Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szafran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szafran. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lipca 2015

Czytając cudze listy czyli bób w wersji zapiekanej

























Lada moment lipiec osiągnie swoja połowę. Lato niby jest ale niezbyt zdecydowane. Zostać czy nie? Odpalić upały na dłużej czy może schłodzić aurę jak dobre białe wino?
Do niczego nie wolno się przywiązywać, bo pogoda jest równie niestała w uczuciach jak nastolatka.
Wakacje mają jedną (ale nie jedyną ) zaletę. Czytanie.
I nie jest ono szczególnie związane z pogodą. Kiedy leje czytanie jest oczywiste. Kiedy świeci słońce nic nie stoi na przeszkodzie by na leżak zabrać dobrą książkę.
Najfajniejsze są te, na które nie mogę się doczekać cały dzień. Te, które czytając, niechętnie odkładam.
Dziś rano wróciłam do książki, którą odłożyłam kilka dni temu. I z przerażeniem zauważyłam, że zakładka jest włożona dużo dalej niż się spodziewałam.
Są takie książki, do których tęsknię zanim je jeszcze skończę. Czytając martwię się, że już niedługo książka się skończy. I będę za nią tęsknić.
Kiedy trafiam na taki egzemplarz, czytam zachłannie aż nie zdaję sobie sprawy, że im szybciej czytam, tym prędzej skończę. Niedobrze!
Nie chcę szybko dojść do ostatniej strony. Chcę czytać jak najdłużej. Najlepiej od początku. Lecz czytanie od początku nie ma niestety posmaku „pierwszego razu”.
Do skończenia książki, o której wspomniałam zostały mi (słownie) 4 strony.
Kiedy przeczytałam pierwsze cztery, gorączkowo zaczęłam się zastanawiać komu dam tę książkę w prezencie. Najlepiej wszystkim moim znajomym. Obiecałam sobie, że będę czytać powoli. Porcjami.
Konstrukcja tej książki wręcz nakłania do takiego czytania. Po fragmencie. Ta książka to „Listy niezapomniane” Shaun'a Ushera.
Zapomnijcie o tajemnicy korespondencji. Zresztą, żadnych tu tajemnic autor tego zbioru nie naruszył.
Idea powstania „Listów” jest tak prosta, że aż dziwne, że nikt wcześniej na nią nie wpadł.
Listy kiedyś pisali wszyscy. Dla tych co to tylko maile i sms-y, wyjaśnienie: list to kawałek kartki, na którym jedna osoba pisze do drugiej osoby na tematy absolutnie dowolne. Kiedyś mówiło się, że przelewa się myśli na papier.
Na listy się czekało dłużej niż na sms-a.
Staroświeckie listy rzadko się wyrzucało, a po latach przewiązywało wstążką i chowało do szuflady.
W „Listach niezapomnianych” jest wszystko co literatura może zaoferować: romans, science fiction, dramat, komedia, kryminał, horror i poezja.
Wywołuje wszystkie uczucia towarzyszące czytaniu dobrej literatury. Tylko tutaj nie trzeba sięgnąć po kolejną książkę, by znaleźć się w innym świecie. Tutaj wystarczy przewrócić stronę i zacząć czytać kolejny list.
Nie mogłam się powstrzymać przed czytaniem jej na głos. To ten rodzaj książki, którą chce się wynieść z domu i podstawiać pod nos każdemu po drodze:
chcesz posłuchać?”
nie chcesz?”
to posłuchaj”...
Uwielbiam takie książki. I z ogromnym żalem patrzę za okno. Leje i wiem co zrobię z resztą popołudnia. Skończę „Listy” a potem będę się martwić, że to stało się znów za szybko.

Listy” zaczynają się kulinarnie. Pierwszy z nich to list Królowej Elżbiety do prezydenta Roosevelta z przepisem na ciasteczka.
Nie zniechęcajcie się sielankowym wstępem. Potem, dla równowagi, znajdziecie utrzymany również w  kulinarnym stylu list od Kuby Rozpruwacza. Udane połączenie, prawda?

Moja kulinarna propozycja to ani ciastka (choć przepis Królowej wykorzystam na pewno) ani danie mięsne.
W lipcu oprócz wakacji panuje bób i to on będzie dziś podstawą gotowania.






















Bobowe kuku wg Yotama Ottolenghi
(naczynie na zdjęciu ma średnicę 18 cm)

1 szklanka ugotowanego i obranego z łupinek bobu
2 łyżki suszonych owoców berberysu (zastąpiłam je suszonymi morelami ale można użyć suszonych wiśni)
3 łyżki kremówki
szczypta szafranu
2 łyżki wody
1 łyżeczka cukru
1 cebula
2 ząbki czosnku
3 jajka
1 łyżka mąki pszennej
ćwierć łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta chilli
1 łyżka suszonej mięty
1 łyżka świeżej mięty
olej do smażenia
sól, pieprz

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Wkładamy do niego naczynie żaroodporne, w którym będziemy piec danie.

Zaczynamy od namoczenia w kremówce szafranu. Kremówkę wlewamy do rondelka, dorzucamy szafran i zagotowujemy. Odstawiamy do wystygnięcia.

Na małą patelnię wlewamy wodę i sypiemy cukier. Zagotowujemy i gotujemy kilka minut. Niech się część wody odparuje. Kroimy na kawałki morele i wrzucamy do syropu cukrowego. Gotujemy minutę i zdejmujemy z ognia. Studzimy.

Na oliwie podsmażamy pokrojoną cebulę i czosnek. Dodajemy ugotowany bób i smażymy minutę. Zdejmujemy z pieca i studzimy.

Do szafranowej kremówki wbijamy jajka i mieszamy. Wsypujemy mąkę z proszkiem i znów mieszamy. Dodajemy chilli, obie mięty oraz sól i pieprz.
Łączymy z bobem i cebulą.

Wracamy do włożonego do piekarnika naczynia.
Wyjmujemy je ostrożnie z piekarnika i wlewamy łyżkę oliwy. Wkładamy ponownie do piekarnika. Bądźcie bardzo ostrożni. Wszystko jest bardzo gorące.
Do gorącego naczynia wlewamy bób z masą jajeczną. Na górze rozkładamy kawałki moreli.
Przykrywamy wierzch folią aluminiową i pieczemy 10 minut. Potem zdejmujemy folię i dopiekamy jeszcze 15 minut.

Danie jest spektakularne i pyszne. Do niego wspaniale smakuje sałatka z ogórka, ale o niej kiedy indziej.
Korzystajcie z bobu, za chwilę straci swoją niewinną zieloność i stanie się smutno żółty. Ja przygotowałam jeszcze dla was pierogi z bobem. Będą już wkrótce.

Na razie się żegnam i wracam do listów.





Smacznego

środa, 8 października 2014

Czerwone i czarne. A może żółte? Risotto alla milanese



























Czeka nas tłusta porcja lata do końca tygodnia. Będziemy tę porcję październikowego lata wylizywać z miseczki zwanej niebem jak koty tłustą śmietankę. A potem wspominać: a pamiętasz zeszły październik? I te zupełnie nie jesienne temperatury w południe? I to słońce jak lizak kupowany na odpuście. Wielki jak witraż w w katedrze św. Piotra w Tiverton.
Październik nie październik a obiecywane 25 stopni powoduje, że myśli uciekają niepoprawnie w stronę błękitu i zieleni sierpnia.
I tylko biedronki zupełnie nie sierpniowe. Jakieś czarno czerwone tsunami nadeszło z południowym wiatrem.
Siedzi człowiek i pasie się słonkiem a tu powietrze zaczyna drgać kolorami zarezerwowanymi dla sił nieczystych. Czerń i czerwień. I woń się roznosi gorzkawa. Nie słodko- kojąca, jesienna a jakaś taka obca. I nagle wszystko jak gejzer wytryska w górę. Ręce bo mają co robić. I nogi, bo ruszają w taniec biedronkowy, jakby ruch miał nas ocalić. I gazety wyfruwają jak gołębie w popłochu, bo wystraszyły się rąk gwałtownych. I spodeczek leci jak księżyc w pełni bo ręce już go nie trzymają.
A między tym wirowaniem i tańcem wariackim biedronki jak czerwono -czarne wykrzykniki. Śmigają bezwładnie, raz w górę, raz w dół. Napływają z ciepłym wiatrem jak gorzka fala pachnąca mleczowym sokiem.
Machamy jak szalone, opędzamy się z całych sił. Daremnie. Biedronki są wszędzie. Plączą się we włosy, wpadają do kawy, myszkują za dekoltem, bzyczą ciężko przy uchu. Myśl o wodzie święconej zaczyna kiełkować wśród furkotu chityny. Pomoże?
Już, już jestem gotowa uciec przed tą nawałą, kiedy niespodziewanie atak słabnie.
Nagle jakby świat pojaśniał. Jakby ktoś wyłączył dopływ tych niepoprawnych kolorów.
Kurek z biedronkami zakręcono na chwilę.
Za minutę, dwie bez zapowiedzi, bez wstępów, nadpływa druga fala. I trzecia i czwarta.
Przegrywamy walkę z naturą. Znikamy w domu, zostawiając świat na biedronkowe pożarcie.

Wiosną, kiedy otworzymy okiennice w domu pod lasem, znajdziemy biedronkową „dolinę królów” pełną czerwono czarnych mumii. Zapchają swoimi chrzęszczącymi pancerzykami wszystkie okienne szpary. Nieliczne leniwie zareagują na nagły błysk światła. Jak małe wampirki, oślepione słońcem ruszą w bezwładny pierwszy lot ku wiośnie. Ale to nie będzie ich pora. Ich czas dopiero nadejdzie za rok. Jesienią znów do nich będzie należał świat. Przez chwilę.

Dziś risotto alla milanese. Klasyka nad klasyki. Matka wszystkich risott.
Proste, wyrafinowane, łechcące najbardziej wybredne podniebienia.


























Risotto alla milanese
ryż z szfranem

75 g masła
1 łyżka oliwy
1 mała cebula drobno posiekana
350 g ryżu Arborio lub Carnaroli
1 szklanka wytrawnego wina
1,5 litra rosołu
kilka nitek szafranu
sól, pieprz
2 łyżki startego parmezanu

W rondlu rozpuszczamy masło (odkładamy 1 łyżkę) z oliwą. Obok na piecu stawiamy garnek z rosołem. Niech się delikatnie gotuje. Do miseczki wlewamy kilka łyżek gorącego rosołu i wrzucamy szafranowe nitki. Dzięki nim risotto nabierze nie tylko pięknej słonecznej barwy ale też zyska intrygujący smak.

Wrzucamy do masła z oliwą posiekaną cebulę i smażymy aż cebula stanie się szklista. Wsypujemy ryż i mieszamy by każde ziarenko otuliło się tłuszczem. Kiedy mamy wrażenie, że ryż też jest szklisty, wlewamy wino. Znów mieszamy i odparowujemy wino.
Teraz zaczyna się żmudna praca, polegająca na czujnym mieszaniu ryżu i wlewaniu nowych porcji rosołu w momencie, kiedy poprzednia zostanie wchłonięta.
Po dziesięciu minutach od chwili kiedy wlejemy pierwszą chochlę rosołu, sięgamy po rosół z szafranem i wlewamy go do ryżu. Dalej postępujemy jak wcześniej. Solimy w międzyczasie risotto ale jeżeli rosół był wcześniej doprawiony, to soli używajmy wstrzemięźliwie.
Po około 20 minutach od wlania pierwszej porcji rosołu, risotto powinno być gotowe.
Zdejmujemy risotto z ognia i dodajemy do niego dwa ostatnie składniki czyli parmezan i zostawioną wcześniej łyżkę masła.
Mieszamy risotto, sprawdzamy czy nie potrzebuje soli i delikatnie pieprzymy.




Czysta pycha w bardzo wakacyjnym kolorze.




Smacznego i wielkich planów na koniec tygodnia