Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśna śmietana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwaśna śmietana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2024

Gdzie są ciepłe kapcie czyli zupa na pokrzepienie z soczewicą, makaronem i kwaśną śmietaną



Aż nie chce się otwierać oczu. Nie dość, że poniedziałek, to na dodatek obrzydliwy. Leje, wieje, wieje, leje. 

Taki początek tygodnia powinien być prawnie zabroniony

"To w szyby deszcz, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy niezmienny"...

Uwielbiam ten wiersz i jego smutek ale nie w poniedziałek. Litości. 

Zima jak się patrzy. 

Nawet parasol na nic się zda bo zaraz ci go z ręki wiatr wyrwie. Kokonik jakiś dziś by się przydał. Może strój nurka? 

Albo literatura jakaś podnosząca na duchu. Może być poezja, tylko proszę nie deszczowa , nie ta jaką usłyszałam dziś w swojej głowie po odsłonięciu zasłon.

Jedyna energetyczna jaka mi przychodzi do głowy, to kulinarna. Taka, w której kipi od kolorów, gorąca, aromatów. Macie jakieś ulubione książki na takie dni jak dzisiejszy?

Jamie Oliver jest niezły ale chyba nie o ten rodzaj aktywności mi chodzi w przypadku deszczowego poniedziałku. Za dużo tu ruchu i zamieszania.  

Może Ottolenghi? Prawie wszystkie jego propozycje przemawiają do wyobraźni i są przesmaczne. Cóż kiedy poniedziałek nie jest dniem, kiedy jestem otwarta na wyzwania. Nawet kulinarne. Niestety nawet Prosto wydaje się dzisiaj nie proste. 

Potrzeba mi czegoś jak kocyk; łatwego, oswojonego, jak wygodne kapcie (trochę przegięłam ale potrzeba przytulności wzięła górę) albo ulubiony, zmechacony sweter.

Myślę, że naleśniki byłyby dobre. One są zawsze dobre. Cóż, kiedy Główny Twórca Najlepszych Naleśników nie planuje mnie dziś odwiedzić.

Zapytacie dlaczego nie usmażę ich sama. Hm, nie wpycham się w grządki, które ktoś obrabia perfekcyjnie. A mnie w dziedzinie naleśników do poprawności daleko. A co dopiero do perfekcji.

Więc naleśniki odpadają.

Zupa, zupa jest zawsze dobra. Pomyśleliście kiedyś, że zupa jest troszkę jak Kopciuszek. Niezbędny ale niedoceniany. Bez zupy obiad jest jakiś...niepełny. Ale po obiedzie nikt nie pamięta co w talerzu pływało. Bo przecież wiadomo, że najważniejsze jest drugie.

A zupa potrawi powalić na kolana. Czasami zagra w nosie i na kubkach smakowych jak najlepsza orkiestra symfoniczna. A echo tego smakowego koncertu sprawia, że o kolejnym daniu myślimy już tylko w kategoriach bagatelki.

Zupa to coś, co często przychodzi nam do głowy kiedy wracamy wspomnieniami do dzieciństwa. 

Zupa mleczna(chociaż ten wybór jest kontrowersyjny), rosołek, taki jak u Babci. No i pomidorowa...Ta najlepsza, z ryżem. 

Założę się, że polecieliście teraz w myślach do swojego rodzinnego domu i zapachniało wam...może grochówką? Nie oceniam.

Lubię zupy. Gęste, pożywne, gorące. Takie, które spokojnie mogą grać pierwsze skrzypce. Kiedy do niej dołożę chrupiącą kromkę chleba z masłem, to właściwie nie chcę już niczego więcej.  

Czyli co? Potrzebuję przepisu nietrudnego do realizacji. Takiego, który by mnie otulił i wsparł duchowo, który zaspokoiłby moje poniedziałkowe deficyty ciepła i potrzeby czułości. 

O cholera! Co się tu porobiło!

Tu się gotuje czy rozczula nad sobą?

Tak się zanurzyłam w tej konteplacji mokrego początku tygodnia, że aż popłynęłam.

I bardzo dobrze. Czasami dobrze jest się nad sobą pochylić z czułością. To dobre dla samego siebie i dla świata.

Znalazłam książkę, która jest na dziś idealna. Jest jesienno zimowa i ma wszystko to, o czym pisałam wyżej. Jest aromatyczna, ascetyczna, jest napisana przez Nigela Slatera. 



Tak więc "makaron, soczewica, kwaśna śmietana" czyli Nigel Slater i wszystko jasne.

Na dwie porcje:

3 łyżki oliwy

4 cebule (2 obrane i pokrojone w plastry, 2 pokrojone drobno w kostkę)

3 ząbki czosnku, pokrojonego w plasterki

2 łyżeczki mielonej kurkumy

puszka ciecierzycy (około 400g), odsączonej

puszka białej fasolki (około 400g), odsączonej

100 g czerwonej soczewicy

1 litr bulionu

100 g makaronu linguine

200 g szpinaku

40 g masła

250 g kwaśnej śmietany

garść zielonej pietruszki

garść zielonej kolendry

nieco mięty

sól

pieprz

Rozgrzewamy oliwę. Wrzucamy pokrojoną drobno cebulę i smażymy na średnim ogniu 15 minut aż będzie miękka i złota. Dorzucamy czosnek i wsypujemy kurkumę. Mieszamy i smażymy 2 minuty.

Do garnka dodajemy ciecierzycę, fasolę i soczewicę. Wlewamy bulion. Na niewielkim ogniu gotujemy pół godziny. Mieszamy od czasu do czasu.

Topimy na drugiej patelni masło i wrzucamy plasterki cebuli. Karmelizujemy na małym ogniu. Niech nabiorą słodyczy i pięknego bursztynowego koloru. Zajmie to jakieś pół godziny.

Wracamy do garnka z gotującą się cupą. Wsypujemy do niej makaron i gotujemy do miękkości. Na pięć minut przed końcem gotowania dorzucamy szpinak. Siekamy zielone warzywa i dorzucamy do zupy. Zdejmujemy garnek z pieca. Dodajemy sól i pieprz według uznania.

Nalewamy zupę na talerze. Na górze kładziemy kleks kwaśnej śmietany i łyżeczkę karmelizowanej cebuli.

I tyle. I aż tyle.

Smacznego

P.S.

Zanim zupełnie opadniemy z sił i poddamy się myśli, że zima nas pokonała, mam dla was optymistyczną niespodziankę. Wczorajsze znalezisko. Sceptycy powiedzą, że to nie nadzieja ale raczej brak rozumu, ja jednak z uporem maniaka uchwycę się myśli, że wiosna już się skrada.

Oto dowód: to żółte w środku nie jest opakowaniem po gumie lecz malutkim podbiałem, który nic sobie nie robi z kalendarza. Bierzmy z niego przykład:)))








czwartek, 19 listopada 2015

Rzeczy stare i nowe czyli zupa jesienna z pieczonych buraków z tymiankiem i syropem z granatów

























Trochę mi wstyd, że tak zaniedbałam pisanie. Ale tylko trochę. Robiłam w międzyczasie tyle innych rzeczy, że na pisanie nie było już czasu.
Wciąż też próbuję oswoić światło w moim nowym domu. Wydawało mi się, że piękne światło poranne załatwi wszystkie moje oczekiwania. Nie wzięłam tylko pod uwagę dość istotnego faktu, że mieszaniem w garach zajmuję się raczej nie o świcie.
Mogłabym, co prawda, pokazywać wam codzienny raport poranny ale po trzech dniach umarlibyście z nudów.
Moje śniadania są do bólu banalne i opierają się w głównej mierze na serku i kiełkach.
Tak więc musiałam poobserwować swoje powierzchnie stołowe i blatowe by znaleźć odpowiednio dużo światła do zdjęć.
Na razie moje próby głęboko mnie rozczarowują ale nie porzucam nadziei.
Właśnie minął miesiąc od czasu, kiedy powiesiliśmy przysłowiowy kapelusz w nowym mieszkaniu.
Trochę się już przyzwyczaiłam choć ciągle jeszcze ćwiczę pamięć, gdzie co położyłam.
Nie będę tu tracić czasu na wyliczenie ilu przedmiotów nie mogę znaleźć do tej pory, ale wierzcie mi, byłaby tego spora walizka.
MMŻ jest chyba mniej skomplikowany ode mnie bo przyszedł, rozejrzał się, wypakował pierwsze pudło z płytami, objął w posiadanie i już był u siebie.
Ja, do nowego etapu życia mam podejście dużo mniej nonszalanckie. Muszę obwąchać, podotykać, przyjrzeć się z bliska, potem obejrzeć z daleka.
Więź mentalna z nowymi ścianami buduje się w moim przypadku powoli. Niczego nie biorę w posiadanie. Raczej krok po kroku nawiązuję przyjaźnie. Z kuchnią, nową łazienką, szafkami, widokiem za oknem. Wydeptuję nowe ścieżki i uczę się nowych zapachów. Te, które przyjechały ze starymi rzeczami zniknęły w nowych meblach.
Co gorsza, stare zdjęcia, setki książek i stada bibelotów wciąż tkwią w kartonach na strychu – Sezamie. Na nie jeszcze nie nadszedł czas.
Przywożenie kartonów przypomina grę w totolotka. Bierzemy jak leci a potem zgadujemy co przywieźliśmy. Jeszcze nie udało nam się wybrać tego kartonu, na którym nam zależało. A to się trafi pudło pełne teczek z dziecięcymi rysunkami, kiedy ja rozpaczliwie pożądałam swoich filiżanek. Lub znajdziemy karton z gramofonem. Ten z płytami niestety ciągle jest przyszłością.
Zapytacie dlaczego nie spisałam naszego dobytku. Otóż spisałam, ale zapomniałam, że komputer bywa zawodny i w kapryśności swojej odmówi posłuszeństwa i zgubi moją bazę danych.
Zapisywanie w chmurze jest bezcenne i pamiętajcie, żeby ważne dla siebie notatki zabezpieczać na wszelki wypadek. Unikniecie niespodzianek z gatunku: co może zawierać numer 165?
Rozpisałam się zupełnie na na temat.
Chciałam wam opowiedzieć o pewnym cudownym urządzeniu, które pojawiło się w mojej nowej kuchni ale jako, że już wam sporo czasu zajęłam dzisiaj, to moje zachwyty muszą poczekać.
Wrócę do nich następnym razem.
Dziś zaproszę was jeszcze do stołu i znikam, Mam nadzieję, że tym razem na krótko.

Zupa jesienią jest równie niezbędna dla zachowania równowagi psychicznej jak duża dawka słońca i pozytywne myślenie.
Dobra zupa, zresztą, pozytywne myślenie ułatwia. Wyobraźcie sobie mokre szyby, wyginające się od wiatru drzewa, koszmarne prognozy pogody. To wszystko jest tam, na zewnątrz.
Tu, w środku jesteście wy i pękata filiżanka gorącej dyniowej lub słodki talerz energetycznej buraczanej.
Co tam deszcze i wichury. Mogą nam co najwyżej...nagwizdać.


















Krem z pieczonych buraków z czosnkiem, tymiankiem i syropem z granatów

1 kg buraków (moje są czerwone ale jeśli użyjecie żółtych, to zupa będzie delikatniejsza i słodsza)
kilka ząbków czosnku (ilość zależy od gustu)
kilka gałązek tymianku
1 łyżka syropu z granatów
4 szklanki dobrego bulionu
sól
pieprz
kwaśna śmietana na koniec

Rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni. Buraki (wybierzcie raczej średniej wielkości) myjemy i nakłuwamy widelcem w kilku miejscach. Zawijamy je w folię aluminiową razem z gałązką tymianku i wkładamy do piekarnika. Obok kładziemy nieobrane ząbki czosnku.
Pieczemy do miękkości czyli około 50 minut. Sprawdzamy miękkość buraków widelcem.
Upieczone ostrożnie wyjmujemy z folii i kiedy nieco przestygną obieramy ze skórki a czosnek z łupinek.
Podgrzewamy nieco bulion.
Obrane buraki, czosnek i szklankę bulionu i łyżkę syropu z granatów wkładamy do miksera i miksujemy na krem. Dolewamy taką ilość bulionu by uzyskać ulubioną gęstość. Doprawiamy solą i pieprzem.
Przelewamy zupę do garnka i zagotowujemy.
Wlewamy do miseczek, posypujemy listkami tymianki i dekorujemy kleksem kwaśnej śmietany.





Smacznego

środa, 13 maja 2015

Bliny z wędzonym łososiem czyli mój pomysł na wieczór


























Był taki czas, że podstawą mojej diety był szampan i kawior.
Brzmi bulwersująco, prawda?
Co prawda tylko przez siedem dni w miesiącu grzeszyliśmy taką dietą, ale i tak brzmi imponująco.
Potem wracaliśmy do marmolady i obiadów w stołówce studenckiej.
Dawno temu w okolicach godziny 23 wyruszaliśmy z kolegą na pobliskie lotnisko by w niecodziennych okolicznościach wylizywać z kryształów ułożonych na lodzie perwersyjne czarne kuleczki.
Życie studenckie! Do jakich niedorzeczności i szaleństw wtedy dochodziło.
Ktoś zapyta dlaczego jedenasta wieczorem i dlaczego kawior z szampanem.
Otóż, jeśli chodzi o porę, tylko lotniskowe restauracje były wtedy otwarte. A kawior i szampan?
Chyba tylko naszą fanaberią można ten wybór wytłumaczyć.
Dziś pewnie wolałabym mrożoną wódkę ale kiedy ma się dziewiętnaście lat, to takie drobiazgi nie mącą radości.
Najważniejszym dniem miesiąca był dzień wypłacania stypendium. A że ten szczęśliwy fakt miał miejsce poza granicami, to kwota powinna była zaspokoić nasze miesięczne potrzeby. Czyli starczyłoby i na jedzenie, i na kulturę, i na rozrywki.
Słowo „powinna” jest przypuszczeniem i w tym zawiera się cała prawda o naszym ówczesnym podejściu do życia.
Pierwszy tydzień żyliśmy po pańsku, z pogardą patrząc na tych co to rankiem wlekli się do stołówki a wieczorem pitrasili coś we wspólnej kuchni.
My byliśmy ponadto. Nie dla nas zbiorowe żywienie i wczesne wstawanie. Sucha kanapka i gorzka herbata nie mieściły nam się w głowie.
Szybko zaliczaliśmy wybrane zajęcia i pędziliśmy do muzeów i galerii by godzinami włóczyć się od sali do sali.
W akademiku słuchaliśmy Vivaldiego i Ravela grając wieczorami w pokera.
I kiedy większość z naszych znajomych mościła się na imprezach pokojowych, odprawiając jakieś egzotyczne rytuały z nowo poznanymi Ghańczykami czy Malijczykami, my wsiadaliśmy do taksówki i pędzili na Szeremietiewo by zanurzyć się w luksusie.
Po sześciu, siedmiu dniach dopadała nas rzeczywistość. Nazywała się marmolada gruszkowa i konserwa turystyczna. Pokornie sięgaliśmy po talony do stołówki studenckiej i nie grymasiliśmy na
suche zapasy przywiezione z kraju.
I liczyliśmy dni...do następnego stypendium.
Tylko bliny były tak samo dobre i w stołówce studenckiej, i w restauracji. Bez względu czy podawano je z kawiorem czy z kwaśną śmietaną.

Między analizą szlachetnego bohatera Garszyna i naiwnego księcia Myszkina robiliśmy plany kolejnego roztrwonienia studenckiego majątku.

Studenckie czasy!
Pozostała mi po nich miłość do Vivaldiego, Czechowa i blinów.





bliny z łososiem i kwaśną śmietaną

1 szklanka mąki gryczanej
1 szklanka mąki pszennej
1 łyżka drożdży
szczypta soli
1 łyżka cukru
2 jajka
350 ml letniego mleka
2 łyżki masła do ciasta
masło do smażenia

Mąki przesiewamy z drożdżami do miski. Podgrzewamy mleko z masłem, solą i cukrem.
Letnie mleko wlewamy do miski z mąkami i mieszamy.
Oddzielamy białka od żółtek. Lekko ubijamy żółtka i dodajemy do ciasta. Mieszamy dokładnie. Potem miskę przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia.
Kiedy ciasto podwoi swoją objętość, ubijamy białka i dodajemy do ciasta.
Mieszamy ciasto z ubitymi białkami.
Rozgrzewamy masło na patelni i łyżką kładziemy porcje ciasta. Formujemy placuszki o grubości 2 centymetrów.
Smażymy na złoto i podajemy z wędzonym łososiem i kleksem kwaśnej śmietany.
Kawior jest dobrze widziany lecz niekonieczny.
W wersji słodkiej z miodem i posypane orzechami są jak najlepszy deser.






Smacznego bardzo

sobota, 18 października 2014

Odwrócone serniczki w świecznikach czyli znów o czymś zapomniałam

























Pierwszy miejski weekend to spore wyzwanie.
Przez ostatnie pół roku w soboty i niedziele otwierałam oko, wstawałam z łóżka i pierwsze kroki kierowałam na zewnątrz. Pogoda i rodzaj garderoby, którą miałam na sobie nie miały najmniejszego znaczenia. W przypadku pierwszego taras skutecznie chronił przed deszczem, gradem, liścimi. Co do garderoby, to nawet gdybym stanęła w pełnym słońcu goła jak święty turecki, to na drzewach, ptakach czy sarnach nie zrobiło by to żadnego wrażenia.
Pierwsza inspekcja w malinach czy pod sosnami często odbywała się jeszcze w stroju nocnym i kaloszach.
Nikomu to nie przeszkadzało. Bo też nikogo w promieniu kilkuset metrów nie było.
Sobota w mieście, to całkiem inna bajka.
Po pierwsze nigdzie w koszuli nocnej nie pójdę. Choć czasem aż mnie korci, żeby sprawdzić jak świat zareagowałby na takie odstępstwo od obyczajowej normy.
Po drugie ciszę mogę sobie zafundować tylko w jednym przypadku: zakładąjąc do uszu stopery.
Po trzecie, pogoda ma średnie znaczenie. I tak śniadanie zjemy w kuchni. O świeżo zerwanych malinach zapomnij.
Podoba mi się wersja miastowa i poza miastowa. Każda ma plusy dodatnie i plusy ujemne (jak mówi klasyk)
Jest tylko jedno ale.
Powrót do miasta to powrót do kombinowania dobrych zdjęć. Znów dnia coraz mniej, światło bardziej zbliżone do szarego i z każdego kąta wyłażą cienie.
Zapomniałam o tym na sześć miesięcy i dziś spadła na mnie ta prawda w pełnej krasie.
Ciasto jest słoneczne. Kolor i smak aż kipią energią. A zdjęcia jakby przyprószone smutkiem. Zupelnie nie zamierzonym.
Zarówno mój nastrój jak i wybór głównego bohatera tej soboty były radosne. Tylko to światło miejskie jakieś takie marniutkie.
Chyba będę musiała przyzwyczaić się nie tylko do braku lasu i ciszy rankiem.
Historia powtarza się co roku i najwyższy czas przywyknąć.




















Odwrócone serniczki w świecznikach* z marakują i kruchymi okruchami
(na 8 niedużych świeczników lub małych słoiczków)

*świeczniki są zupełnie nie przepisowe. Serniczki powinny być w słoikach, ale wszystkie opakowania szklane zostały na wsi. I to na dodatek pełne.
Moja organizacja pracy pozostawia wiele do życzenia. A to piekę tartę pakanową i w trakcie odkrywam, że brakuje mi składnika. A to biorę się za sernik i okazuje się, że nie forma jest mi potrzebna a słoiki.
Dom w mieście po półrocznej nieobecności jest równie obcy jak pokój hotelowy. Nie wiem co mam, czego nie mam, a co jest mi niezbędne.
Słoików nie miałam. Ale miałam szklane świeczniki. Już ich używałam jako pojemników na sosy więc czemu nie mialabym ich użyć jako foremek.
Ramekiny czy inne foremki żaroodporne też mogą być. Są one jednak nieprzeźroczyste i nie widać co jest w środku. A to jedna z zalet tych serniowych maleństw.
A teraz do konkretów.

kruche okruszki:

50 g owsianych ciastek pokruszonych w malakserze
10g stopionego masła

sernik:
250 g kremowego serka (np. Turka)
125 ml kwaśnej śmietany
sok z jednej cytryny
55 g cukru pudru
3 jajka

oraz
5 sztuki marakui**

Te serniczki stoją na głowie, bo część ciasteczkową mają nie na spodzie ale na górze.
Zaczynamy od zrobienia okruszków.
Rozgrzewamy piekarnik do 170 stopni. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Pokruszone ciastka mieszamy z masłem i wysypujemy na blaszkę. Wkładamy ją na 10 minut do piekarnika. W połowie pieczenia mieszamy okruchy.
Upieczone okruchy wyjmujemy z pieca studzimy.

Ser miksujemy z sokiem z cytryny, cukrem i śmietaną tylko do połączenia się składników. Potem dodajemy jajka i miksujemy minutkę.
Wlewamy do słoiczków, świeczników czy ramekinów i przykrywamy foremki folią. Wkładamy do głebokiej blaszki. Gotujemy wodę i wlewamy (ostrożnie) do blaszki z foremkami.
Blaszkę z foremkami i wodą wstawiamy do piekarnika.
Pieczemy w kąpieli wodnej 20-25 minut.

Po wystygnięciu umieszczamy serniczki w lodówce.
Następnego dnia wyjmujemy je z lodówki. Miąższ z marakui usuwamy łyżeczką i dzielimy na porcje do każdej foremki. Na górę sypiemy kruche okruszki.

**Użycie marakui jest jednym z wariantów. Zamiast niej można na górę położyć malinowe czy jeżynowe puree. Lekko podsmażona śliwka posypana potem nie okruchami ale gorzką czekoladą też pieściłaby podniebienie. Nie próbowałam ale ta wizja przemawia do mojej wyobraźni.
Okruszki też mogą być czekoladowe lub imbirowe. Wszystko zależy od upodobań czy możliwości.





Życzę smacznego ciasta i pięknych spacerów sobotnich . Ja się wybrałam i zobaczcie co znalazłam.




sobota, 24 sierpnia 2013

Jak mnie zamurowało i ciasto czekoladowe z kremem malinowym


Mijający tydzień oprócz kociego zamętu i trudnych decyzji przyniósł mi też zupełnie niespodziewaną niespodziankę. Powiecie, że niespodzianka zawsze jest niespodziewana. Nie do końca. Przecież niespodzianka urodzinowa czy rocznicowa jest taką połową niespodzianki. Przynajmniej datę już znamy. Pozostaje jeszcze przedmiot bądź podmiot.
W moim przypadku niespodzianka była z gatunku totalnych. Przyszła od osoby, której poczynania śledzę od samego początku i aż mnie skręca z zazdrości na widok cudów, które wychodzą z pod jej ręki. Nie martwcie się o moje sumienie. Ta zazdrość jest z gatunku szczerze życzliwych.
Wracając do niespodzianki. Kartka samodzielnie zrobiona z przemiłym tekstem a do tego, zobaczcie sami, jaki piękny notatnik na przepisy. Na dodatek z moją ulubioną biedronką.




Aż mnie zamurowało. Ktoś włożył mnóstwo pracy i pomysłów dla tego cuda. Ktoś zrobił to specjalnie dla mnie. Na dodatek znamy się tylko ze swoich blogów. Jak tu nie być optymistą.
Droga sprawczyni niespodzianki. Publicznie chcę ci podziękować. Niech wszyscy, bywający u mnie w gościach, poznają twoje prace.Niech mają taką samą przyjemność z poznania kogoś takiego jak ty.
A tobie chcę zadedykować dzisiejsze ciasto. Jest bardzo smaczne i wydaje mi się, ze podobałoby ci się bardzo. Kto wie, może kiedyś upieczemy coś razem a przy okazji pokażesz mi jak posłuszne są ci nożyczki.
Oto ciasto dla Kasi.



Czekoladowe ciasto z kremem malinowym
(inspirację znalazłam tutaj)

5 jajek
¾  szklanki cukru
1,5 szklanki mąki pszennej
pół łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki proszku do pieczenia
¾ tabliczki gorzkiej czekolady
¾ kostki masła
2 łyżki kakao
¾ szklanki kwaśnej śmietany
szczypta soli

krem malinowy:

pół kilograma malin
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej plus 2 łyżki wody
3 łyżeczki żelatyny plus 2 dwie łyżki wody
Pół szklanki cukru
250 g mascarpone
200 ml kremówki
Maliny do dekoracji. Jeżeli chcemy nimi zakryć całe ciasto, to musi ich być sporo czyli kolejne pół kilograma.





Pracę nad ciastem dzielimy na dwa etapy. Pierwszy to zrobienie kremu. Drugi to upieczenie ciasta.
Zacznijmy od kremu. Do rondla sypiemy maliny i cukier. Rozgniatamy maliny i podgrzewamy aż cukier się rozpuści.  Zagotowujemy sok i przecieramy przez sitko. Mnie osobiście pestki nie przeszkadzają ale gusta bywają różne. W kubku mieszamy mąkę ziemniaczaną z wodą i wlewamy do malinowego przecieru. Kiedy sok malinowy zgęstnieje, zdejmujemy go z ognia. W osobnej miseczce żelatynę zalewamy zimna wodą i zostawiamy do napęcznienia. Potem miseczkę stawiamy na garnuszku z gotującą się wodą. Żelatyna się rozpuści. Gorącą wlewamy do przecieru malinowego i dokładnie mieszamy. Studzimy i odkładamy do lodówki, żeby masa malinowa zgęstniała.
Pora na ciasto. To rodzaj wilgotnego murzynka, więc problemów z nim nie będzie.
Rozpuszczamy w garnuszku masło i zdejmujemy z ognia. Do gorącego masła wrzucamy połamaną czekoladę i mieszamy aż się rozpuści. Studzimy.
Ubijamy jajka z cukrem na puszysty krem. Wlewamy do niego wystudzoną czekoladę z masłem i ubijamy do połączenia się składników. Dodajemy kwaśną śmietanę. Pamiętajmy o tym, by składniki miały tę samą temperaturę.
Do osobnej miski przesiewamy mąkę z proszkiem do pieczenia, sodą i kakao. Wsypujemy mąkę do mieszanki jajecznej i mieszamy do uzyskania gładkiej masy.
Foremkę wykładamy papierem do pieczenia i wlewamy ciasto. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 50 minut. Sprawdźcie pod koniec pieczenia drewnianym patyczkiem czy ciasto jest na pewno upieczone.
Ciasto studzimy i przekrawamy na pół. Najlepiej zrobić to następnego dnia.
Wracamy do kremu. Wyjmujemy z lodówki mus malinowy i miksujemy go mikserem. Osobno ubijamy kremówkę. Potem miksujemy mascarpone i łączymy z ubitą kremówką. Do musu malinowego dodajmy łyżkę śmietany z mascarpone. Mieszamy dokładnie aby obie części poznały się ze sobą. Potem dokładamy całą resztę malin.
Na dolną część ciasta wykładamy cały krem i przykrywamy drugą częścią ciasta. Dobrze jest skropić ciasto likierem malinowym ale nie jest to konieczne. Ciasto i tak jest wilgotne.
Lekko przyciskamy ciasto ręką, przykrywamy i schładzamy w lodówce godzinkę.
Po wyjęciu z lodówki możemy ciasto udekorować malinami. Aby nam maliny nie uciekały, możemy górę ciasta posmarować stopioną czekoladą lub podgrzaną konfiturą malinową.
Ciasto należy do tych z gatunku konkretnych. Nawet wielki miłośnik słodkich wypieków zadowoli się jednym kawałkiem. Ciasto jest mocno czekoladowe, sycące choć mało słodkie. A wygląda jak marzenie. Polecam.


Piękne, słoneczne zdjęcia zrobiła MidnightCookie


I życzę smacznego i pięknej niedzieli.