Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tymianek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tymianek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 września 2019

Skutki braku umiaru i tarta z kremem migdałowym na słono




























Grzyby obrodziły. Jeśli ktoś miałby jeszcze wątpliwości, to melduje, że po obu stronach naszej piaszczystej drogi stoją samochody, rowery, motorowery. Tylko tłumy przybyłe na doroczne dożynki w naszym "city" mogą być porównywalne do rzeszy grzybiarzy.
A musicie wiedzieć, że dom nasz jest zdecydowanie schowany na prowincji głębokiej.

Tydzień temu przemykająca jedynie dziczyzna mogła mnie rankiem zaskoczyć. Ale od poniedziałku; inwazja. Zarówno grzybów, jak zbierających.

Nie powiem, mnie również widok brązowych kuleczek, wyskakujących z igliwia nie pozostawił obojętną. Pierwszy koszyk przytargałam z dziką satysfakcją. Drugi zbierałam, kręcąc nosem. Trzeci koszyk zostawiłam komu innemu. 
Ileż można zbierać maślaków?
Nie wiedziałam, że pod dachem mam materiał na fanatyka zbierania. I nie mam na myśli jakiegoś gościa niespodziewanego. Nic z tych rzeczy.

MMŻ zawsze wykazywał się zgoła obojętnym stosunkiem do grzybobrania.
Ba, jednak w jego życiu sporo się zmieniło i, jak się okazuje, miało to wpływ również na wędrówki po lesie.

Duma z jaką MMŻ przyniósł do domu kanię wielkości rowerowego koła jaśniała jak miecz świetlny Lucka Skywalkera. Moja radość podobnie. Ale kiedy Małżonek mój wrócił z naręczem kań czwarty dzień z rzędu, radość nieco przybladła.

Zapomniałam, że „umiar” to słowo rzadko występujące w słowniku MMŻ. 
I zaraz myśli moje pogalopowały w kierunku pewnego wieczoru dawno temu, kiedy MMŻ wkroczył do naszej jaskini targając pół świni.

Nie używam metafory. To było jak najbardziej dosłowne pół świni.
Musielibyście widzieć ten wyraz triumfu na twarzy. Jak niedaleko odeszliśmy od swoich bardziej owłosionych przodków.
I nieważne, że przecież sam zwierzęcia nie upolował. Ważne, że przytargał do jaskini.
Przytargał i umył ręce. Też dosłownie. Przecież swoje już zrobił. Teraz moja kolej.

I ja przez pół nocy tego nieszczęsnego świniaka próbowałam opanować. Klęłam, stękałam, marudziłam i upychałam w zamrażarce. Kuchnia była jak lodowisko, śliska.
Jeszcze półtora roku później jakieś kawałki schabu plątały mi się na półkach.

Zagroziłam MMŻ rozwodem jeśli jeszcze kiedyś wpadnie mu do głowy taki krwiożerczy pomysł.
I teraz to nieopanowanie w grzybach przypomniało mi sytuację z przed lat.

Na szczęście grzyby występują spontanicznie, więc po tygodniu żywienia się kaniami wszystko wróciło do normy. Muszę wam powiedzieć, że powinnam była zrobić projekt: kanie w pięciu odsłonach:
1)      Z sałatką z pora i groszku i smażonymi ziemniakami
2)      Z sosem curry, ziemniakami w sezamie i fasolką szparagową z orzeszkami ziemnymi
3)      Z sałatką z buraczków i papryki i ziemniaczanymi chipsami
4)      Z papryczkami padrone i sosem czosnkowym
5)      Jako sałatka cezar (kania smażona zamiast kurczaka)

Niestety całą moją energię spożytkowałam na proces tworzenia i nawet mi nie mignęła myśl o uwiecznieniu dzieła.

Potem znów zaczęły się upały i kanie stały się tylko wspomnieniem.
Dziś leje. I lać ma jutro.
Jeden plus jeden równa się dwa.
Nietrudno się domyśleć co zacznie kiełkować pod lasem….
Chyba trzeba będzie MMŻ przywiązać do pieca.

Przekornie nie zaproponuję dziś ani grzybów, ani zwierzęcia.
Będzie roślinnie i pysznie. Pomidorowo.






















Tarta z kremem migdałowym na słono w dwóch wersjach

Zastanawiacie się czy dobrze widzicie: krem migdałowy? Zapewniam, że nie ma tu omyłki.
Skoro do ciast owocowych frangipane czyli krem migdałowy jest okej, to czemu nie do wytrawnych wypieków?

1 opakowanie ciasta francuskiego (poszukajcie z masłem a nie olejem palmowym)
150 g mielonych migdałów
100 g miękkiego masła
1 jajko
pół łyżeczki soli
pieprz
1 łyżeczka oberwanych listków tymiankowych (niekoniecznie)

dodatki wersja I:

miseczka pomidorków koktajlowych
1 łyżka czarnych oliwek
1 szklanka sera manchego (lub waszego ulubionego), pokrojonego w kostkę
kilka plastrów grillowanej cukini

Zaczynamy od kremu migdałowego. Miksujemy masło na puszystą masę. Dodajemy jajko miksując oraz sól i pieprz. Dorzucamy mielone migdały i listki tymianku
Ciasto francuskie rozwijamy i wykładamy nim okrągłą formę. Obcinamy nożyczkami wystające brzegi ciasta i nakłuwamy widelcem dno.
Wykładamy krem migdałowy i rozprowadzamy na dnie ciasta. Na kremie umieszczamy cukinię i pomidorki, pokrojone na połówki. Posypujemy oliwkami i serem. Sypiemy pieprz i tymiankowe listki.
Pieczemy w 200 stopniach przez 25 minut.
Wyjmujemy z piekarnika i po kwadransie możemy jeść.
Świetne danie zarówno na ciepło, jako obiad z sałatką jak i na zimno, jako lunch.

Wersja II

ciasto francuskie
krem migdałowy (patrz wyżej)
grillowane plastry bakłażana
czarne oliwki
miseczka pomidorków koktajlowych, pokrojonych na pół
1 rolada serka koziego, krojona w plastry

Działanie jest identyczne jak wersji I.
Najpierw ciasto, potem krem a na krem dodatki. Wszystko wędruje do pieca a po kilkunastu minutach od upieczenia, na stół.
Obie wersje są pyszne, gorąco polecam.




Smacznego

wtorek, 9 maja 2017

Obrazek jak z Dalego a także zasznurowana makrela
























Takich numerów jeszcze nie było. 
Bałwana w Wielkanoc lepić już się zdarzyło. Boże Narodzenie w ulewnym deszczu też mamy odhaczone.
Co prawda słońce ciągle jeszcze wstaje na wschodzie a czarne wciąż jest czarne lecz chyba licho nie śpi.
Jest 9 maja, latam z kosiarką. Taką do trawy.
Czyli niby wszystko się zgadza. Tylko dlaczego, do jasnej Anielki sypie śnieg. Jakiś surrealizm mi się w ten obrazek zaplątał.
Człowiek kroczący za kosiarką zero romantycznych uniesień ma głowie. Raczej praktyczność zagadnienia zaprząta mu umysł. Ile jeszcze umownych kwadratów trawnika zostało do skoszenia, na przykład. Lub czy jest jakaś możliwość opróżniania kosza bez ciągłych wędrówek do kompostownika?
Biel płatków, sypiących się z nieba każdy rasowy kosiarz zlekceważy jako element przy goleniu trawnika zbędny. Może bardziej romantyczna natura poszuka drzew wiśniowych jako źródła sypiącej się bieli.
Tylko, że do drzew owocowych mamy spory kawałek. A płatki spadające na trawnik, znikają po chwili jak kamfora. Ki czort?
Śnieg, panie, śnieg. Tylko po co, ja się pytam. Czy ktoś potrzebuje śniegu w maju? Mój trawnik nie. Moje drzewka w sadzie na 150% nie. Kosy siedzące w gnieździe w leszczynie absolutnie nie. Magnolia jest cała na nie. Nawet koty są na nie i okupują wszystkie przypiecowe miejsca.
Nie macie wrażenia, że coś jest bardzo nie w porządku? Że komuś się coś całkiem pomerdało z pogodą?
Ciągła obecność zimowego płaszcza i czapki jest najlepszym powodem do niepokoju. Niech ktoś w końcu włączy słońce!
Tą oto odezwą żegnam dzisiejszy dzień. Pani Gardias z uroczym uśmiechem zapowiedziała, że jeszcze tylko jutro a potem się zobaczy. Optymizm mnie ogarnął bezmierny.
Na razie żałuję, że nie mam szlafmycy.





















Na pocieszenie coś dla ciała czyli:
zasznurowana makrela

(dla dwóch osób)
2 świeże makrele

nadzienie do ryby:
2 łyżki suszonych pomidorów w oliwie
2 filety anchois
1 ząbek czosnku
pół łyżeczki czosnku w proszku
pół łyżeczki peperoncino
pieprz
pół łyżeczki listków tymianku
1 łyżka natki pietruszki
skórka z połowy cytryny.

oliwa
sól
2 łyżki masła
pół ząbka startego czosnku

Zaczynamy od przygotowania ryby. Kupując makrelę, upewnijcie się, że ryba jest naprawdę świeża. Leżakująca makrela jest jednym z najbardziej przykrych doznań zapachowych. Oszczędźcie sobie tej wątpliwej przyjemności.
Jeśli macie pachnącą morzem rybę (mam nadzieję, że wypatroszoną, ponieważ nie odważę się tutaj dawać wam rady jak dokonać tego czynu), pozbawcie ją głowy.
Teraz musicie usunąć z niej kręgosłup.
Trzeba poprowadzić nóż wzdłuż kręgosłupa, w kierunku ogona, ale nie rozcinając do końca. Potem robimy dokładnie to samo z drugą połową ale usuwając kręgosłup.
Mówiąc prostym językiem, ogon powinien być wspólną częścią obu połówek ryby.
Myjemy i osuszamy makrele.

W blenderze miksujemy składniki nadzienia.
Rozkładamy ryby jak kartkę urodzinową. Smarujemy obficie pomidorowym nadzieniem. Zamykamy ryby (jak wypisaną kartkę urodzinową) i związujemy sznurkiem.
Smarujemy oliwą, posypujemy oszczędnie solą i kładziemy na blasze, wyłożonej papierem do pieczenia. Wokół rozrzucamy malowniczo małe słodkie papryczki.

Piekarnik rozgrzewamy do 190 stopni.
Pieczemy makrele 25 minut. Po 15 minutach polewamy ryby masłem z czosnkiem.

Upieczone wyjmujemy, układamy na talerzu i pieczołowicie wlewamy do miseczki cały płyn, który zebrał się na blaszce. Nim polewamy rybę. Podajemy z czym chcemy. Kasza pęczak z warzywami pasuje jak ulał.





Smacznego i oby jutrzejsze przebudzenie miało miejsce w maju a nie w lutym.

czwartek, 1 września 2016

Mroczna i jasna strona wołowiny czyli soczysty burger z dodatkami

























W moich opowieściach o podróży w Bieszczady zabrakło jednego elementu. Usprawiedliwiam to skłonnością do szybkiego zapominania nieprzyjemnych zdarzeń.
Do Sanoka przywiodły nas wręcz entuzjastyczne recenzje kawiarni „U mnicha”. Faktycznie na rynku miasteczka, nieco z boku, w malowniczym cieniu zauważyłyśmy mroczną, zakapturzoną postać. Jeśli to nie poszukiwana kawiarnia, to co innego? Muzeum tortur?
W głębi uliczki znalazłyśmy cel naszej wizyty.
Powiem tak: kawa świetna, obsługa przemiła, ciasto domowej roboty, bez zarzutu. Wnętrze nie powala na kolana ale jest co oglądać na półkach. Ilość rodzajów herbaty i kawy wprawia każdego kawiarza i herbaciarza w zachwyt. Gdyby było nieco przytulniej, spędziłybyśmy tam całe popołudnie.
Za to kolekcje młynków do kawy (wszystkie można kupić), świadczą na korzyść kawiarenki.
Polecamy i idziemy dalej.
Błądzimy po śladach Beksińskiego, zaglądamy w zaułki. Rynek pięknie odnowiony, cały w pastelach. Po Zamościu już wiem, że rzeczywistość może pozytywnie zaskakiwać.
I nabieramy apetytu na lunch.
Trochę kluczymy w poszukiwaniu knajpki ale jesteśmy przygotowane więc to kluczenie ma sens.
Znajdujemy restaurację Nobo i już jesteśmy na „tak”. Jest uroczo, z klimatem, ogródek malusieńki lecz przytulny.
Karta niczego sobie. Zamawiamy.
Co mnie podkusiło by zamówić burgera do dziś nie wiem. Ostatniego jadłam chyba w podstawówce. Czasami zaćmienia jakiegoś dostaję i zamawiam coś absolutnie niezgodnego ze zdrowym rozsądkiem. W górach halibuta a w tajskiej knajpie spaghetti.
Potem mam za swoje. Gdybym miała wytłumaczyć się ze swoich odlotów, nie miałabym nic do powiedzenia. Coś mnie naszło i tyle.
Z burgerem w Nobo było tak samo.
Chociaż wyglądał na zjadalny. I smakował dobrze. Ktoś, kto miał go swoich rękach potrafił używać ziół i przypraw. Szkoda tylko, że potem o swoim dziele zapomniał.
Przeleżał biedny burgerek gdzieś w suchym miejscu czas jakiś i stawał się coraz bardziej mumią a coraz mniej soczystą wołowiną.
I w swoim stadium przedostatnim czyli przed staniem się zelówką, trafił na mój talerz.
Jedliście kiedyś burgera, który pokaleczył wam przełyk? Nie żałujcie.
Pytanie gościa czy mu smakowało zawsze niesie w sobie element ryzyka. Pani kelnerka była zupełnie nie przygotowana na naszą życzliwą krytykę.
Zniknęła i już się nie pojawiła.
Czekałyśmy na jakiś odzew ze strony kuchni. Nie wiem, może przyczłapałby zaspany kucharz i wybąkał, że mu dziecko płakało całą noc lub do ukochanej pędził co sił i o spiżarnianym mięsie zapomniał.
Czekałyśmy na próżno. Nie było ani kucharza, ani małego „przykro nam, przepraszamy”. Szkoda.
Jeśli więc wypadnie wam po drodze Sanok, jedzcie w Nobo tarty, przystawki i pizzę. Ale wołowinę, szczególnie suszoną, omijajcie z daleka.

Dzisiejszy burger jest najświeższym ze świeżych. Mięso sama zmieliłam, doprawiłam i usmażyłam.
Taki powinien by rasowy burger. Soczysty, z mnóstwem dodatków. To nic, że nie mieści się w buzi. Przecież nie jecie go na raucie w ambasadzie pakistańskiej.











Soczysty burger z dodatkami
(na trzy przeciętne burgery)

250 g mięsa wołowego dobrej jakości, zmielonego
1 jajko
1 nieduża czerwona cebula
1 ząbek czosnku
1 łyżka listków tymianku
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżka ulubionej musztardy
1 łyżka keczupu1 mała papryczka chilli, drobno pokrojona
1 łyżeczka słodkiej wędzonej papryki
ćwierć łyżeczki pieprzu

sos:
2 łyżki jogurtu greckiego
2 łyżki majonezu
1 łyżka pikantnego keczupu

oraz
trzy plastry dobrego sera (u mnie cheddar)
kilka plastrów pomidora
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie krążki
2 liście sałaty
kilka plastrów podkiszonej cukinii*

i trzy bułki do hamburgerów (ja swoje kupiłam)

*Cukinię kroimy na cienkie plastry wzdłuż i zasypujemy połową łyżeczki soli. Mieszamy, przykrywamy i zostawiamy na godzinę w spokoju. Potem kładziemy cukinię na sicie by odsączyć ją z płynu. Dodajemy do sałatek lub kanapek.

Mieloną wołowinę mieszamy zresztą składników. Wyrabiamy do momentu aż stanie się klejąca. Nie obawiajcie się, zauważycie ten moment.
Potem formujemy trzy zgrabne krążki i wstawiamy je do lodówki na co najmniej godzinę.
Mieszamy składniki sosu.

Po godzinie wyjmujemy mięso z lodówki i zostawiamy w temperaturze pokojowej około kwadransa.
Teraz możemy brać się za smażenie
Na patelni mocno rozgrzewamy odrobinkę oleju i kładziemy burgery. Smażymy je dwie minuty z każdej strony. Po odwróceniu na drugą stronę, możemy je lekko przygnieść łopatką do obracania. N Wlewamy łyżkę gorącej wody i smażymy jeszcze po minucie z każdej strony. Kładziemy plaster sera i przykrywamy na kilkanaście sekund by się roztopił. Zdejmujemy pokrywkę.
Kiedy burgery się smażą, jedną ręką wrzucamy bułki do tostera lub na grill.
Pozostaje nam poskładać to wszystko w zgrabną wieżyczkę.
Zaczynamy od połówki bułki. Smarujemy ją musztardą. Na niej kładziemy sałatę. Na sałacie kropla sosu i skwierczący burger. Na nim znów sos i cebula, pomidor, sos, cukinia. Wieżyczkę zamykamy drugą częścią bułki a całość wieńczy wstążka cukinii.


Ubrudziłam sobie w trakcie jedzenia nie tylko ręce i buzię ale też spodnie i buty. Ale co tam...warto było.  



poniedziałek, 21 grudnia 2015

Prezent dla drwala czyli rillettes z kaczki

























Po co ja tę kaczkę kupiłam? Mało mam roboty z tzw tradycją?
Na rozum mi padło czy co?
Leży biedula w lodówce a ja coraz bardziej nerwowo zerkam na mak, bo to jego pora właśnie nadchodzi. Żeby zrobić miejsce w chłodzie, musiałam pozbyć się drobiu.
Najlepiej byłoby ją zamoczyć w soku pomarańczowym i ze trzy obiady miałbym z głowy. Tak, ten pomysł był świetny w każdym innym momencie roku, tylko nie przed Bożym Narodzeniem.
Stałam z nożem nad ofiarą i przypomniałam sobie, że gdzieś czytałam o rillettes z kaczki. Właściwie mogłaby to być alternatywa dla nieśmiertelnego pasztetu.
Bierzemy się do roboty. Z jednej kaczki zrobiłam gar zupy pho (w końcu od czego są skrzydła, i cała koścista reszta?), upiekłam jedną pierś jako dodatek do sałatki a udka i jedna pierś posłużyły jako baza do rillettes.
Potrzebowałam jeszcze tłuszczu (i to dużo) bo kwint esencja tego dania polega na gotowaniu w tłuszczu. Z listopadowej przygody z gęsią został mi spory słoik wytopionego tłuszczu z gęsi. Wiedziałam, że gdzieś na świecie istnieje sposób na bardziej wyrafinowane jego spożytkowanie niż tylko dodatek do ziemniaków.
Wczoraj polecałam wam ciasteczka z bakaliowym nadzieniem jako prezent. Dziś sugeruję, żeby pięknie opakowany słoik z kaczym środkiem podarować np. zaprzyjaźnionemu drwalowi. Ilość kalorii i cholesterolu w słoiku może bezkarnie skonsumować tylko on lub wielorybnik. Jeśli jakiegoś znacie, to przerabiajcie kaczkę bez wahania.
Tylko zostawcie sobie słoiczek, bo ta bomba żywieniowa jest warta grzechu.
Rok się kończy i niedługo złożymy sobie nowe postanowienia, więc jeszcze możemy na rachunek tego upływającego nieco pogrzeszyć. Czemu nie odrobiną rillettes z kaczki?
Nie będziecie wiedzieli jakie to dobre, jeśli nie spróbujecie.



Rillettes z kaczki

2 kacze udka plus jedna pierś
1 łyżeczka ziaren jałowca
1 łyżeczka ziaren pieprzu
4 goździki
1 liść laurowy
pół łyżeczki tymianku
pół łyżeczki rozmarynu
1 łyżeczka soli
oraz
1 liść laurowy
kilka całych ziaren jałowca
cała główka czosnki przekrojona w poprzek
tłuszcz z gęsi, kaczki lub ostatecznie olej. Tłuszczu musi być dużo, ponieważ powinien przykryć całe mięso.

Ucieramy w moździerzu przyprawy i wcieramy w umyte i osuszone części kaczki. Wkładamy do miski, przykrywamy i odstawiamy do lodówki na 24 godziny.
Następnego dnia rozgrzewamy piekarnik do 110 stopni.
Do naczynie żaroodpornego lub żeliwnego garnka wkładamy kawałki kaczki, przyprawy i czosnek.
Zalewamy kaczkę tłuszczem, przykrywamy pokrywką i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 2 godziny, po czym sprawdzamy miękkość mięsa. Moja kaczka potrzebowała jeszcze pół godziny by osiągnąć stan odchodzenia mięsa od kości. Bądźcie bardzo ostrożni przy tych czynnościach. Garnek jest gorący, a przed świętami kontuzja jest ostatnim, co chcielibyście sobie zafundować.
Upieczoną kaczkę zostawiamy do wystygnięcia.
Schłodzone mięso wyjmujemy i rwiemy na paski. Wyłuskujemy upieczony z mięsem czosnek.
Przecedzamy i podgrzewamy tłuszcz, w którym piekła się kaczka. Bardzo gorącym zalewamy paski mięsa. Możemy to zrobić używając słoika (wtedy będzie akurat na prezent) lub miseczki. Na górę kładziemy liść laurowy, przykrywamy i wstawiamy do lodówki.
Po świątecznej obfitości ryb, może znajdzie się ktoś, kto z radością zje grzankę z rilette i plastrem ogórka kiszonego. Niekoniecznie drwal:)



























Smacznego

środa, 2 grudnia 2015

Słońce w lustrze i tarteletki z serem roquefort, boczkiem i gruszką

























Aż chciałoby się usiąść i marudzić: że ciemno, że mokro, że chmura leży na ulicy, że grudzień, że jak listopad. Jak tu w takich momentach znaleźć szczęśliwe chwile.
Ha! Właśnie. Co to za sztuka czuć się szczęśliwym na Lazurowym wybrzeżu jadąc w kabriolecie z zakupów w Mediolanie.
Sztuką jest znaleźć okruchy radości wśród szarych parasoli i spuszczonych na kwintę, czerwonych w większości nosów.
Łatwo się poddajemy. Maruda działa na otoczenie jak zepsute jajko w omlecie. Co z tego, że tuzin był świeżutki. Wystarczy jeden zbuk i po obiedzie.
Trzeba być twardym by znieść bez uszczerbku na humorze pełne pretensji spojrzenia pasażerów w tramwaju i ponure miny w kolejce do kasy.
Wstajemy, w taki dajmy na to czwartek. Rzut oka i już wiemy, że za zasłonami panuje szara maź. Zdajemy sobie sprawę, że zapalenie światła niczego nie zmieni. Światła będziemy musieli poszukać w sobie.
Może kawa na początek, herbata z mlekiem? Może orzechowa granola?
Nie, wolicie ponarzekać?
Czy słońce od tego wyjdzie zza chmur? Czy marudzenie poprawi nastrój wam lub komuś innemu?
Podejrzewam, że raczej zepsuje. Warczenie nikomu jeszcze nie poprawiło humoru.
Może spróbować inaczej. Zrobić małą gimnastykę poranną twarzy. Spróbować unieść kąciki ust. Popatrzeć na siebie i przywitać się ze sobą pogodnie. Od czegoś przecież trzeba zacząć.
Naprawdę nie ma nic do czego warto byłoby się uśmiechnąć?
Kiedy już dokopiecie się do pierwszego uśmiechu, potem będzie łatwiej.
Nie trzeba szukać drogich prezentów ani wyszukanych słów. Na co dzień fantastycznie sprawdzają się rzeczy dostępne za darmo: uśmiech, gest, słowo.
Zacznijmy szary dzień od pogodnego wyrazu twarzy. Słońce i tak nie wyjdzie. I zwracajmy twarze tam, gdzie jasno i ciepło.
Widziałam kiedyś takie zdjęcie: na północy Szwecji jest miasteczko Rjukan, do którego przez pół roku nie dociera słońce. Miasteczko jest otoczone górami i one utrudniają dotarcie promieni słonecznych do mieszkańców. Wyobrażacie sobie pół roku bez słońca?!
Szwedzi znaleźli sposób Na zboczach gór ustawili pod odpowiednim kątem ogromne lustra, które łapią słońce, zahaczające o brzegi gór.
I przez malutką część dnia cały rynek wygląda jak oświetlony latarnią słoneczną.
Czyli można.
Szukanie słońca (w sobie, innych, dookoła) powinno być przepisywane na recepty od listopada do kwietnia.
A od maja już wszystko będzie pięknie bez naszego udziału.

Jako element wspomagający i wywołujący uśmiech możemy sięgnąć do sprawdzonych metod czyli smacznego talerza.




Tarteletki z serem roquefort, boczkiem i gruszką
(wg Erica Lanlarda)
kilka foremek do tarteletek lub jedna duża o średnicy 17 cm

1 szklanka mąki
pół kostki zimnego masła
1 żółtko
szczypta soli
2 łyżki lodowatej wody

nadzienie:

2 duże gruszki
1 łyżka oliwy
kilka plastrów boczku
100 g mascarpone
1 jajko
1 łyżka mleka
1 łyżeczka tymianku
100 g sera roquefort

Szybko zagniatamy ciasto. Możemy to zadanie powierzyć maszynie. I ręce będziemy mieć czyste i ciasto się nie ogrzeje.
Rozwałkowujemy ciasto na grubość 2-3 milimetrów. Przekładamy ciasto do foremek lub okrągłej formy, nakłuwamy widelcem i odstawiamy do lodówki na godzinę.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Foremki z ciastem wykładamy papierem i obciążamy np. grochem
Wstawiamy foremki do piekarnika i pieczemy 10 minut. Po kwadransie zdejmujemy papier z obciążeniem i pieczemy jeszcze 5 minut.
Wyjmujemy formy z piekarnika (nie wyłączmy go) i lekko studzimy.
Przestygnięte ciasto smarujemy rozmąconym jajkiem.
Gruszki kroimy na plastry i rozkładamy na cieście. Wkładamy na 10 minut do piekarnika.
W tym czasie smażymy na oleju plastry boczku do chrupkości.
Mascarpone ubijamy z jajkiem, mlekiem, solą i pieprzem do smaku. Dorzucamy listki tymianku.
Wyjmujemy tarty z piekarnika.
Na wierzch, na podpieczonych gruszkach kładziemy kawałki boczki i sera.
Wlewamy ser z jajkiem.
Posypujemy listkami tymianku.
Wkładamy foremki do piekarnika na 15 minut.
Podajemy lekko przestudzone z soczystą sałatką lub kieliszkiem białego wina.


























Smacznego

czwartek, 19 listopada 2015

Rzeczy stare i nowe czyli zupa jesienna z pieczonych buraków z tymiankiem i syropem z granatów

























Trochę mi wstyd, że tak zaniedbałam pisanie. Ale tylko trochę. Robiłam w międzyczasie tyle innych rzeczy, że na pisanie nie było już czasu.
Wciąż też próbuję oswoić światło w moim nowym domu. Wydawało mi się, że piękne światło poranne załatwi wszystkie moje oczekiwania. Nie wzięłam tylko pod uwagę dość istotnego faktu, że mieszaniem w garach zajmuję się raczej nie o świcie.
Mogłabym, co prawda, pokazywać wam codzienny raport poranny ale po trzech dniach umarlibyście z nudów.
Moje śniadania są do bólu banalne i opierają się w głównej mierze na serku i kiełkach.
Tak więc musiałam poobserwować swoje powierzchnie stołowe i blatowe by znaleźć odpowiednio dużo światła do zdjęć.
Na razie moje próby głęboko mnie rozczarowują ale nie porzucam nadziei.
Właśnie minął miesiąc od czasu, kiedy powiesiliśmy przysłowiowy kapelusz w nowym mieszkaniu.
Trochę się już przyzwyczaiłam choć ciągle jeszcze ćwiczę pamięć, gdzie co położyłam.
Nie będę tu tracić czasu na wyliczenie ilu przedmiotów nie mogę znaleźć do tej pory, ale wierzcie mi, byłaby tego spora walizka.
MMŻ jest chyba mniej skomplikowany ode mnie bo przyszedł, rozejrzał się, wypakował pierwsze pudło z płytami, objął w posiadanie i już był u siebie.
Ja, do nowego etapu życia mam podejście dużo mniej nonszalanckie. Muszę obwąchać, podotykać, przyjrzeć się z bliska, potem obejrzeć z daleka.
Więź mentalna z nowymi ścianami buduje się w moim przypadku powoli. Niczego nie biorę w posiadanie. Raczej krok po kroku nawiązuję przyjaźnie. Z kuchnią, nową łazienką, szafkami, widokiem za oknem. Wydeptuję nowe ścieżki i uczę się nowych zapachów. Te, które przyjechały ze starymi rzeczami zniknęły w nowych meblach.
Co gorsza, stare zdjęcia, setki książek i stada bibelotów wciąż tkwią w kartonach na strychu – Sezamie. Na nie jeszcze nie nadszedł czas.
Przywożenie kartonów przypomina grę w totolotka. Bierzemy jak leci a potem zgadujemy co przywieźliśmy. Jeszcze nie udało nam się wybrać tego kartonu, na którym nam zależało. A to się trafi pudło pełne teczek z dziecięcymi rysunkami, kiedy ja rozpaczliwie pożądałam swoich filiżanek. Lub znajdziemy karton z gramofonem. Ten z płytami niestety ciągle jest przyszłością.
Zapytacie dlaczego nie spisałam naszego dobytku. Otóż spisałam, ale zapomniałam, że komputer bywa zawodny i w kapryśności swojej odmówi posłuszeństwa i zgubi moją bazę danych.
Zapisywanie w chmurze jest bezcenne i pamiętajcie, żeby ważne dla siebie notatki zabezpieczać na wszelki wypadek. Unikniecie niespodzianek z gatunku: co może zawierać numer 165?
Rozpisałam się zupełnie na na temat.
Chciałam wam opowiedzieć o pewnym cudownym urządzeniu, które pojawiło się w mojej nowej kuchni ale jako, że już wam sporo czasu zajęłam dzisiaj, to moje zachwyty muszą poczekać.
Wrócę do nich następnym razem.
Dziś zaproszę was jeszcze do stołu i znikam, Mam nadzieję, że tym razem na krótko.

Zupa jesienią jest równie niezbędna dla zachowania równowagi psychicznej jak duża dawka słońca i pozytywne myślenie.
Dobra zupa, zresztą, pozytywne myślenie ułatwia. Wyobraźcie sobie mokre szyby, wyginające się od wiatru drzewa, koszmarne prognozy pogody. To wszystko jest tam, na zewnątrz.
Tu, w środku jesteście wy i pękata filiżanka gorącej dyniowej lub słodki talerz energetycznej buraczanej.
Co tam deszcze i wichury. Mogą nam co najwyżej...nagwizdać.


















Krem z pieczonych buraków z czosnkiem, tymiankiem i syropem z granatów

1 kg buraków (moje są czerwone ale jeśli użyjecie żółtych, to zupa będzie delikatniejsza i słodsza)
kilka ząbków czosnku (ilość zależy od gustu)
kilka gałązek tymianku
1 łyżka syropu z granatów
4 szklanki dobrego bulionu
sól
pieprz
kwaśna śmietana na koniec

Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni. Buraki (wybierzcie raczej średniej wielkości) myjemy i nakłuwamy widelcem w kilku miejscach. Zawijamy je w folię aluminiową razem z gałązką tymianku i wkładamy do piekarnika. Obok kładziemy nieobrane ząbki czosnku.
Pieczemy do miękkości czyli około 50 minut. Sprawdzamy miękkość buraków widelcem.
Upieczone ostrożnie wyjmujemy z folii i kiedy nieco przestygną obieramy ze skórki a czosnek z łupinek.
Podgrzewamy nieco bulion.
Obrane buraki, czosnek i szklankę bulionu i łyżkę syropu z granatów wkładamy do miksera i miksujemy na krem. Dolewamy taką ilość bulionu by uzyskać ulubioną gęstość. Doprawiamy solą i pieprzem.
Przelewamy zupę do garnka i zagotowujemy.
Wlewamy do miseczek, posypujemy listkami tymianki i dekorujemy kleksem kwaśnej śmietany.





Smacznego