Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzynki. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 maja 2023

Lizak z piasku na obcej planecie i chleb z rodzynkami i orzechami laskowymi




Czy w dzisiejszych czasach siedzenie na tarasie, słuchanie ptaków, wypatrywanie dzięcioła, uśmiechanie się na widok śpiącego kota jest w porządku? Czy może mars na czole powinien mi towarzyszyć od pierwszego porannego zerknięcia w lustro do zgaszenia wieczorem światła? 

Wojna, wybory, powodzie, inflacja, chrust w lesie i mech na dachach, kredyty, potyczki na górze. Czegóż chcieć więcej? Myśleliśmy, że żyjemy w wyjątkowych czasach. Ja z pokolenia baby boomersów byłam przekonana, że dobrostan będzie trwał wiecznie. 

Nic nie trwa wiecznie." Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija." I to co dobre, i to co złe. 

Tylko dlaczego to, co złe przemija jakoś wolniej? Mam wrażenie, że trzymanie świata w jednym kawałku przypomina formowanie lizaka z piasku. 

Czy siedzenie na tarasie i głaskanie kota może coś zmienić? Świata na pewno nie ale własne spojrzenie na ów świat na bank tak. Nie wiem jak wy, ale czasem zamykam oczy przed rzeczywistością. Może to tchórzostwo a może sposób na zachowanie optymizmu. Odwracam się tyłem do świata za asfaltem i całą sobą chłonę świat mi teraz najbliższy. Drzewa, krzaki, trawę, nawet mój nie-ulubiony płot sąsiadki. Mam świadomość słońca, wiatru, deszczu, poranków i wieczorów. Wiem kiedy spadnie deszcz i kiedy w końcu zrobi się słonecznie. 

Świat za asfaltem jest wtedy jak odległa planeta, ze swoją niezbadaną fauną, nie ludzkim składem powietrza i zupełnie innym przyciąganiem. Jest tak odległa, że nie stanowi zagrożenia.

Ale nigdzie nie jest bezpiecznie. Nawet odległa planeta może stanowić pokusę. Trzeba mieć świadomość, że konkwista, jeśli już się zacznie, nie skończy się dobrze. Szczególnie dla odległej planety. Po to się ją zdobywa by ją posiąść, by ją wykorzystać.

Póki co ptaki śpiewają odkarmiając młode (w budkach powieszonych w zeszłym roku mieszkają ptasie rodziny!!!). Bez oszalał sypiąc dookoła fioletem i bielą, oszałamiając zapachem. Ścieżka w lesie niknie w młodniku, który od zeszłego roku przeszedł z wieku przedszkolnego do licealnego. To też samo życie. Tylko jakieś inne, lepsze.

Coś na dodatek? Może chleb? Nic tak dobrze nie wpływa na polepszenie nastroju jak pieczenie chleba. No, może jeszcze głaskanie kota.

Wiecie co o kotach powiedział Śmierć u  Terry Pratchetta? (Czarodzielstwo)

"– Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.

Śmierć zastanowił się przez chwilę.

KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE."



Więc dziś będzie o chlebie z rodzynkami i orzechami laskowymi.

Dzień I wieczór

zaczyn:

20g aktywnego zakwasu żytniego

20g mąki pszennej chlebowej

20g mąki pszennej razowej

40 ml letniej wody

Mieszamy, przykrywamy, odstawiamy na noc (około 8-12 godzin)

Dzień II

cały zaczyn

300g mąki pszennej chlebowej

100g mąki orkiszowej lub płaskurki

8g soli

310ml letniej wody

3/4 szklanki rodzynków namoczonych przez godzinę we wrzątku

3/4 szklanki prażonych orzechów laskowych

Do misy miksera wsypujemy mąki. Wlewamy wodę i dodajemy zaczyn. Mieszamy by składniki się połączyły i przykrywamy. Zostawiamy w spokoju na godzinę.

Po godzinie włączamy mikser i miksujemy na wolnch obrotach 5 minut. Dosypujemy sój oraz orzechy i dobrze odsączone rodzynki. Miksujemy kolejne 5 minut.

Wyjmujemy ciasto na lekko zwilżony blat (najlepszy jest kamienny) i delikatnie rozciągamy ciasto jakbyśmy składali kopertę. 

Przekładamy znów ndo misy i odstawiamy przykryte na pół godziny. 

Po półgodzinie składamy ciasto ponownie. 

Tę operację powtarzamy jeszcze trzy razy (czyli cztery razy składamy co pół godziny).

Kolejne, piąte składanie planujemy za godzinę. Przyjrzyjmy się ciastu; czy jest wystarczająco zwarte? Jeśli wciąż bardzo się klei, musimy wydłużyć czas składania o kolejne pół godziny.

Czy ma odpowiednią siatkę glutenową? Trzeba tu nieco wyczucia ale jestem pewna, że siatkę glutenową czyli to co robi w czasie pieczenia dziury w chlebie zauważycie.

Składamy chleb po raz kolejny po godzinie (czyli szósty raz) i przekładamy do koszyczka wysypanego mąką. Przykrywamy koszyczek i wkładamy do lodówki na noc. 

 Dzień III rano

Rozgrzewamy piekarnik z garnkiem żeliwnym do 245 stopni.

Chleb delikatnie przekładamy z koszyczka do garnka, nacinamy, przykrywamy gorącą pokrywką i pieczemy 25 minut. Potem zmniejszamy temperaturę do 115 stopni i dopiekamy bez pokrywki kolejne 25 minut.

Zapach w domu będzie nagrodą i ukojeniem, obiecuję.




Smacznego


wtorek, 22 września 2020

Skąd pochodzi leczo czyli faszerowana kuskusem papryka w wersji wegańskiej

 



Toskańska kartka z kalendarza przywołana z tęsknoty za podróżami.


- Zrobię gulasz!

- Chłopie jest gorąco. 

40 stopni nad basenem nie kieruje myśli ku rozgrzewającym potrawom.

- Ale ja kupiłem już mięso! - zrobię gulasz!

Jaki uparty. W jaki sposób komuś, kto myśli o swoim gulaszu jak o dziewiątym cudzie świata wyperswadować myśl o jego przyrządzeniu. 

Rozumiem w warunkach około polarnych, wśród białych niedźwiedzi  lub przynajmniej białych nocy. Ale dookoła jest dokładnie odwrotnie. Jest zielono, śpiewają cykady, woda w basenie ciepła. A ten tylko gulasz i gulasz. Monotematyczny jakiś. Melonów nam się chce, brzoskwiń a na kolację lekkiego makaronu z czosnkiem a nie mięcha i sosu.

Kiedy okazało się, że nasza nieugiętość nie podlega negocjacjom, padło stwierdzenie: to zrobię leczo.

Czy mnie się wydaje, czy ciągle zostajemy w węgierskich klimatach? 

Lenistwo uśpiło naszą czujność i ani się obejrzeliśmy a na piecu bulgotał gar leczo. 

Zaglądając do lodówki w poszukiwaniu kolejnego prosecco, nie zadawaliśmy sobie trudu zerknięcia w kierunku pieca. A tam się działo! Nasz kolega kroił, szatkował, dosypywał, dolewał, mlaskał: Jeżis, ale to je dobre!

Po całodziennych zapowiedziach, w okolicach kolacji leczo wylądowało na stole. Wieczór z gatunku "teraz mogę umrzeć, tak jest pięknie" nadpłynął subtelnie i nie narzucająco. Najpierw wszystko przykryło złoto, potem niebo poróżowiało a cienie sięgnęły drugiej strony tarasu. Było idealnie. 

I tylko to leczo. Jak pięść do nosa, jak kwiatek do kożucha, jak wół do karety. 

Zapach nijak nie pasował do zapachu pinii i rozmarynu. 

Skoro jednak dało się kuchni węgierskiej zielone światło, to trzeba było tę żabę (o, przepraszam, to leczo) zjeść.

Jedna myśl nie dawała mi spokoju. Dlaczego Słowak tak uparł się by ugotować węgierską potrawę? Bo gulasz, o którym marzył też jest węgierski.

Tajemnica miała swoje wyjaśnienie. Otóż zdaniem naszego kolegi najlepszy gulasz robią Słowacy a Węgrzy od Słowaków zwinęli przepis. Z leczo sprawa ma się podobnie. Najlepsze jest na Słowacji. Kiedy już byliśmy gotowi się do podjęcia dyskusji na temat pochodzenia potraw, nasz Słowak wypalił: a wiecie, że szampan tak naprawdę jest słowacki? Odpadliśmy i od razu pognaliśmy po kolejne prosecco.

P.S.

Zapomniałam o leczo. Po słowacku zaciąga się je rozmąconym jajkiem pod koniec. Tu powinnam wstawić jako ilustrację "Krzyk" Muncha. 

No cóż. Co kraj, to obyczaj. Co kuchnia, to niespodzianka.





Faszerowane papryki w wersji wegańskiej

faszerowana papryka 

papryczki opieczone i obrane ze skóry

3/4 szklanki kuskusu

1 szklanka bulionu lub wrzątku

4 łyżki dobrej, twardej fety (weganie mogą użyć sera bez mleka)

połówka kiszonej cytryny

1 cebula

1 duży ząbek czosnku

2 mała papryka żółta

garść zielonej pietruszki

pół garści świeżej mięty

garść rodzynków

1 łyżeczka mielonego kuminu

pół łyżeczki przyprawy ras el hanout

1 jajko lub dla wegan 2 łyżki zmielonych orzechów nerkowca 

sól i pieprz

Sos:

pasta paprykowa (używamy, tyle ile lubimy)

sos z pieczenia papryki

1 szklanka kremówki lub pół szklanki orzechów nerkowca zalanych ciepłą wodą i zmiksowanych

Jak zrobić:

Kuskus mieszamy z przyprawami i rodzynkami. Zalewamy wrzątkiem lub bulionem (na centymetr ponad poziom kaszy). Przykrywamy i odstawiamy na pół godziny.

Rozgrzewamy grill w piekarniku i opiekamy papryki. Moje są okrągłe ale kształt nie ma znaczenia. Przypiekamy skórkę z każdej strony i wyjmujemy do miski. Szczelnie przykrywamy np. folią spożywczą. Po kwadransie możemy z papryk ściągnąć skórkę i pozbyć się gniazd nasiennych.

Napęczniały kuskus rozdrabniamy widelcem. Dodajemy do  niego przesmażoną cebulę, czosnek, pokrojoną drobno żółtą paprykę, kiszoną cytrynę i zioła. Mieszamy i dodajemy, jeśli trzeba, sól i pieprz. Mieszamy z jajkiem lub zmielonymi nerkowcami, delikatnie dodając pokruszony ser.

Napełniamy ściśle papryczki i układamy w naczyniu żaroodpornym. Polewamy sosem pozostałym z pieczenia papryk i dodajemy 2 łyżki oliwy lub masła.

Wkładamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni i pieczemy około 20 minut.

Wyjmujemy z pieca i ostrożnie zlewamy sos z pod papryk do rondelka. Dodajemy do niego pastę paprykową i śmietankę lub śmietankę orzechową i mieszając, zagotowujemy.

Podajemy papryczki polane sosem i ani nam w głowie słowackie leczo z jajkiem.





Smacznego

piątek, 22 listopada 2019

Mądrości poranne i drożdżówki z rodzynkami i cynamonem





























Nikt nie jest mądry przed śniadaniem.
A jeśli ktoś nie jada śniadań? To przykro mi bardzo, ale jest na bakier z mądrością. Czy mądrość do niego spływa później, wraz z zjedzonym na lunch jogurtem? A może kubek porannej kawy jest guziczkiem z napisem ON. Pijesz i włącza ci się uważność, kolory się wyostrzają, dźwięki nabierają głębi.
Nie mam pojęcia. Zostałam nakarmiona przez lata teorią, że bez śniadania z domu się nie wychodzi.
Obowiązkowa grzanka z serkiem i pomidorkiem, kiełkami lub konfiturką. Obowiązkowy kubek herbaty z mlekiem. Chyba nawet ten ostatni jest ważniejszy od kanapki.

MMŻ nie jada śniadań od wieków i żyje. I jest mądry. Aż strach pomyśleć co by było gdyby zaczął jeść śniadania lata temu. Czy świat poradziłby sobie z jego mądrością? Na szczęście w tygodniu żadne kromeczki, owsianeczki, kawusie i pączusie ani mu w głowie, więc o los świata i najbliższej okolicy jestem spokojna.
Istnieje co prawda niebezpieczeństwo, że sobotnie i niedzielne śniadania (które jadamy wspólnie) zakłócą kiedyś naturalny porządek rzeczy, ale póki co, nie zaobserwowałam żadnych niepokojących objawów. Oś ziemi tkwi niewzruszenie, wiosna następuje po zimie (choć tu mam pewne podejrzenia), książki się piszą, politycy kłamią a słońce wstaje na wschodzie.

Czy ktoś dokonał kiedyś ważnego odkrycia myjąc zęby? Czy komuś rozbłysła supernową śmiała teoria w trakcie zdejmowania piżamy?  

Ja nawet byłam sobie w stanie palec u nogi połamać zdejmując piżamę. Więc w moim przypadku o żadnych rozbłyskach, eurekach czy mądrościach w ogóle nie ma mowy. Rano nie wiem jak się nazywam, czy spodnie z piżamy zdejmuje się przez głowę, jaki jest dzień tygodnia i kto wygrał bitwę pod Grunwaldem. Tak mam i tyle. No chyba, że ktoś mnie napoi herbatą z mlekiem. O, proszę państwa, jeden kubek herbaty i pan Urbański z panem Sznukiem mogą mi co najwyżej kromkę serkiem posmarować.

Słyszałam legendy, że są tacy, którzy po obudzeniu znają aktualną datę i bez zająknięcia wymienią ministrów spraw zagranicznych ostatniego ćwierćwiecza. Ale ja wiem swoje. Moim zdaniem występują równie często jak jednorożce i elfy.

Czy śniadanie ma wpływ na rzeczywistość? Fundamentalny! Jak ma nie mieć kiedy do zdecydowanie zamroczonego jeszcze umysłu dociera najpierw zapach a potem całą reszta. Kolejne budzi się oko, ucho, prawa ręka, lewa ręka. Dalej już jakoś idzie.
Lecz najpierw zombie wstaje, idzie do łazienki, potem do kuchni i jak automat zalicza kolejne bazy. Zmywarka, czajnik (bądź kawiarka), lodówka, stół.
Postawcie na jego drodze koparkę, to jej nie zauważy. Do stołu prowadzi go zapach jak smycz. Wiem co mówię.

Krótko mówiąc, ja nie jestem mądra przed śniadaniem.

Drożdżówki z cynamonem na śniadanie będą idealne. A jeśli do picia dostanę herbatę z mlekiem, to sobota zapowiada się idealnie.




Drożdżówki z cynamonem i rodzynkami

300 g mąki
50 g drobnego cukru
7 g suszonych drożdży
50 g miękkiego masła
1 jajko
200 ml ciepłego mleka
oraz
100 g masła
pół szklanki brązowego cukru
1 łyżka cynamonu
pół szklanki rodzynków

Mieszamy przesianą mąkę z cukrem, drożdżami i szczyptą soli.
Masło rozpuszczamy w mleku. Roztrzepujemy z mlekiem jajko. Wlewamy do miski z mąką i pozwalamy działać mikserowi. Po 10 minutach powinniśmy mieć dobrze wyrobione ciasto.
Przykrywamy miskę czepkiem kąpielowym i czekamy aż podwoi swoją objętość.
W rondelku podgrzewamy masło z cukrem, dodajemy cynamon. Mieszamy i studzimy.
Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski na podsypany mąką blat i rozwałkowujemy na grubość około centymetra. Otrzymany placek smarujemy roztopionym masłem z cukrem i cynamonem i posypujemy rodzynkami.
Zwijamy ciasto jak roladę a następnie kroimy na plastry o grubości około 2 centymetrów.
Okrągłą formę smarujemy masłem i wykładamy plastrami (rozciętą stroną do góry) ciasta.
Przykrywamy formę i zostawiamy w spokoju aż ciasto urośnie. W sprzyjającej kuchennej atmosferze po 20 minutach powinniśmy zobaczyć w formie piękne puszyste ciasto.
Kiedy czekamy na urośnięcie ciasta, nagrzewamy piekarnik do 230 stopni.
Przed włożeniem do piekarnika, smarujemy wierzch ciasta rozmąconym jajkiem.
Formę wstawiamy do piekarnika i pieczemy 25 minut.
Wyjmujemy po upieczeniu i po kwadransie możemy jeść na śniadanie lub jak kto woli.



Smacznego

sobota, 8 września 2018

Jesień po raz kolejny czyli piwo imbirowe


















Żółto się zrobiło dookoła. Czy was też zawsze zatrzymuje w miejscu ten widok? Sprawdziłam swoje wpisy z lat poprzednich i wychodzi na to, że albo jestem gapa, albo nieco opóźniona, albo romantyczna. Jakieś okruchy każdej z tych cech mam na pewno, bo co roku sytuacja się powtarza.

Lato, lato a potem nagle ni z tego ni z owego przeżywam uniesienia nadchodzącą jesienią.
Fajnie będzie powspominać w listopadzie czy marcu dłuuuugie i ciepłe lato. 
Ładuję akumulatory przed szarówką końca roku i magazynuję słońce gdzie się da; w słoikach, butelkach, włosach i wspomnieniach. Mogłabym mieć w spiżarni półeczkę. Na niej stałyby butelki z karteczkami:
"Zapach igliwia z 23 czerwca" lub "Wieczorne słońce z widoku na Rzędkowice" albo "Wilgoć poranna z młodego sadu" i moja ulubiona "Szorstka słodycz nagrzanej słońcem brzoskwini".

I co roku to samo. Wzruszam się kroplami rosy, brzydzę się pająkami, tłustymi jak gęsi. Nie żałuję mijającego lata. Ale nie tęsknię do chłodu i braku słońca.
Jak co roku z okazji pierwszego przymrozka pocieszam się, że dziś jest bliżej do wiosny niż było tydzień temu. 
Życie kołem się toczy. Jakbyśmy przy nim nie majstrowali, ile byśmy się nie naprotestowali, napsuli i nakombinowali wiosna zawsze przyjdzie po zimie a wrzesień to pożegnanie lata.
To dobrze. 
Wyobrażacie sobie, że pory roku następują losowo? Raz wiosna przychodzi po jesieni a zima rządzi dwie kadencje?
Ta przewidywalność to same plusy. Dostajemy nią po nosie. Niech nam się nie wydaje, że wszystko zależy od nas. Władcy świata to my - lubimy o sobie myśleć. A potem temperatura spada do minus 5 i już władca ma czerwony nos i pierwsze oznaki kataru. 
Władca z czerwonym nosem? Śmieszny widok.

Zagalopowałam się tym opisem. Na zewnątrz dzisiaj plus 23. Wieczory nie zapędzają nas jeszcze pod dach. 
Nawet piwo imbirowe dobrze się pije w tych okolicznościach.

Moje ulubione pijam czasami kiedy odwiedzam za wodą Córki. Tego lata tak za nim tęskniłam (za Córkami ma się rozumieć bardziej), że postanowiłam zamieszać swoje własne.
I wiecie co powiem? Jestem genialna! Wyszło fantastycznie.
Podaję przepis bo dni jeszcze ciepłe i spokojnie można się nim uraczyć.










Piwo imbirowe      (bez alkoholu)

zaczyn, który musi sfermentować:
1 łyżka startego imbiru (nie musicie go obierać ze skórki)
sok z całej cytryny
starta skórka z cytryny
2 łyżki brązowego cukru
1 szklanka wody źródlanej
2 łyżki rodzynek

Pakujemy wszystko do słoika. Przykrywamy krążkiem papieru do pieczenia i zakręcamy.
Mocno potrząsamy i odstawiamy w ciepłe miejsce.
Kolejnego dnia dosypujemy 1 łyżkę cukru i 2 łyżki startego imbiru. Zakręcamy, wstrząsamy i zostawiamy w cieple.
Ta operacja musi być powtórzona przez 5-7 kolejnych dni (w zależności od szybkości fermentowania zacieru; poczujecie jego moc w okolicach 5 dnia)

Czas na zamieszanie piwa.
Potrzebujemy:
3 litry zimnej wody źródlanej
pół litra wody źródlanej gorącej
400 g cukru
sok z jednej cytryny
zacier imbirowy

Zacier imbirowy przecedzamy przez sitko wyłożone czystą gazą. Odciskamy to, co pozostało  na sitku i przefiltrowany płyn imbirowy wlewamy do 3 litrów chłodnej wody. Dodajemy sok z cytryny.
W gorącej wodzie rozpuszczamy cukier i całość chłodzimy. Schłodzony syrop łączymy z wodą imbirową.
Przelewamy napój do plastikowych butelek (wiem, że to nieekologicznie i w ogóle fuj, ale tylko tak miałam możliwość sprawdzić, czy wszystko przebiega jak powinno). Zostawiamy jakieś 10  cm przestrzeni od korka butelki. Zanim zakręcimy butelkę, ściśnijmy nieco szyjkę, by bąbelki dojrzewającego piwa miały nieco miejsca - butelkę jakbyśmy zgniatali plastikową butelkę przed wyrzuceniem.
Moje piwo imbirowe zajęło 3 półtora litrowe butelki i jedną 330 ml.
Po 3 dniach od rozlania butelki wróciły do swojej pękatej postaci - bąbelki zrobiły swoje.
A jak smakowało? Nieziemsko.
Róbcie i chwalcie się swoimi umiejętnościami.


 Smacznego

sobota, 14 października 2017

Dziwne, niepokojące dźwięki i zakręcony strudel jabłkowy



























W czterech miastach trzech krajów cztery znane mi osoby w tym samym czasie pochorowały się na to samo.
To nie jest zapowiedź mojej książki z gatunku medical fiction. To jest oficjalne zażalenie na zepsucie mi wyjazdu. Nie robi się człowiekowi takich numerów. Nie obdarza się go kaszlem jak z głębin Mordoru, kiedy jego oczekiwania są zgoła inne.
Nie zsyła się niemocy totalnej na człowieka czekającego na gościa. Tak się nie robi i tyle.
Mój protest jest oczywiście wielką fikcją, bo do kogo to zażalenie skierować?
Pozostaje po zakupie wagonu chusteczek i rocznego zbioru imbiru położyć się na torach i czekać
na super szybki pociąg.
I teraz wyobrażam sobie jak obok mnie kładą się te wszystkie znękane ciała, wysiadujące swoją chorobę w poczekalniach. Jako, że wizyta u lekarza jest w ostatnich dniach jak wygrana w totka, to na torach przewiduję tłok.
Jestem świadoma, że przeziębienie to nie dżuma. Wiem, że cholera nie wybiera ale czasami mam naiwną nadzieję, że może nie ja. Może tym razem mnie ominie. W tym zasmarkanym, zaplutym i rozgorączkowanym świecie będę jak biała lilia. I nic.
Uciekłam za wodę i nic to nie dało. Dopadła mnie w momencie, kiedy odważyłam się poczuć bezpiecznie. Najbardziej z wyjazdu pamiętam koty i widok kubka z gorącą herbatą.
Wlokę to świństwo za sobą i zastanawiam się, czy ja zawłóczyłam je tam, czy może stamtąd
przytargałam je do ojczyzny? Tej, notabene, nic nie zaszkodzi.
Nie, przecież napisałam w pierwszym zdaniu, że w czterech miastach trzech państw. I działo się to jednocześnie. Czyli to nie ja byłam pacjentem zero, nie ja przebrałam się za jednego z jeźdźców apokalipsy. Jaka ulga. Takiej odpowiedzialności chyba nie dałabym radę udźwignąć.
Mogę spokojnie sobie słuchać koncertów dudniąco bębniących w moich płucach. Mogę wypić dwusetną filiżankę herbaty z imbirem i mogę ogłosić oficjalnie, że sezon jesienny został rozpoczęty.
Kto wątpi, niech zajrzy do dowolnej placówki tzw. służby zdrowia. Widok będzie budujący. Budujący uczucie pewności, że wszystkich was to czeka...może nie dziś, nie jutro ale już, już całkiem niedługo....
Aby was całkowicie nie załamać ale też nie przemęczać, bo wiadomo jak człowiek zmęczony, to bardziej podatny na zabójcze wpływy, upieczcie strudel jabłkowy. Błyskawiczny, nieco oszukańczy ale obiecująco smaczny.





zakręcony strudel jabłkowy w cieście francuskim

3 renety
garść rodzynków
3 łyżki cukru
sok z jednej cytryny
1 łyżeczka esencji waniliowej
jajko do posmarowania ciasta
pół szklanki soku jabłkowego
1 łyżka masła
1 opakowanie ciasta francuskiego
forma o średnicy 20 cm

Połowę jabłek czyli 1,5 jabłka obieramy ze skórki i kroimy w kostkę.
Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę masła i wrzucamy jabłka. Wlewamy sok cytrynowy i dodajemy cukier.
Mieszamy i dolewamy pół szklanki soku jabłkowego.
Prażymy jabłka aż prawie się rozpadną. jeśli brakuje płynu, dolewamy by się jabłka nie przypaliły.
Po około 10 minutach obieramy pozostałe 1,5 jabłka i również kroimy w kostkę. Wrzucamy do masy jabłkowej razem z rodzynkami i prażymy jeszcze pięć minut. Masa powinna być zwarta a płyn odparowany. Wyłączamy ogień i dodajemy wanilię.
Studzimy jabłka a w tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 210 stopni.
Kiedy jabłka wystygną wyjmujemy z lodówki ciasto francuskie i kroimy na dwie połówki.
Wzdłuż dłuższego boku (przy okrągłym arkuszu ciasta mam na myśli średnicę) układamy wałek z jabłek. Ich ilość musicie tak skalkulować by dało się je zwinąć w rulon.
Zawijamy rulon z ciasta z jabłkami jak cygaro (tylko dłuższe) i wkładamy do formy zwijając
ciasto od środka formy jak ślimaczka. To samo robimy z drugą połówką.
Smarujemy ciasto rozmąconym jajkiem i pieczemy 35 minut.
Wyjmujemy, studzimy i lekko ciepłe podajemy z lodami.



Pycha!