Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soczewica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą soczewica. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2024

Gdzie są ciepłe kapcie czyli zupa na pokrzepienie z soczewicą, makaronem i kwaśną śmietaną



Aż nie chce się otwierać oczu. Nie dość, że poniedziałek, to na dodatek obrzydliwy. Leje, wieje, wieje, leje. 

Taki początek tygodnia powinien być prawnie zabroniony

"To w szyby deszcz, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy niezmienny"...

Uwielbiam ten wiersz i jego smutek ale nie w poniedziałek. Litości. 

Zima jak się patrzy. 

Nawet parasol na nic się zda bo zaraz ci go z ręki wiatr wyrwie. Kokonik jakiś dziś by się przydał. Może strój nurka? 

Albo literatura jakaś podnosząca na duchu. Może być poezja, tylko proszę nie deszczowa , nie ta jaką usłyszałam dziś w swojej głowie po odsłonięciu zasłon.

Jedyna energetyczna jaka mi przychodzi do głowy, to kulinarna. Taka, w której kipi od kolorów, gorąca, aromatów. Macie jakieś ulubione książki na takie dni jak dzisiejszy?

Jamie Oliver jest niezły ale chyba nie o ten rodzaj aktywności mi chodzi w przypadku deszczowego poniedziałku. Za dużo tu ruchu i zamieszania.  

Może Ottolenghi? Prawie wszystkie jego propozycje przemawiają do wyobraźni i są przesmaczne. Cóż kiedy poniedziałek nie jest dniem, kiedy jestem otwarta na wyzwania. Nawet kulinarne. Niestety nawet Prosto wydaje się dzisiaj nie proste. 

Potrzeba mi czegoś jak kocyk; łatwego, oswojonego, jak wygodne kapcie (trochę przegięłam ale potrzeba przytulności wzięła górę) albo ulubiony, zmechacony sweter.

Myślę, że naleśniki byłyby dobre. One są zawsze dobre. Cóż, kiedy Główny Twórca Najlepszych Naleśników nie planuje mnie dziś odwiedzić.

Zapytacie dlaczego nie usmażę ich sama. Hm, nie wpycham się w grządki, które ktoś obrabia perfekcyjnie. A mnie w dziedzinie naleśników do poprawności daleko. A co dopiero do perfekcji.

Więc naleśniki odpadają.

Zupa, zupa jest zawsze dobra. Pomyśleliście kiedyś, że zupa jest troszkę jak Kopciuszek. Niezbędny ale niedoceniany. Bez zupy obiad jest jakiś...niepełny. Ale po obiedzie nikt nie pamięta co w talerzu pływało. Bo przecież wiadomo, że najważniejsze jest drugie.

A zupa potrawi powalić na kolana. Czasami zagra w nosie i na kubkach smakowych jak najlepsza orkiestra symfoniczna. A echo tego smakowego koncertu sprawia, że o kolejnym daniu myślimy już tylko w kategoriach bagatelki.

Zupa to coś, co często przychodzi nam do głowy kiedy wracamy wspomnieniami do dzieciństwa. 

Zupa mleczna(chociaż ten wybór jest kontrowersyjny), rosołek, taki jak u Babci. No i pomidorowa...Ta najlepsza, z ryżem. 

Założę się, że polecieliście teraz w myślach do swojego rodzinnego domu i zapachniało wam...może grochówką? Nie oceniam.

Lubię zupy. Gęste, pożywne, gorące. Takie, które spokojnie mogą grać pierwsze skrzypce. Kiedy do niej dołożę chrupiącą kromkę chleba z masłem, to właściwie nie chcę już niczego więcej.  

Czyli co? Potrzebuję przepisu nietrudnego do realizacji. Takiego, który by mnie otulił i wsparł duchowo, który zaspokoiłby moje poniedziałkowe deficyty ciepła i potrzeby czułości. 

O cholera! Co się tu porobiło!

Tu się gotuje czy rozczula nad sobą?

Tak się zanurzyłam w tej konteplacji mokrego początku tygodnia, że aż popłynęłam.

I bardzo dobrze. Czasami dobrze jest się nad sobą pochylić z czułością. To dobre dla samego siebie i dla świata.

Znalazłam książkę, która jest na dziś idealna. Jest jesienno zimowa i ma wszystko to, o czym pisałam wyżej. Jest aromatyczna, ascetyczna, jest napisana przez Nigela Slatera. 



Tak więc "makaron, soczewica, kwaśna śmietana" czyli Nigel Slater i wszystko jasne.

Na dwie porcje:

3 łyżki oliwy

4 cebule (2 obrane i pokrojone w plastry, 2 pokrojone drobno w kostkę)

3 ząbki czosnku, pokrojonego w plasterki

2 łyżeczki mielonej kurkumy

puszka ciecierzycy (około 400g), odsączonej

puszka białej fasolki (około 400g), odsączonej

100 g czerwonej soczewicy

1 litr bulionu

100 g makaronu linguine

200 g szpinaku

40 g masła

250 g kwaśnej śmietany

garść zielonej pietruszki

garść zielonej kolendry

nieco mięty

sól

pieprz

Rozgrzewamy oliwę. Wrzucamy pokrojoną drobno cebulę i smażymy na średnim ogniu 15 minut aż będzie miękka i złota. Dorzucamy czosnek i wsypujemy kurkumę. Mieszamy i smażymy 2 minuty.

Do garnka dodajemy ciecierzycę, fasolę i soczewicę. Wlewamy bulion. Na niewielkim ogniu gotujemy pół godziny. Mieszamy od czasu do czasu.

Topimy na drugiej patelni masło i wrzucamy plasterki cebuli. Karmelizujemy na małym ogniu. Niech nabiorą słodyczy i pięknego bursztynowego koloru. Zajmie to jakieś pół godziny.

Wracamy do garnka z gotującą się cupą. Wsypujemy do niej makaron i gotujemy do miękkości. Na pięć minut przed końcem gotowania dorzucamy szpinak. Siekamy zielone warzywa i dorzucamy do zupy. Zdejmujemy garnek z pieca. Dodajemy sól i pieprz według uznania.

Nalewamy zupę na talerze. Na górze kładziemy kleks kwaśnej śmietany i łyżeczkę karmelizowanej cebuli.

I tyle. I aż tyle.

Smacznego

P.S.

Zanim zupełnie opadniemy z sił i poddamy się myśli, że zima nas pokonała, mam dla was optymistyczną niespodziankę. Wczorajsze znalezisko. Sceptycy powiedzą, że to nie nadzieja ale raczej brak rozumu, ja jednak z uporem maniaka uchwycę się myśli, że wiosna już się skrada.

Oto dowód: to żółte w środku nie jest opakowaniem po gumie lecz malutkim podbiałem, który nic sobie nie robi z kalendarza. Bierzmy z niego przykład:)))








piątek, 20 listopada 2020

Nie odwołujmy Świąt i dynia z soczewicą i miękkim serem pleśniowym

 



Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta...

Ha, ha, ha. Zamiast "ho, ho, ho"

Niby sklepy coś tam oferują, niby czerwień splątana ze złotem wyziera zza rozpaczą podszytych gałązek plastikowo zielonych. 

Ale, o zgrozo, ani jednej piosenki świątecznej jeszcze nie słyszałam a to już połowa listopada!

Nigdy bym się nie spodziewała, że zatęsknię za White Christmas. Proszę, niech ktoś włączy przewijanie i niech już będzie normalnie.

Niby płynie czas w swoim tempie. Ale czy ktoś pamięta Wielkanoc ? 

Czy wracam pamięcią do chwil zadumy na cmentarzu  pierwszego listopada? 

Większość sklepów próbuje podgrzać atmosferę już na wejściu. Od drzwi pchają się do rąk srebrne girlandy, świąteczne karneciki, kubeczki z Mikołajem. 

Cóż, kiedy nikt ich nie zauważa. Nigdzie nie zauważyłam wypieków na twarzy, wywołanych brokatową bombką choinkową. 

Wchodzę i mam wrażenie szarości. Jakby jakimś czarnoksięskim zaklęciem na świątecznych symbolach sprały się kolory. 

A może ja mam zaćmę? 

Temat świąt w ogóle nie cieszy się dobrą prasą. Nikt nie zagaja rozmowy typu: a gdzie spędzacie świeta? A dzieci kiedy przyjadą? 

Nie słyszę by któraś z moich znajomych robiła plany zakupowe lub wpisywała do grafiku generalne porządki.

Żyjemy jakby kalendarz się zawiesił i było mu wszystko jedno jaka jest dzisiejsza data. 

Odwołano w tym roku już większość atrakcji. Wesela, chrzciny, jubileusze, rocznice, halloweeny, wszystkich świętych. 

Aż się boję, że niedługo jedynymi powodami do spotkań towarzyskich będą manifestacje , demonstracje lub pogrzeby.

A przed nami andrzejki, barbórki, mikołajki i gwiazda najjaśniejsza świąt wszelakich: Boże Narodzenie. O skromnym sylwestrze nie wspomnę.

Czy połowa listopada czymś różni się od połowy kwietnia? 

Tym, że w kwietniu dnia przybywało a teraz ubywa. 

Czy ma to przełożenie na nasze myśli?

Ma. Nawet coś, o czym zawsze myśleliśmy z wyrazem dziecięcego zachwytu na twarzy czyli święta, dzisiaj jest wspominane z niepewnością w głosie. Czy będą? Jakie będą?

Oczywiście, że będą. Tylko musimy o nie zadbać.

Sami. Bez oglądania się na cokolwiek i kogokolwiek. 

Przyznam, że i mnie wpadła do głowy myśl, że chyba nawet w tym roku choinki nie kupię. Bo po co? Dla kogo? Dla nas, starych prykow?

Potem walnęłam się w czoło z całej mojej rozsądnej siły. 

A właśnie, że nie! Nie dam się głupim myślom, ani dołującemu nastrojowi.

Choinkę kupię największą z możliwych. A ozdoby przytargam wszystkie. Obwieszę nimi cały dom i jego okolice. I zapalę srylion światełek. 

A potem nakryję pięknie stół, założę obcasy i w towarzystwie zooma podzielę się opłatkiem.

I ani myślę się smucić, rozpamiętywać i snuć czarne scenariusze na przyszły rok. 

Bo jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie wspaniale.

Taki oto buncik ( zdrobnienie od słowa "bunt") się we mnie odezwał.


A teraz do działania. Smacznego, pachnącego.




Pieczona dynią z soczewicą i miękkim serem pleśniowym

(jak zwykle z niezastąpionego "Prosto" YotamaOttolenghi)


1 nieduża dynia hokkaido lub piżmowa

1 czerwona cebula

1 puszka ugotowanej na parze soczewicy (oczywiście możecie sobie igotować soczewicę)

1 ząbek czosnku

1 cytryna, sok i otarta skórka

garść natki pietruszki

garść umytego szpinaku

garść liści mięty

kilka liści szałwii

kilka łyżek oliwy

100 g miękkiego sera z niebieską pleśnią (w oryginale dolcelatte)

3/4 łyżeczki soli, pieprz

Umytą dynię (nie obraną), oczyszczoną z pestek i włókienek kroimy na półksiężyce.

Cebulę kroimy w piórka.

Do dużej miski wkładamy dynię i cebulę. Polewamy 2 łyżkami oliwy. Posypujemy solą, pieprzem i porwaną szałwię. Mieszamy, wykładamy na blachę, wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 220 stopni przez 25-30 minut. Warzywa powinny się zrumienić.

Upieczone, wyjmujemy i zostawiamy na 10 minut.

Do odcedzonej soczewicy dodajemy sok i skórkę z cytryny, starty czosnek, resztę ziół, 1 łyżkę oliwy.

Do soczewicy dokładamy  dynię i cebulę. Delikatnie mieszamy, dodając, jeśli trzeba nieco soli.

Rozkładamy danie na talerze i na górę dorzucamy kawałki sera. 

Jeśli uważacie, że same warzywa to nieco skromnie na obiad, upieczcie kawałek łososia w piekarniku, polewając go łyżką masła z odrobiną skórki z cytryny.

W ten sposób podacie piękne, pełnowartościowe danie jesienne.





Smacznego i dbajcie o siebie i innych


czwartek, 28 lipca 2016

Sałatka z bakłażanem, soczewicą i sosem z tahini czyli fioletowy górą



























Coś kuszącego jest w bakłażanie. Nigdy nie mogę obok niego przejść obojętnie.
Nie wiem czy to sama przyjemność jego dotykania czy fantazje, jakie lęgną mi się w głowie jako konsekwencje tego pierwszego.
Bakłażan jest chłodny i śliski w dotyku. Przypomina jedwab. Jeśli jednak dodać do niego jego jędrność i lekki opór pod palcami, przychodzi mi na myśl wąż.
Coś kuszącego, coś jak wąż.... ale się porobiło.
Nie wiem czy w raju rosły bakłażany. Myślę, że Stwórca był pod wrażeniem swojego talentu, kiedy natknął się na pierwsze fioletowe owoce. Ciekawe czy już wtedy przewidział kulinarne konsekwencje ich używania. I ciekawe czy kolor wybrał z premedytacją. Co prawda są też białe i fioletowo białe, jakby kolorowane niedokładnie fioletową kredką, ale to fioletowy dzierży palmę pierwszeństwa.
Chociaż... bakłażan może być kłopotliwym materiałem. Należy to tego rodzaju darów natury, które zyskują dopiero przy bliższym poznaniu.
W przeciwieństwie do ziemniaka jednak, ma efektowne warunki zewnętrzne. Co tu dużo gadać, wygląda pięknie.
Jednak prawdziwy jego urok tkwi w możliwościach.
Co prawda traci na urodzie w trakcie obróbki cieplnej, jednak nie uroda jest tutaj najważniejsza.
Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby cieszyć się ogródkowym bakłażanem.
Mimo wielu prób nie udało mi się doczekać zbiorów. Roślinka i owszem rosła pięknie, kwitła uroczymi fioletowymi kwiatkami... i tyle. Zero fioletowych kuleczek. Mimo chuchania, dmuchania i zabiegów magicznych nic. Kompletnie.
Inni mają więcej szczęścia w uprawie i zamierzam z tego skorzystać bez skrupułów.
Co można z niego stworzyć?
Ha, czego nie można? Może ciasta. Choć nigdy nie próbowałam.
Cudnie współgra z serami wszelakimi, czosnkiem czy sosem pomidorowym.
Najbardziej lubię go w postaci przypieczonych na grillu lub patelni plastrów. Posypanie ich oscypkiem i polanie kroplą oliwy np. orzechowej jest wystarczającym powodem spaceru na targ.
Spróbujcie podać go z fasolą i sosem vinaigrette. Do tego opieczona kromka chleba, maźnięta solonym masłem. Och, piękne!
Pangratta z bakłażanem to dzieło sztuki dla kubków smakowych.
Jeśli przekroicie bakłażana wzdłuż i posmarujecie pastą miso, okaże się, że nawet kuchnia tak wyrafinowana jak japońska, nie pozostaje obojętna na jego walory.
Jak widzicie ta fioletowa pięknotka cieszy się dobrymi notowaniami w większości kuchni.
Nie będę was nudzić jego składem czy wskrzeszającą mocą witamin, bo średnio mnie to interesuje, pokażę wam co z niego zrobiłam tym razem.




Sałatka z bakłażanem, soczewicą i sosem z tahini

1 bakłażanem
1 łyżeczka przyprawy ras-el-hanout*
olej do smażenia

garść czerwonej soczewicy
2 łyżki posiekanej pietruszki
2 łyżki posiekanej mięty
1 łyżeczka sumaku**
1 mała czerwona cebula, pokrojona w plastry
4 pomidory, pokrojone na kawałki
garść orzechów włoskich, podpieczonych i połamanych na kawałki
2 łyżki oliwy z oliwek
sól

sos:

200 ml jogurtu
2 łyżki tahini***
2 łyżki oliwy z oliwek
sok z jednej cytryny
1 mały ząbek czosnku, starty na tarce
sól

Czy bakłażana trzeba solić przed obróbką, czy nie zostawiam wam. Ja solę, czekam kwadrans, potem myję i wycieram ręcznikiem papierowym.
Teraz smarujemy plastry oliwą zmieszaną z przyprawą raz-el-hanout.
Smażymy plastry na patelni aż zmiękną.
Zajmujemy się soczewicą. Zagotowujemy wodę w garnku. Wsypujemy soczewicę i gotujemy do miękkości. Potem odcedzamy ją i studzimy.
Ostudzoną soczewicę mieszamy z resztą składników sałatki. Polewamy oliwą i mieszamy.
W miseczce mieszamy składniki sosu.

Na talerz nakładamy sporą porcję sałatki soczewicowej. Na niej kładziemy plastry bakłażana, posypujemy orzechami a obok stawiamy sos w miseczce.
Jak wam się podoba?

*raz-el-hanout to bogata, marokańska mieszanka przypraw. Można ją zrobić samemu. Mieszamy:

2 łyżeczki mielonego imbiru
2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
2 łyżeczki kardamonu
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
1 łyżeczka mielonych ziaren kolendry
1 łyżeczka kurkumy
pół łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
pół łyżeczki mielonego białego pieprzu
pół łyżeczki pieprzu cayenne
pół łyżeczki mielonego anyżu
ćwierć łyżeczki mielonych goździków

Przekładamy do słoików i używamy jak najczęściej.

**Sumak jest przyprawą nieco kwaśną w smaku i czerwoną w kolorze. Nie mam pojęcia czym ją zastąpić ale w dobie internetu zdobycie jej nie powinno być trudne.

***Tahini to pasta sezamowa. Można ją kupić w większych sklepach.





Smacznego

środa, 13 sierpnia 2014

Klęska urodzaju i warzywna musaka z ricottą, szpinakiem i soczewicą


























Nasze Dziecko powiedziało wczoraj, że pachnie jesienią. Aż mnie zmroziło.
Ja tkwię po uszy w sierpniu. Doglądam butternut squash'ów, garściami zbieram jeżyny i czekam na śliwki. Ani mi w głowie myśl o jesieni. Do tej chwili.
Ziarno zostało zasiane i kiedy dziś rano wyszłam pomachać chusteczką MMŻ, między porzeczkami snuły się resztki mgły a trawa była mokra jak po deszczu. Przypomniałam sobie, że przedwczoraj szukałam wieczorem swetra, bo było mi chłodno. Potem uzmysłowiłam sobie, że to czerwone między liśćmi to nie kwiaty tylko jarzębina. Czyżby coś było na rzeczy?
Czekające w kolejce do słoików ogórki, pomidory i maliny potwierdzają fakt, że lato osiągnęło dojrzałość. Zamiast biegać z łopatką i grabiami, biorę koszyk i szukam pod sosnami grzybów.
Słoików przybywa w tempie wprost proporcjonalnym do napływających chmur.
Pomidory na targu kosztują 1,80! Ogórki są po 2 złote za kilogram! Dziesięciokilogramowy worek buraków to 8 złotych. A papryki 10. Koszyk malin to 5 złotych a brzoskwinie sprzedają po 3 złote.  
Wszystkiego jest mnóstwo i wszystko chciałabym mieć. „Klęska urodzaju” krąży między straganami.
I mam zamiar z niej skorzystać. Po raz pierwszy słowo o tak negatywnym zabarwieniu jak „klęska” ma tak pozytywne przełożenie w życiu. Takie klęski mogę spotykać częściej. Zamykam je w słoikach, grilluję, piekę, nadziewam, dosładzam lub doprawiam octem. Krótko mówiąc korzystam z lata pełnymi garściami.
A myśl o jesieni? Budzi same pozytywne skojarzenia. Nawet widok astrów mnie nie zasmucił. Jesienią wybieram się z wizytą do kogoś, kogo nie widziałam cztery miesiące i za kim bardzo tęsknię. Więc jesień jest dobra. Dla mnie nawet bardzo.

Dzisiejsza propozycja jest pełna letnich skarbów. Teraz smakują najlepiej, najpełniej. Krótka wyprawa na targ lub do sklepu i mamy wszystko czego potrzeba.




















Warzywna musaka z szpinakiem, ricottą i soczewicą
(z sierpniowego Delicious)

2 bakłażany
1 cebula, pokrojona w kostkę
2 ząbki czosnku, posiekane drobno
1 łyżeczka nasion kuminu
1 puszka soczewicy, odsączonej
2 szklanki pomidorów, obranych ze skórki i pokrojonych na kawałki
200 g szpinaku, umytego i osuszonego
150 g ricotty
150 g jogurtu greckiego
ćwierć łyżeczki gałki muszkatołowej
sól, pieprz
oliwa

Zaczynamy od przygotowania bakłażanów, bo one stanowią konstrukcję dania.
Kroimy je wzdłuż na plastry o grubości 1 cm. Grillujemy je lub smażymy na patelni, wcześniej smarując plastry oliwą.
Na łyżce oliwy smażymy cebulę i nasiona kuminu. Dorzucamy czosnek. Kiedy cebula jest miękka, dodajemy odcedzoną soczewicę i pomidory. Gotujemy wszystko pięć minut na niedużym ogniu, doprawiając solą i pieprzem. Potem wrzucamy szpinak i gotujemy aż szpinak nie zmięknie.
Zdejmujemy z ognia i lekko schładzamy. W osobnej misce mieszamy ricottę z jogurtem i gałką muszkatołową.
W tym czasie włączamy piekarnik i podgrzewamy do temperatury 180 stopni.
Przygotowujemy formę żaroodporną. Na spód wykładamy pierwszą warstwę grillowanych bakłażanów, na nią soczewicę, a potem jogurt z ricottą. Następnie powtarzamy warstwę. Na górze powinna znaleźć się warstwa bakłażanów.
Wkładamy musakę do piekarnika i pieczemy około pół godziny lub do momentu aż na górze pojawią się bąbelki a bakłażan zrobi się złoty.

Pycha w typowo letnich aromatach i klimatach.

A niebo jest pochmurne tylko chwilowo.














































Bardzo smacznego

wtorek, 17 września 2013

Nie sądźcie po pozorach czyli dal z soczewicy i dyni



Są takie potrawy, które za żadne skarby nie chcą ładnie wyglądać. Wszelakie pasty czy to z makreli czy z fasoli prezentują się na zdjęciach jak siedem nieszczęść. Bigos też do fotogenicznych nie należy. Gdyby wyciągnąć wnioski z samego tylko wyglądu, to wielu potraw po prostu nie zjedlibyśmy nigdy.
Już kiedyś doszłam do odkrywczego wniosku, że ładnie na zdjęciach wyglądają przede wszystkim dzieci i ciastka. No tak, ale i jedno i drugie jest słodkie.

Hummus czy pasta z bakłażana słodka nie jest i wygląda jak... coś przejechanego. I to dawno temu. Ale kto raz zjadł kanapkę z kremem z ciecierzycy ten wie, że wygląd ma drugorzędne znaczenie.

Curry też piękne nie jest a czy znacie kogoś kto nie lubiłby curry?
Czasami dobrze jest zamknąć oczy i najpierw włączyć do akcji nos i język. W przypadku dań, które nie wyglądają zachęcająco, ta metoda ma sens.
Dal pachnie oszałamiająco. Smakuje powalająco. A wygląda hm... jak rozpaćkana breja a pływające w niej kawałki dyni czy batata nie poprawiają obrazu. Jeśli doda się do tego omdlały szpinak, to byłby to ostatni wybór na obiad.
Nie sądźmy jednak po pozorach. Zamknijmy oczy i pozwólmy działać wyobraźni.
Moje mądre Dzieci mówią, że potrawa nie może być zła, skoro jest w niej tyle dobrych składników. To dobra zasada i mająca szerokie zastosowanie. Ma swoje wyjątki bo nie sprawdza się w pieczeniu ciast.
W przypadku dala możemy ją spokojnie wcielić w życie. Posłuchajcie tylko: mleczko kokosowe, kolendra, pomidorowe puree, kurkuma, garam masala. Brzmi pachnąco? Czy coś drgnęło w smakowej wyobraźni?
Jeżeli tak, to porzućcie marzenia o estetyce, zamknijcie oczy i nastawcie się na inne doznania zmysłowe: smakowe i zapachowe. Możecie jeść z zamkniętymi oczami.


Dal z soczewicą i dynią

pół szklanki czerwonej soczewicy
pół szklanki zielonej soczewicy
2 szklanki pokrojonej w kostkę dyni, upieczonej w piekarniku
1 cebula
1 ząbek czosnku pokrojony
2 liście laurowe
1 chili
1 łyżka posiekanego imbiru
pół łyżeczki kurkumy
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka kminu rzymskiego
ćwierć łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
1 łyżeczka garam masala
1 szklanka puree pomidorowego
250 ml mleczka kokosowego
1 szklanka wody
3 garści szpinaku
sól
2 łyżki oleju


Zaczynamy od przepłukania soczewicy. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy pokrojoną w kostkę cebulę i imbir. Dorzucamy liście laurowe i czosnek. Kiedy cebula się zeszkli, wsypujemy soczewicę i wlewamy szklankę wody. Kiedy całość się zagotuje, wlewamy mleczko kokosowe i pomidory. Dorzucamy przyprawy i gotujemy na małym ogniu aż soczewica nie będzie miękka. Wtedy dodajemy dynię i jeszcze gotujemy przez minutę. Jeśli dal jest za rzadki, pogotujmy go nieco dłużej. Jeżeli jest za gęsty, dolejmy do niego wodę lub bulion. Potem wrzucamy do niego 3 garści świeżego lub mrożonego szpinaku, zagotowujemy całość i doprawiamy solą.



Jeżeli jesteście skrajnymi estetami możecie posypać dala kolendrą choć przyznam, że to raczej bezcelowe. W tym przypadku wygląd nie jest najważniejszy.


Podajemy na gorąco z ryżem lub na zimno jako dodatek np. do kanapki. Pycha!

Smacznego

środa, 7 listopada 2012

Zupa z cynamonem i kto nie lubi kapeluszy







Nie zapomniałam o obietnicy. Był cynamon na słodko, więc czas na cynamon w towarzystwie bardziej ostrych smaków.
Jak to jest , że niektórym dobrze we wszystkim. Znam takie (o kobietach myślę), które mogą założyć na głowę jakiekolwiek nakrycie głowy i zawsze wyglądają dobrze. Pójście z nimi na zakupy jest potem okupione wizytą u psychologa. Nabawić się można kompleksów. Beret na nich wygląda jak królewska korona. Czapka z daszkiem, jakby się w niej urodziły. Kapelusz z szerokim rondem? Stoi przed tobą dama z Aston. Nawet wiadro na nich wygląda jak tiara.
Podobne jest z cynamonem. Nie chcę przez to powiedzieć, że w cynamonie też im do twarzy. Tego nie próbowałam. To cynamon jest  tą uprzywilejowaną przyprawą, która pasuje i na słodko, i na słono, i na ostro.
Za to go kocham. A niezastąpione trio czyli cynamon, kolendra i kumin są podstawą mojej kuchni.
Tak często używam cynamonu, że po zastanowieniu się, doszłam do wniosku, że można już mówić o uzależnieniu.  Trzeba było dokonać pewnej selekcji. Choć najchętniej napisałabym o wszystkich moich ulubionych zastosowaniach tego pachnącego dodatku.
Dzisiejsza propozycja jest może niezbyt efektowna wizualnie, ale za to w smaku…. Och! Jak pięknie pachnie, jak super smakuje.



Zupa z cynamonem i soczewicą

1,5 szklanka bulionu
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 malutkie chilli
1,5 szklanka pomidorów pelatti
2 łyżki cynamonu
2 łyżeczki kminu rzymskiego (zmielonego)
2 łyżeczki kolendry (zmielonej)
2 łyżki oliwy
kilka liści mięty
sok z połowy limonki
pół szklanki soczewicy (może być czerwona lub zielona)
gęsty jogurt

Przygotowanie tej zupy trwa 25 minut. Z zegarkiem w ręku. Wcześniej musicie tylko zdobyć bulion.
Na głębszej patelni lub w rondlu rozgrzewacie oliwę. Wrzucacie na nią pokrojoną w kostkę cebulę, czosnek i chilli. Kiedy zaczynają skwierczeć wsypujecie cynamon, kolendrę i kumin. Mieszacie aż wszystko zacznie pięknie pachnieć. Dolewacie pomidory i bulion Zagotowujecie i wsypujecie przepłukaną soczewicę. Solicie, jeśli jest taka potrzeba. Gotujecie aż soczewica nie zmięknie. Będzie jej wtedy więcej. Nie dosypujcie w panice, że nie dacie rady wykarmić rodziny. Zupy spokojnie starczy na trzy talerze.

Spróbujcie, czy nie trzeba dodać którejś z przypraw. Wyciśnijcie sok z limonki. Rozlejcie do miseczek a na górę połóżcie kleks gęstego jogurtu i po pół łyżeczki limonkowego soku. Posypcie bardzo drobno posiekaną miętą.

Zupa cynamonowa gotowa. Jeśli wam mało cynamonu, to piekąc kurczaka, posypcie go właśnie cynamonem i solą. Jeśli jeszcze nie próbowaliście, to czas najwyższy.



Smakowitych doznań i wszystkiego dobrego