Każde działanie podnoszące na duchu jest wskazane. Nie lubisz gotować? Czytaj. Nie umiesz czytać? Rysuj!
Nigdy nie miałeś kredki w dłoni? Zrób porządek w albumie ze zdjęciami.

W mojej kamienicy wszyscy złapali za wiertarki. I mimo, że przeszkadza to w słuchaniu muzyki, nie narzekam. Wszyscy jesteśmy zamknięci....no, może oprócz tych, co na skwerku.

Zapraszam na ziemniaki inne niż wszystkie czyli ziemniaki z prażonymi wiórkami kokosowymi (New potato serunding wg Meera Sodha z książki East).






ziemniaki z prażonymi wiórkami kokosowymi 
na cztery porcje

750 g niedużych obranych ze skórki ziemniaków (już niedługo będą młode)
olej
sól
2 duże szalotki, drobno posiekane
3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
0,5 łyżeczki kuminu mielonego
1 łyżeczka mielonej kolendry
2 łyżeczki pasty tamaryndowej
40 g wiórków kokosowych
60 g niesolonych orzeszków ziemnych

Ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie. Ugotowane odcedzamy i zostawiamy na parę minut by nieco przeschły.
W czasie, kiedy ziemniaki się gotują przygotowujemy prażoną posypkę kokosową czyli serundeng.
Rozgrzewamy olej na patelni, wrzucamy szalotkę i czosnek. Smażymy 5 minut aż zaczną zmieniać kolor przy brzegach. Dodajemy kumin i kolendrę, pół łyżeczki soli i pastę tamaryndową.
Mieszamy i smażymy 2 minuty. Dorzucamy wiórki i orzeszki. Smażymy około pięciu minut aż kokos i orzeszki staną się chrupkie i brązowe.
Wykładamy ziemniaki na talerz i posypujemy gorącą kokosową posypką.

To danie jest nieco suche (jak to zazwyczaj ziemniaki) lecz potraktujcie je jako dodatek do czegoś bardziej mokrego np curry (zamiast nieśmiertelnego ryżu).
Coś mi mówi, że taka kokosowa posypka dobrze sprawdziłaby się też w przypadku ryby.



Trzymajmy się. Do następnego wpisu i smacznego

piątek, 10 maja 2019

Zalety mrugania i zielone ciasto limonkowe ze szpinakiem

























Jedno mrugnięcie okiem (czy można jeszcze czymś mrugnąć?) i okazuje się, że trawa jest zdecydowanie zieleńsza. Drugie mrugnięcie i wyrywa mi się westchnienie zachwytu. Kwitną bzy. O kasztanach nie wspomnę. Magnolie są już w tym roku historią. Tulipany gdzieniegdzie się jeszcze panoszą. A na scenę wkraczają konwalie. Nie można przegapić wiosny. Wpycha się nachalnie w każdy zaczerpnięty oddech. Nawet smród miasta nie jest w stanie ukatrupić świeżości wiosennych pąków.

Mieszkam w absolutnym centrum miasta. Z jednej strony pociągi, z drugiej tramwaje i auta. Główna ulica mojego city. Może nie Nowy York czy Białystok ale jak każde centrum moje również ponosi konsekwencje bycia w centrum. Śmierdzi, czasem zasnuwa dymną mgłą a smog występuje równie często jak poseł Czarnecki w TV.
Krótko mówiąc moje centrum reprezentuje wszystkie typowe cechy przeciętnego polskiego miasta.
I kiedy nadchodzi moment szczytowy zniechęcenia zimowym smrodkiem; przecież dookoła "zabytkowe" kamienice z niemniej "zabytkowymi piecami-reaktorami, teoretycznie, na węgiel; wybucha wiosna. Wyobrażacie sobie gdyby jej nie było?
Gdyby nie dany nam był bufor oddzielający białą (ha, ha, ha) zimę od ratującej nam zdrowie psychiczne wiosny?

Pierwsze mrugnięcie można przeoczyć. Ale nawet jeśli oczy są zamknięte (czasem trzeba spuścić zasłonę miłosierdzia i zwyczajnie nie oglądać), to uszy pozostają czujne. A one wychwytują pierwsze zupełnie nie zimowe dźwięki, dobiegające z pobliskiego skwerku. Ptaki, kosy są odpowiedzialne za pierwsze mrugnięcie. Później już pozostaje tylko czekać. 
Wiosny nie da się przyśpieszyć. Ale nie da się też opóźnić.
Czasem marudzi, spóźnia się lub rozczarowuje. Ale zawsze przychodzi.

Potem pozostaje tylko jej nie przegapić, nie przespać, nie "przemarudzić". Trzeba mrugać ile sił a z każdym mrugnięciem niech rośnie poziom naszego optymizmu. Bez względu na dym z kominów, śmieci obok kosza, psie kupy na trawniku.
Niech rośnie w nas potrzeba piękna bo jeśli ona będzie rosła, to i nasza determinacja by coś wokół zmienić na lepsze też okaże się na fali wznoszącej.
Niech wiosna będzie dobrym pretekstem by wokół działo się lepiej. Bo niby dlaczego wiosna nie mogłaby trwać nieco dłużej?










zielone wiosenne ciasto ze szpinakiem


zielony biszkopt:

200 g świeżego szpinaku (najlepiej baby, umytego i dobrze osuszonego)
3/4 drobnego cukru
3/4 szklanki oleju słonecznikowego lub rzepakowego
3 jajka
1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
2,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki soku z limonki
skórka otarta z 1 limonki

Świeży szpinak, olej, skórkę i sok z limonki miksujemy na gładką masę.

Ubijamy całe jajka i cukier na puszystą masę. Powinna potroić swoją objętość. Do jajecznej masy dodajemy po łyżce zieloną papkę szpinakową. Krótko miksujemy i wsypujemy przesianą mąkę z proszkiem i sodą.

Znów mieszamy ręcznie, ale tylko do połączenia się składników.

Foremkę o średnicy 23 cm wykładamy papierem do pieczenia. Wlewamy ciasto, wyrównujemy powierzchnię i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do170 stopni.
Pieczemy 45 minut.

Upieczone ciasto pozostawiamy do wystygnięcia. Do pokrojenia na placki najlepiej poczekać do następnego dnia. Jeśli ciasto rośnie nam z garbkiem, ścinamy go ostrym nożem i wykorzystujemy np. do dekoracji.

Krem limonkowy

1 szklanka jogurtu greckiego, w temperaturze pokojowej
250 g mascarpone w temperaturze pokojowej
pół szklanki cukru pudru
sok i skórka otarta z 1 limonki
1 szklanka śmietany kremówki, schłodzonej
2,5 łyżeczki

Rozpuszczamy żelatynę. Wsypujemy żelatynę do miseczki i zalewamy letnią wodą. Zostawiamy do napęcznienia. Napęczniałą żelatynę stawiamy na garnku z gorącą by się rozpuściła. Lekko studzimy.

Mascarpone, jogurt, cukier puder, sok i skórkę z limonki ubijamy na krem.

Do lekko przestudzonej żelatyny dodajemy łyżkę masy jogurtowej i mieszamy by się zahartowała. Dodajemy jeszcze łyżkę. po czym całość żelatyny łączymy, miksując z masą jogurtową.

W drugiej misce ubijamy na sztywno śmietanę. Dodajemy ją w kilku porcjach do masy jogurtowej i delikatnie mieszamy.

Zielone ciasto kroimy na dwa placki. Dolny nasączamy limoncello. Wykładamy połowę kremu limonkowego i przykrywamy drugim plackiem. Nasączamy go limoncello i pokrywamy resztą kremu.

Dekorujemy np. pokruszoną resztą zielonego ciasta.
Schładzamy kilka godzin w lodówce.

P.S.
Gdybym sama tego ciasta nie upiekła nigdy bym nie uwierzyła, że jest w nim szpinak. Wszystkim czującym wstręt do tego wdzięcznego liścia  proponuję w ramach terapii pokonywania niechęci upiec to zielone ciasto. 
Może wasze życie się zmieni? 





Smacznego bardzo

piątek, 14 września 2018

Nowy rok we wrześniu i miodowe ciasto z duszą na ramieniu





















Zaproszenie na świętowanie Nowego Roku we wrześniu jest czymś zupełnie niespodziewanym.
Na dodatek okazało się, że 9 września zacznie się nowy 5779 rok. Rozdziawiłam mało inteligentnie buzię i zapytałam głupio: jak to nowy rok we wrześniu?

Znajomych dobieram na prostej zasadzie: musi coś wspólnie zadźwięczeć. Od kilku lat ich krąg jest stały. Było i jest mi obojętne czy ktoś jest zielonym czy weganinem, czy woli Grę o Tron od Mostu nad Sundem.
Jasne, że zazwyczaj ciągnie nas do ludzi do nas podobnych. Fajnie jeśli lubią podobną muzykę, czytają książki i nie są fanami Wesa Andersona (żartuję).   

Z jednymi lubimy się spotykać a z drugimi niekoniecznie. Po latach przeróżnych kontaktów, nadziei i rozczarowań nasz krąg jest stały.
I nagle ktoś wyskakuje z zaproszeniem na nowy rok. Nie myślcie, że jestem jak dziecko we mgle i nie wiem kim są moi znajomi. Ale ich praktyki intymne nigdy nie były głównym kryterium doboru. Czy chodzą do kościoła, czy agitują po domach, klęczą w meczecie lub zakładają jarmułkę było zawsze sprawą prywatną. I tak jest do dziś.

Zaproszenie na jedno z najważniejszych świąt w żydowskim roku to wyróżnienie. Rosz Ha-Szana dotychczas istniało dla mnie tylko jako hasło w Wikipedii. A w głowie tylko biały szum…nic, zero, porażka.
Baloniki, petardy, cekiny i sztuczne rzęsy? Czy tak ma wyglądać nowy nadchodzący we wrześniu rok?
Nic z tych rzeczy. Ten nowy rok jest witany na serio. Tu nie ma wygłupów, fontanny szampana i dekoltów do kolan.
Pierwsze co zrobiłam, to przeczytałam Internet. Teraz jestem mądra. I na pewno nie przyniosę na spotkanie karnawałowej maseczki.
A co się jada z okazji tego święta? Miód jest elementem wiążącym wszystkie dania. Słodki smak dominuje.
To wróżba na przyszły rok…by był słodki. Cymes po prostu.
Zaczęliśmy od zupy rybnej na słodko z rodzynkami. Potem był łosoś na słodko i rybne pulpety w słodkim sosie. Dalej kurczak w dwóch odsłonach ale jemu już nie dałam rady. MMŻ orzekł, że było pysznie…i na słodko. On wie co mówi.
Na deser podano jabłka z orzechami w miodzie i będą mi się one śniły do następnego nowego roku.
Podaje się też głowę ryby lub barana (tu smak nie ma znaczenia, podaje się je czysto symbolicznie). Byśmy zajmowali miejsce z przodu a nie na ogonie.

Z pustymi rękami przychodzić nie wypada więc musiałam dokonać wyboru. Biorąc pod uwagę, że szliśmy z wizytą do mistrzyni kuchni żydowskiej, prawdopodobieństwo popełnienia gafy było ogromne.
Mój wybór padł na ciasto na miodzie z sokiem pomarańczowym i migdałami.
Kiedy następnego dnia gospodyni zadzwoniła i powiedziała, że ciasto zjedzone na śniadanie przeniosło ją do Izraela pomyślałam, że swój egzamin zdałam. Kamień z serca.

Dziś wspomnienie smaku z nowego 5779 roku czyli:



miodowe ciasto na Rosz Ha-Szana:
220 g mąki pszennej
pół łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka cynamonu
ćwierć łyżeczki mielonych goździków
pół łyżeczki mielonego ziela angielskiego
pół szklanki oleju roślinnego
pół szklanki miodu
150 g drobnego cukru
30 g brązowego cukru
2 jaja
pół szklanki mocnej kawy lub herbaty
pół szklanki świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego
30 ml whisky
garść płatków migdałowych
podłużna forma  30x12

Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni.
Potrzebujemy dwóch misek. W jednej mieszamy mąki, proszek, sól, sodę oraz przyprawy.
W drugiej mieszamy jajka z cukrami. Następnie dolewamy olej, miód, wystudzoną kawę, sok, whisky.
Do miski z mokrymi składnikami wsypujemy zawartość pierwszej miski. Mieszamy do połączenia się składników.
Wykładamy do formy, wyłożonej papierem do pieczenia. Posypujemy płatkami migdałowymi i wstawiamy do piekarnika.
Pieczemy 45-50 minut do suchego patyczka. Jeśli ciasto za mocno przypieka się z góry (u mnie to widać na zdjęciach), przykrywamy je folią aluminiową.
Upieczone wyjmujemy i studzimy na kratce.
Mam nadzieję, że po przekrojeniu wygląda apetycznie. Swojego nie kroiłam, bo nie wypada ingerować w prezent. Powołuję się na opinię obdarowanej.


P.S. Rudzielec z pierwszego zdjęcia przyplątał się w trakcie i pasował mi kolorystycznie


 Smacznego i szczęśliwego Nowego Roku

środa, 6 września 2017

Rosti ziemniaczano cukiniowe czyli groźba zdrowego rozsądku


























Ile czasu w życiu zajmuje uczenie się czegoś nowego? Wszystko zależy czego się uczymy.
Wiedza o tym, że ogień jest gorący przychodzi błyskawicznie, po pierwszym wpakowaniu łapy w świecę. Nauki  w stylu „nie dotykaj, bo gorące” można spokojnie spakować i odnieść do piwnicy.
Dziecko nasze starsze w wieku bardzo odkrywczym postanowiło sprawdzić czy z wbiciem gwoździa poradzi sobie równie sprawnie jak tata. Jako, że obsługa młotka nie jest łatwą sprawą dla czterolatki, ta wykazała się kreatywnością, można by powiedzieć, zabójczą. Wbiła gwóźdź do kontaktu. Przerażające, prawda? Dziecko próbę ognia przeszło bez szwanku, z nami było nieco gorzej, bo zawał był blisko.
Światło poszło szukać rozsądniejszego domu a my dostaliśmy bardzo cenną lekcję. Pomysłowość czterolatki nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. On w tym wieku nie występuje.
Jednak w przypadku osobnika dorosłego, wydawałoby się, zdrowy rozsądek (chociaż szczątkowy) jest dany w pakiecie z włosami pod pachami. Nic bardziej mylnego. Metryka, wykształcenie, dochody, status nie mają żadnego związku ze zdrowym rozsądkiem.
Powiem więcej, czasami mam wrażenie, że rozsądek maleje z wiekiem. Kiedy już wiemy, że gorące parzy, zimne mrozi, czerwone grozi śmiercią, szybkie kalectwem a to z zębami pożarciem, bagatelizujemy to, co codzienne, zwyczajne. A to może się okazać bardziej brzemienne w skutkach niż spotkanie na skraju lasu pancernego ślimaka.
Jak nie dać się oszukać pseudo przyjaciołom, czy zachować zdrowy rozsądek kiedy wszystko dookoła wariuje wymagają pewnej wprawy i nieco czasu,
Zastanawiam się dlaczego poradniki cieszą się taką popularnością,
„Jak zarobić i nic nie robić”,
„Jak być zadowoloną  z życia po dwudziestce”,
„Jak czytać”, „Jak nie czytać”, „Jak spać”, „Jak nie spać”, skoro i tak nie stosujemy się do rad, w nich zawartych?  Przecież i tak wiemy lepiej a czytanie poradnika tylko utwierdza nas w przekonaniu, że inni się mylą.
Kręćka można dostać.
"Nieważne ile się uczysz, ważne, że będziesz umiał". Nie do końca to prawda. Niektórzy uczą się i uczą, i ciągle nic nie wiedzą. Ale może to jest jak z radiem. Fale radiowe przepływają przez odbiornik, on je nam podaje na tacy, muzyczka gra, panowie i panie z TOK FM opowiadają mądre rzeczy a radio jak nie wykrztusiło niczego swojego, tak nie wykrztusi.
Cała mądrość przepływa przez nie jak woda przez sito. Czasem ludzie są takim radiem. Mówisz do nich, wyjaśniasz, nakreślasz , wspinasz się na szczyty dyplomacji i nawet wydaje się, że widzisz światełko zrozumienia aby po chwili wrócić do punktu wyjścia.
Nie wiem kto jest w gorszym położeniu, ten, który tłumaczy, czy ten, kto prosi o radę.
Jeśli założenie jest takie, że ty mówisz a ja i tak zrobię po swojemu, to szkoda czasu.
Ludzie chętniej przyjmują pieniądze niż dobre rady czyli wniosek jest prosty: pieniądze są lepsze niż dobre rady.

Moja dobra rada na dziś: spróbuj nowej wersji starego przepisu na tarte ziemniaki. Dodatek w postaci cukinii jest mile widziany.






Rosti z ziemniakami i cukinią w nieco orientalnym stylu

1 kg obranych i umytych ziemniaków
1 cukinia (jeśli ma dużo pestek, to wydrążona)
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka mielonego kuminu (niekoniecznie)
pół łyżeczki pieprzu
3 łyżki mąki z ciecierzycy
spory pęczek pietruszki z grubsza pociętej
olej do smażenia

Na tarce o grubych oczkach ścieramy ziemniaki i cukinię. Przekładamy je na czystą ściereczkę, zawijamy jak roladę i zostawiamy na kwadrans. Pozbędziemy się w ten sposób nieco wilgoci z warzyw.
Wsypujemy tarte ziemniaki i cukinię do miski. Dodajemy pozostałe składniki i dokładnie mieszamy.
Rozgrzewamy olej na patelni. Kładziemy łyżką porcje mieszanki na rozgrzany olej. Niech będą jak najcieńsze. To gwarantuje ich perfekcyjną chrupkość.
Smażymy na złoto z obu stron i wykładamy na talerz, na którym położyliśmy wcześniej papierowy ręcznik.
Podajemy z jogurtem lub kwaśną śmietaną. Pozytywnie zakończonym eksperymentem było podanie ich z wędzonym jesiotrem. Gdzieś tam majaczył mi kieliszek zmrożonej wódki. Ale to chyba inna bajka, zbliżona do blinów.
Jeśli jesteście znudzeni tradycyjnymi plackami, wypróbujcie rosti. Mają jeszcze jeden plus. Nie wymagają obecności King Konga przy tarciu i nie grożą obecnością białka zwierzęcego ze startych palców.



Smacznego