Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 grudnia 2016

Jak uniknąć przedświątecznej gorączki i tort kardamonowo gruszkowy z kremem z brązowego masłasła
















I znów to samo – chciałoby się powiedzieć. Idą święta. Czy jest jakakolwiek możliwość by jakoś sobie uatrakcyjnić przygotowania do świąt? By nie było jak zawsze...mycie okien, wymiatanie kątów, łowienie karpia, pranie kotów i noszenie siatek.
Ano moi kochani możliwości jest bez liku.
Można wszystkie te restrykcje sobie odpuścić. Zrobić listę i oddać ją do wykonania cudzymi rękami.
Można zapakować walizkę i oddalić się na z góry upatrzoną plażę. Wchodzi również w grę zignorowanie kłaków w kątach, brak karpia w wannie i zabłoconego dywanu w przedpokoju.
Z doświadczenia wiem, że święta są odporne na takie drobiazgi jak nie umyte okna. Z tak błahej przyczyny nie da ich odwołać. Okopały się, zakorzeniły do tego stopnia, że byle brud czy brak makowca ich nie ruszą.
Ja w tym roku postanowiłam zadziałać inaczej. Postanowiłam się uszkodzić. Na tyle skutecznie, że prace ręczne wszelakie nie leżą w granicach moich możliwości.
Po zeszłotygodniowych wzorcowych przygotowaniach do świąt czyli myciu, sprzątaniu, wieszaniu dekoracji, nadszedł piątek.
Powiesiłam ostatniego aniołka, zrobiłam krok do tyłu by napawać się sukcesem i w tym momencie skończyła się moja przedświąteczna gorączka. Chwilę się chwiałam, pomachałam rękami nieco rozpaczliwie i upadając miałam nadzieję, że biurko stoi nieco dalej i nie złamię sobie kręgosłupa. To raczej wyłączyłby mnie nie tylko z Bożego Narodzenia.
Reszta popołudnia upłynęła mi na użalaniu się nad sobą, traumatycznej wizycie na oddziale ortopedycznymi i unieruchomieniu lewej ręki.
Ktoś powie: wielkie mi rzeczy, lewa ręka. To niech spróbuje ubrać majtki jedną ręką. Ubrane na bakier dostarczają uczuć mało komfortowych.
Albo niech zje śniadanie w stroju nie nocnym, niech sobie pokroi chleb a potem go posmaruje.
Lub proszę by spróbował ujarzmić jakieś 60 cm włosów używając tylko jednej ręki.
Na razie moje życie opływa w troskę i pomoc w postaci MMŻ ale od jutra tak dobrze nie będzie.
Kto mi ubierze skarpetki?
Jak widzicie zerwałam w tym roku z rutyną i teraz pozostaje mi tylko czekać na rozwój wypadków. Gotowanie na razie odpada...chyba, że zrobię herbatę.
Przetrwam ten tydzień a potem zagonię do roboty tych, co to przyjadą tylko na chwilę.
Dobrze, że mam choć jedną rękę do stukania na klawiaturze.
Na razie korzystam z przepisu z zeszłego roku. Zdjęć, również, bo trzymanie aparatu jedną ręką jest niewykonalne. Sprawdziłam.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę mniej ciekawych przygotowań do świąt.




Tort kardamonowo gruszkowy z kremem z brązowego masła i czekoladową polewą
(wg Call me cupcake)

ciasto:
1,5 szklanki mąki
1 łyżeczka sody
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 szklanka cukru
0,5 szklanki oleju roślinnego
1 jajko
1 żółtko
1/3 szklanki kwaśnej śmietany
1 łyżeczka cynamonu
0,5 łyżeczki kardamonu
0,5 łyżeczki soli
2 gruszki, obrane i pokrojone na małe kawałeczki

krem z brązowego masła:
225 g niesolonego masła
2/3 szklanki cukru
ćwierć łyżeczki kardamonu
szczypta soli
3 łyżki kremówki

polewa czekoladowa:
3 łyżki kremówki
1 łyżka masła
1 łyżka miodu
1 łyżka kakao
1 łyżka whisky
35 g połamanej gorzkiej czekolady

Zaczynamy od włączenia piekarnika i rozgrzania go do 175 stopni.
Następnie przygotowujemy 2 okrągłe formy o średnicy 15 cm. Wykładamy ich spód papierem do pieczenia.

Mąkę przesiewamy przez sito razem z proszkiem, sodą, kakao i przyprawami. Dodajemy cukier.
W drugiej misce mieszamy olej, jajko, żółtko i kwaśną śmietanę.
Dodajemy suche składniki i mieszamy.
Dorzucamy pokrojone gruszki i znów mieszamy.
Przekładamy ciasto do foremek i pieczemy 40 minut.
Studzimy i po 15 minutach wyjmujemy z foremek by całkiem wystygło.

Przygotowujemy krem z brązowego masła.
Jego powalający aromat już dawno zawrócił mi w głowie. Krem zrobiony z jego dodatkiem jest uzależniający.
Masło topimy w rondlu i gotujemy (jak w przypadku masła ghe) aż całe białko opadnie na dno. Po około 10 minutach masło powinno zacząć intensywnie pachnieć i zmieniać kolor na ciemnom miodowy. To odpowiedni moment by zdjąć garnek z pieca. Jeśli przegapimy tę chwilę, masło się spali.
Masło studzimy i wkładamy do lodówki na około godzinę. Nie ma być twarde tylko lekko stężałe, by dało się ubić jak zwykłe masło.
Lekko zastygłe masło ubijamy na puszysty krem. Dodajemy cukier puder i resztę składników. Chwilkę ubijamy.

Oba ciasta kroimy na dwa placki. Smarujemy kremem pierwszy placek. Kładziemy na nim drugi i znów smarujemy. Potem trzeci i czwarty. Resztą kremu smarujemy boki i wierzch ciasta.
Odkładamy ciasto do lodówki i przygotowujemy polewę.

Czas na polewę.
Wszystkie składniki oprócz czekolady i alkoholu umieszczamy w rondelku i lekko podgrzewamy aby się połączyły w jedwabisty sos.
Kiedy sos będzie gotowy dorzucamy czekoladę i wlewamy whisky. Mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Studzimy.

Wyjmujemy ciasto z lodówki i polewamy sosem czekoladowym. Kiedy nieco stężeje, dekorujemy gruszkami.

Wygląda pięknie, pachnie oszałamiająco i smakuje doskonale.

I tak po 7 godzinach ciężkiej pracy dwoma(!!!) palcami udało mi się doprowadzić pisanie do końca. Uf! Teraz muszę odpocząć.




Smacznego

piątek, 11 marca 2016

Zielone tiramisu z gruszką, geranium i matchą czyli Włoch, Irlandczyk - dwa bratanki




















Wszystko było podporządkowane zieleni.
Krzak geranium na oknie rozrósł się przez zimę jak marzenie a herbata o przecudnym jadowitym kolorze leżała w szufladzie i czekała na inspirację.
Zieleń to jest to, czego wypatruję jak spragniony oazy. Na szczęście to, co jeszcze niedawno wydawało się tylko zieloną poświatą, i to dostrzeganą kątem oka, okazało się niezaprzeczalnymi listeczkami na żywopłotach. Jest! Jest zieloność!
Tak mnie ta zielenina nakręciła, że aż mi się zachciało zielonego ciasta.
Kombinacje przy nim uprawiałam karkołomne. Koncepcje goniły koncepcje. Wszystko to przy akompaniamencie głosiku w głowie: nie kombinuj, ubij śmietanę, posyp czekoladą i idź na spacer.
Ignorowanie głosu rozsądku mam we krwi.
Efektem jest to ciasto.




Zielone tiramisu z gruszką, geranium i matchą*

spód: biszkopt
1 jajko
1 łyżka cukru pudru
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
oraz kilka podłużnych biszkoptów

krem:
250 g mascarpone
100 g białej czekolady plus 50 g do dekoracji
2 łyżeczki herbaty matcha (można kupić internecie)
300 ml kremówki
10 liści geranium
1 gruszka
4 łyżki cukru

Kremówkę wlewamy go rondla i doprowadzamy prawie do wrzenia. Wrzucamy do niej połowę umytych liści geranium i 1 łyżeczkę matchy. Zdejmujemy z ognia i przykrywamy. Zostawiamy na godzinkę. Potem przecedzamy śmietanę przez geste sitko i jeszcze raz mocno podgrzewamy. Zdejmujemy z ognia i wrzucamy do gorącej kremówki połamaną czekoladę (100g). Mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Kiedy wystygnie przykrywamy folią i wstawiamy na kilka godzin do lodówki. Musi się dobrze schłodzić.

Gotujemy szklankę wody w małym rondelku. Wsypujemy do niej 2 łyżki cukru i dorzucamy pozostałe liście geranium.
Gruszki obieramy, kroimy na ćwiartki i wrzucamy do rondelka z syropem cukrowym. Gotujemy na małym ogniu 15 minut lub do momentu aż gruszki będą miękkie (ale jędrne).
Ugotowane gruszki wyjmujemy z syropu. Syrop przecedzamy. Geranium wyrzucamy.

Do misy miksera przekładamy wyjętą z lodówki kremówkę z geranium i matchą (nie będzie sztywna lecz lekko zgęstnieje). Ubijamy na sztywno jak bitą śmietanę. Pod koniec ubijania dodajemy mascarpone. Ubijamy aż otrzymamy gęsty krem.

Na tym etapie przeżyłam rozczarowanie, ponieważ z wymarzonej bladej zieleni pozostał marny cień.
Jako, że nic nie mogło mnie odwieść od zielonego ciasta, dodałam do kremu spożywczego, zielonego barwnika, odrobinę, na końcu noża. To był ten kolor, o jaki mi chodziło. Geranium i matcha są przepięknie zielone, niestety w zderzeniu z oceanem bieli mascarpone nie wytrzymują konkurencji. Trzeba naturze nieco pomóc. Choć, oczywiście, kolor nie ma wpływu na smak ciasta.
Miksujemy jeszcze kilka sekund aby barwnik dobrze się rozprowadził i możemy wykładać krem na biszkopt.

Czas poskładać ciasto.
Biszkoptowy spód skrapiamy zalewą gruszkową. Gruszki kroimy na plastry i układamy na biszkoptowym spodzie.
Połowę kremu wykładamy na gruszki i wyrównujemy powierzchnię.
Biszkopty moczymy w syropie, w którym gotowały się gruszki i układamy je na warstwie kremu.
Na biszkopty kładziemy resztę kremu. Wyrównujemy powierzchnię i posypujemy tartą białą czekoladą.
Schładzamy w lodówce kilka godzin.
Podajemy np. z pyszną herbatą np. zieloną.

Wnioski końcowe.
Po zrobieniu ciasta zastanowiłam się czy to torcik czy może nowe wcielenie tiramisu. W końcu zasady budowlane w tym cieście są takie jak przy robieniu tiramisu. Nawet biszkopt na spód można zastąpić gotowymi biszkoptami.
Zielone tiramisu brzmi jak stwór urodzony w Irlandii.
Olśniło mnie. Przecież za kilka dni jest dzień świętego Patryka.
Czyli kolor zielony jak najbardziej na czasie.
Ciasto jest delikatnie cytrynowe dzięki geranium i ledwo zauważalnie cierpkie, czego przyczyną jest matcha.
Należy do kategorii ciast nieoczywistych. Lubię, kiedy pada pytanie nad talerzem: a co dodałaś do kremu?





Smacznego i oceanu zieleni wokół

środa, 2 grudnia 2015

Słońce w lustrze i tarteletki z serem roquefort, boczkiem i gruszką

























Aż chciałoby się usiąść i marudzić: że ciemno, że mokro, że chmura leży na ulicy, że grudzień, że jak listopad. Jak tu w takich momentach znaleźć szczęśliwe chwile.
Ha! Właśnie. Co to za sztuka czuć się szczęśliwym na Lazurowym wybrzeżu jadąc w kabriolecie z zakupów w Mediolanie.
Sztuką jest znaleźć okruchy radości wśród szarych parasoli i spuszczonych na kwintę, czerwonych w większości nosów.
Łatwo się poddajemy. Maruda działa na otoczenie jak zepsute jajko w omlecie. Co z tego, że tuzin był świeżutki. Wystarczy jeden zbuk i po obiedzie.
Trzeba być twardym by znieść bez uszczerbku na humorze pełne pretensji spojrzenia pasażerów w tramwaju i ponure miny w kolejce do kasy.
Wstajemy, w taki dajmy na to czwartek. Rzut oka i już wiemy, że za zasłonami panuje szara maź. Zdajemy sobie sprawę, że zapalenie światła niczego nie zmieni. Światła będziemy musieli poszukać w sobie.
Może kawa na początek, herbata z mlekiem? Może orzechowa granola?
Nie, wolicie ponarzekać?
Czy słońce od tego wyjdzie zza chmur? Czy marudzenie poprawi nastrój wam lub komuś innemu?
Podejrzewam, że raczej zepsuje. Warczenie nikomu jeszcze nie poprawiło humoru.
Może spróbować inaczej. Zrobić małą gimnastykę poranną twarzy. Spróbować unieść kąciki ust. Popatrzeć na siebie i przywitać się ze sobą pogodnie. Od czegoś przecież trzeba zacząć.
Naprawdę nie ma nic do czego warto byłoby się uśmiechnąć?
Kiedy już dokopiecie się do pierwszego uśmiechu, potem będzie łatwiej.
Nie trzeba szukać drogich prezentów ani wyszukanych słów. Na co dzień fantastycznie sprawdzają się rzeczy dostępne za darmo: uśmiech, gest, słowo.
Zacznijmy szary dzień od pogodnego wyrazu twarzy. Słońce i tak nie wyjdzie. I zwracajmy twarze tam, gdzie jasno i ciepło.
Widziałam kiedyś takie zdjęcie: na północy Szwecji jest miasteczko Rjukan, do którego przez pół roku nie dociera słońce. Miasteczko jest otoczone górami i one utrudniają dotarcie promieni słonecznych do mieszkańców. Wyobrażacie sobie pół roku bez słońca?!
Szwedzi znaleźli sposób Na zboczach gór ustawili pod odpowiednim kątem ogromne lustra, które łapią słońce, zahaczające o brzegi gór.
I przez malutką część dnia cały rynek wygląda jak oświetlony latarnią słoneczną.
Czyli można.
Szukanie słońca (w sobie, innych, dookoła) powinno być przepisywane na recepty od listopada do kwietnia.
A od maja już wszystko będzie pięknie bez naszego udziału.

Jako element wspomagający i wywołujący uśmiech możemy sięgnąć do sprawdzonych metod czyli smacznego talerza.




Tarteletki z serem roquefort, boczkiem i gruszką
(wg Erica Lanlarda)
kilka foremek do tarteletek lub jedna duża o średnicy 17 cm

1 szklanka mąki
pół kostki zimnego masła
1 żółtko
szczypta soli
2 łyżki lodowatej wody

nadzienie:

2 duże gruszki
1 łyżka oliwy
kilka plastrów boczku
100 g mascarpone
1 jajko
1 łyżka mleka
1 łyżeczka tymianku
100 g sera roquefort

Szybko zagniatamy ciasto. Możemy to zadanie powierzyć maszynie. I ręce będziemy mieć czyste i ciasto się nie ogrzeje.
Rozwałkowujemy ciasto na grubość 2-3 milimetrów. Przekładamy ciasto do foremek lub okrągłej formy, nakłuwamy widelcem i odstawiamy do lodówki na godzinę.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Foremki z ciastem wykładamy papierem i obciążamy np. grochem
Wstawiamy foremki do piekarnika i pieczemy 10 minut. Po kwadransie zdejmujemy papier z obciążeniem i pieczemy jeszcze 5 minut.
Wyjmujemy formy z piekarnika (nie wyłączmy go) i lekko studzimy.
Przestygnięte ciasto smarujemy rozmąconym jajkiem.
Gruszki kroimy na plastry i rozkładamy na cieście. Wkładamy na 10 minut do piekarnika.
W tym czasie smażymy na oleju plastry boczku do chrupkości.
Mascarpone ubijamy z jajkiem, mlekiem, solą i pieprzem do smaku. Dorzucamy listki tymianku.
Wyjmujemy tarty z piekarnika.
Na wierzch, na podpieczonych gruszkach kładziemy kawałki boczki i sera.
Wlewamy ser z jajkiem.
Posypujemy listkami tymianku.
Wkładamy foremki do piekarnika na 15 minut.
Podajemy lekko przestudzone z soczystą sałatką lub kieliszkiem białego wina.


























Smacznego

środa, 12 marca 2014

Spóźnione kulki ryżowe czyli wspomnienie z Sycylii


























Pewnie już kiedyś marudziłam na obiektywne trudności w ugotowaniu obiadu dla jednej osoby.
Choćbym nie wiem jak się starała, nie umiem obliczyć risotta tylko dla siebie. Zawsze efekt końcowy wykarmiłby jeszcze ze dwie osoby. A wiecie co mówią o risotto. To na nie się czeka a nie odwrotnie. Czyli je się risotto na świeżo, bez ociągania. Co zrobić nadwyżką? Nie jestem purystą kulinarnym. Mogę zjeść risotto następnego dnia, na lunch. Na zimno. I też mi smakuje. Ale tym razem zrobiłam z niego arancini.
Kiedy w zeszłym roku jechałam na kurs kulinarny na Sycylię, byłam pewna, że te smażone kulki ryżowe poznam od podszewki. Hm...nie dość, że nie poznałam, to nie jadłam ich ani razu. To się nazywa rozczarowanie.
Wczorajsza nadwyżka risotta skierowała moje myśli do wyczekiwanych kiedyś arancini.
Wiecie jak szybko można zrobić ciekawy obiad mając resztki z poprzedniego dnia? Jeżeli dodatkowo macie pod ręką sos pomidorowy, to nie dłużej niż 40 minut. Oczywiście, że lepiej jest sobie wcześniej przygotować składniki ale i bez sosu pomidorowego kulki ryżowe są świetne.
























Smażone kulki ryżowe:

wczorajsze risotto np. z gruszką i gorgonzolą i lub milanese
kilka kawałków mozzarelli
kilka kawałków sera gorgonzola
bazylia
1 jajko
1 szklanka tartej bułki lub okruchów z białego chleba
pół szklanki startego parmezanu
olej do głębokiego smażenia

Jak zrobić risotto przeczytajcie tutaj Następnego dnia, po wyjęciu z lodówki resztek risotto robimy tak:
Nabieramy ryż łyżką i lekko rozpłaszczamy na dłoni. Dłoń lekko zwilżamy wcześniej wodą, żeby nam się ryż do niej nie kleił. Ilość ryżu ma mieć wielkość orzecha włoskiego. Do środka rozpłaszczonego ryżu kładziemy kawałek gorgonzoli (w przypadku risotta gruszkowego) lub kawałek mozzarelli z listkiem bazylii (do risotta milanese). Formujemy ciasną kulkę i panierujemy, najpierw w rozmąconym jajku a potem w tartej bułce zmieszanej z parmezanem. Odstawiamy na kilkanaście minut do lodówki.
W głębokim garnku rozgrzewamy olej i smażymy kulki na złoto. Wyjmujemy na papierowe ręczniki i jemy z sałatką lub sosem pomidorowym.

Każde risotto można w ten sposób potraktować. Zjedzenie lunchu złożonego z arancini wprawi w zazdrość koleżanki z pracy. Na bank.




sobota, 14 września 2013

Żądza mordu i ciasto marchewkowo gruszkowe z kremem kokosowym



Wyobraźcie sobie, że zaprosiliście gości i na chwilę musieliście wyjść z domu. Wracacie po godzinie a wasz dom zmienił się nie do poznania. Meble poprzestawiane, dywan wisi zamiast firanki, w wannie ktoś zamieszał zupę a kwiatki z parapetu zniknęły w koszu na śmieci.
Szok absolutny a goście wyrzuceni na zbitą twarz.
A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś w podobny sposób potraktował wasz komputer.
Wpuszczacie kogoś w dobrej wierze i kiedy spokojnie zasiadacie, żeby napisać posta, okazuje się, że  nic nie jest takie samo. Niektóre miejsca są zamknięte na głucho a reklamy pchają się drzwiami i oknami. Cała historia waszych poczynań została zatrzaśnięta w skrzyni, utopiona na dnie morza, a kluczyk połknął wieloryb.
Żądza mordu się we mnie obudziła. Gdybym miała delikwenta i ostre narzędzie, na bank oglądalibyście dzisiaj w Faktach relację z makabrycznej zbrodni na Śląsku.
Cała nadzieja w młodym pokoleniu, które mam nadzieję sprawi cud i reanimuje to, co do mnie należy.
Do poniedziałku muszę sobie jakoś dawać radę i mieć nadzieję, że dodatkowo czegoś nie schrzanię. Każde kliknięcie w dowolny klawisz jest potencjalnym zagrożeniem, że wszystko rozwieje się jak sen złoty albo zza ikonki wyskoczy jakaś bestia sprzedająca mi np. gadające majtki.

Chciałam was dziś zaprosić na ciasto marchewkowo gruszkowe i sama za siebie będę trzymać kciuki, żeby się udało.
Próbujemy.




ciasto marchewkowo gruszkowe z kremem kokosowym

ciasto:
na dwie formy o średnicy 20 cm

3 jajka
1 szklanka cukru
1 szklanka i 2 łyżki oleju
1 łyżeczka wanilii
2,5 szklanki mąki
2 łyżeczki sody
pół łyżeczki soli
2 łyżeczki cynamonu
1 szklanka rodzynków
1 szklanka tartej marchewki
pół szklanki pokrojonych w kostkę gruszek
pół szklanki orzechów włoskich lub pekan

krem kokosowy:

250 g serka śmietankowego typu philadelphia (używam śmietankowego Piątnicy)
100 g miękkiego masła
4 łyżki śmietanki kokosowej (to, co jest gęste w puszce mleczka kokosowego)
4 łyżki cukru pudru

Trudno jest zepsuć to ciasto. Jest to najprostsze ciasto ucierane więc nie powinno  być z nim najmniejszego problemu.
Zaczynamy od ubicia jajek z cukrem. Kiedy kogel mogel jest gotowy dolewamy do niego wanilię i olej. Miksujemy jeszcze chwilę. Mieszamy w osobnej misce wszystkie sypkie składniki i dodajmy do ubitych jajek. Mieszamy krótko widelcem lub łyżką i wykładamy do dwóch, wyłożonych papierem foremek.
Pieczemy 50 minut (do suchego patyczka) w temperaturze 190 stopni.
Studzimy a w międzyczasie robimy krem.
Ubijamy mikserem masło z cukrem na puch i dodajemy po łyżce serek i śmietankę kokosową.
Kiedy składniki się połączą a ciasto wystygnie, możemy przełożyć je kremem.

W przepisie źródłowym kładło się jedną foremkę na drugą po przełożeniu kremem. Moje ciasta tak urosły, że nie wyobrażałam sobie ugryzienia takiej wieży Eiffela. Tak więc wykorzystałam jedno ciasto a drugie czeka na inspirację. Wy, jeśli lubicie piętrowe wypieki, możecie wykorzystać obie foremki. Lub weźmiecie sobie do serca moje uwagi i zamiast napełniać drugą formę, użyjecie papilotek i formy do muffinów. Będą jak znalazł na lunch do pracy.

Wracam do ciasta. Przekrojone  na pół i posmarowane kremem ciasto składamy i smarujemy resztą kremu boki i górę. Dekorujmy orzechami i plastrami podpieczonych gruszek.




Uf. Jakoś dobrnęłam do szczęśliwego finału.
Teraz mogę wyruszyć na poszukiwanie broni i przygotować się na odwet.

Smacznego i pokojowego weekendu


środa, 11 września 2013

Pierwszy muchomor i zupa dyniowo gruszkowa z szałwią



Chyba coś jest na rzeczy skoro takie przepisy zaczynają się pojawiać. Ranki zaczynają się mgliście a słońce jakby nieco senne nam świeci (jeśli w ogóle świeci). Czas zup gorących i pachnących, gęstych i energetycznych nadchodzi.  Boję się wymienić nazwę tej, która nadchodzi, żeby jej nie sprowokować do pośpiechu. Zawsze we wrześniu mam nadzieję, że w tym roku będzie inaczej. Tym razem jesień o nas zapomni i pójdzie się rządzić pod inną szerokością geograficzną. Chyba tylko ja mam nadzieję, bo cała przyroda wokół już się przygotowała.  Śliwki spadają, gruszki jeszcze się trzymają ale widzę, że już niedługo. Dziki postanowiły zrobić jesienne wykopki  i z pięknego trawnika, jak co roku, zrobiły jesień średniowiecza. W jeżyny nawet się nie zapuszczam, bo pająków tam więcej niż liści. Siedzą takie opasłe i tylko czyhają, żeby wleźć na spodnie. Dziękuję pięknie.
A najgorsze jest to, że wczoraj wypatrzyłam pierwszego czerwonego muchomora. Zgroza mnie ogarnęła. Jak nic idą zmiany. Na pocieszenia obok rósł piękny kozaczek.
Dwie rzeczy mnie jeszcze trzymają w nadziei. W sadzie rośnie brzoskwinia. Jest obsypana owocami ale na razie niedojrzałymi. Po raz pierwszy się zdarzyło, że gruszki dojrzały a brzoskwinia się leni. Czyli może coś wie? Po drugie, nasze koty nie przeniosły się jeszcze pod dach. Nawet deszcz nie jest w stanie ich zniechęcić. Tylko Panna Kota woli ciepłą poduszkę od wilgotnych spacerów.
Może lato jeszcze trochę z nami zostanie?



Jako osoba przezorna lubię mieć plan awaryjny. Na wypadek porannego lub wieczornego przymrozka. Krótkich gaci jeszcze nie chowam, ale zupę dyniową mam przygotowaną. Licho nie śpi.



Zupa dyniowo gruszkowa z szałwią

1 gruszka
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 szklanki  upieczonej dyni (hokkaido lub butternuta)
kilkanaście liści szałwii
ser manchego do starcia
litr bulionu
2 łyżki topionego serka
2 łyżki śmietanki kremówki
1 łyżka oliwy
1 łyżka masła
sól
pieprz

Piekarnik  rozgrzewamy do 180 stopni. Dynię kroimy na ćwiartki i pieczemy polaną oliwą i lekko posoloną aż będzie miękka.* Obieramy cebulę i gruszkę a potem kroimy w kostkę.
Na patelnię wlewamy oliwę i wrzucamy 4 liście szałwii. Podgrzewamy oliwę, żeby nabrała szałwiowego aromatu (około 4 minut) i wyjmujemy liście. Dodajemy masło i kiedy się stopi wrzucamy pokrojoną cebulę i gruszkę.
Kiedy będą lekko karmelizowane, wlewamy bulion i dodajemy dynię. Gotujemy dwie minuty i miksujemy zupę. Ostrożnie, bo gorąca zupa jest niebezpieczna.
Do miksowanej zupy wlewamy śmietanę i dodajemy serek. Doprawiamy solą i pieprzem.
Jeżeli zupa jest za gęsta, dolewamy do niej bulionu.
Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oleju i wrzucamy liście szałwii. Nie spuszczajcie patelni z oka. Szałwia powinna pozostać zielona. Gorący olej sprawi, że liście będą chrupkie.
Wlewamy porcję zupy na talerz. Ścieramy obieraczką do warzyw kilka pasków sera i kładziemy na środek talerza. Obok kładziemy chrupkie liście szałwii. Jeszcze nieco świeżo zmielonego pieprzu i jemy ze smakiem.

* nadmiar dyni możemy zamrozić 

Druga zupa to pomidorówka z anyżem. Ta zupa była produktem ubocznym sosu pomidorowego. Dzieci za dyniową raczej nie przepadają  za to pomidorowa to zawsze  celny strzał.



Potrzebujemy na zupę pomidorową:
2 kilogramy pomidorów
1 gwiazdkę anyżu
1 gałązkę bazylii
1 łyżeczkę soli
pół łyżeczki cukru
3 łyżki serka mascarpone
bulion
ewentualnie parmezan lub makaron

2 kilogramy pomidorów zalewamy wrzątkiem, żeby się pozbyć skórek. Zalane gorącą wodą pomidory przykrywamy i odstawiamy  do przestygnięcia. Kiedy wystygną skórka zejdzie bez problemów.
Potem wrzucamy je do garnka z łyżeczką soli, połową łyżeczki cukru, jedną gwiazdką anyżku i gałązką bazylii. Gotujemy pół godziny i wyjmujmy anyż i bazylię. Miksujmy i dolewamy tyle bulionu, żeby całość miała waszą ulubioną gęstość. Na koniec miksujmy z dwiema łyżkami mascarpone. Doprawiamy (jeśli trzeba) solą i pieprzem.

Wlewamy na talerz. Na widelec nabieramy mascarpone i zataczamy kręgi w zupie. Sypiemy na górę nieco parmezanu i podajemy. 
Dzieci zadowolą się nieco bardziej płynną wersję z dodatkiem makaronu.

Obie zupy spełniają wszystkie oczekiwania zupowe na zbliżającą się, "sami wiecie kogo".


Smacznego i kolorowego środka tygodnia

piątek, 5 kwietnia 2013

Chichot losu czyli zupa pietruszkowo gruszkowa z kolendrowym pesto






Dziś będzie nieco makabrycznie.
Lubicie się bać? Jeśli lubicie, to na pewno znacie opowiadanie o zajęczej łapce. Zajęcza łapka to taki talizman przynoszący ponoć szczęście. Jak coś, co jest martwym fragmentem żywego niegdyś organizmu miałoby przynosić szczęście nie mam pojęcia. Już sam pomysł jest porąbany, ale ludzie wierzą w takie rzeczy, że lepiej się nie zastanawiać zbyt długo.
We wspomnianym opowiadaniu starsza para dostaje zajęczą łapkę od szemranego jegomościa i nie ma zamiaru z niej korzystać. Ale opowiadanie nie byłoby z dreszczykiem, gdyby nie zdarzyło się Coś. Tym czymś jest tragiczna śmierć syna w trybach jakiejś piekielnej maszyny (zapomniałam dodać, że rzecz dzieje się w czasach rewolucji przemysłowej). I w tym oto momencie starsi państwo postanawiają skorzystać z magicznej mocy zajęczej łapki.  Życzenie jest proste: niech syn do nich wróci.
Teraz następuje cisza, słychać tylko tykanie zegara i doświadczony czytelnik już  wie, że za chwilę wszyscy osiwieją ze strachu.
Życzenie zostaje spełnione. Syn wali w drzwi rodziców o czwartej nad ranem, wyjąc jak potępieniec.
Nie jest już oczywiście czarującym młodzieńcem, tylko potworem z piekła rodem. Brakuje mu tego i owego w dziedzinie fizyczności, a uczuć pozytywnych nie ma w nim za grosz. Jest żądny krwi i ofiar. Za chwilę rodzice padają na zawał, bogowie chichoczą z radości a czytelnik rozgląda się niespokojnie w poszukiwaniu bratniej duszy. Następuje koniec opowiadania i krótka refleksja.

Na święta zjechało do domu Potomstwo. Wyczekiwane bardzo. Jak zawsze czas  rodzinny wydawał mi się za krótki. W cichości marzyłam sobie, jak fajnie by było, gdyby mogło zostać dłużej.
I życzenie moje zostało spełnione. Co prawda nie o takim przedłużeniu pobytu myślałam, ale zdaję sobie sprawę, ze bogowie też muszą mieć rozrywkę.
Dziecko jest, ale cierpiące i spuchnięte. Nie nadawało się do podróży samolotem.  Myślę sobie, że wygrzebane z pamięci opowiadanie o zajęczej łapce jest zupełnie uzasadnione.

Z racji pewnych ograniczeń konsumpcyjnych postanowiłam ugotować zupę. Najlepiej taką, którą da się wciągnąć przez słomkę. Dziecko nie umrze z głodu. A ja mam nadzieję,  że powoli będzie wracać do formy.


Zupa gruszkowo pietruszkowa z kolendrowym pesto:
(z styczniowej Kuchni)

3 pietruchy
1 gruszka
1 ziemniak
3 szalotki
cebula dymka
3 łyżki oliwy
pół szklanki kremówki
szklanka bulionu
pół łyżeczki curry
szczypta chili
szczypta gałki
sól, pieprz
kolendra, sól, oliwa, moździerz

Obraną pietruszkę i pokrojonego ziemniaka wkładamy do gotującego się bulionu. Gotujemy aż nie będą miękkie. W rondelku rozgrzewamy łyżkę oliwy i wrzucamy pokrojoną szalotkę, dymkę oraz obraną i pokrojoną (byle jak) gruszkę. Do garnka z miękką pietruszką i ziemniakiem dodajemy zawartość rondla i dosypujemy curry, chili i gałkę muszkatołową. Zagotowujemy. Wyłączamy ogień i miksujemy zupę blenderem lub w mikserze. Na koniec dolewamy śmietankę i dosmakowujemy solą i pieprzem.
W moździerzu ucieramy liście kolendry z dwiema łyżkami oliwy.
Nalewamy zupę na talerze i dekorujemy odrobiną kolendrowego pesto.





Smacznego życzę i refleksji nad tym, czego sobie życzymy.

P.S.
Jestem przekonana, że zajęczą łapkę spaliłabym w ognisku.