Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaryn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmaryn. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Prezent dla drwala czyli rillettes z kaczki

























Po co ja tę kaczkę kupiłam? Mało mam roboty z tzw tradycją?
Na rozum mi padło czy co?
Leży biedula w lodówce a ja coraz bardziej nerwowo zerkam na mak, bo to jego pora właśnie nadchodzi. Żeby zrobić miejsce w chłodzie, musiałam pozbyć się drobiu.
Najlepiej byłoby ją zamoczyć w soku pomarańczowym i ze trzy obiady miałbym z głowy. Tak, ten pomysł był świetny w każdym innym momencie roku, tylko nie przed Bożym Narodzeniem.
Stałam z nożem nad ofiarą i przypomniałam sobie, że gdzieś czytałam o rillettes z kaczki. Właściwie mogłaby to być alternatywa dla nieśmiertelnego pasztetu.
Bierzemy się do roboty. Z jednej kaczki zrobiłam gar zupy pho (w końcu od czego są skrzydła, i cała koścista reszta?), upiekłam jedną pierś jako dodatek do sałatki a udka i jedna pierś posłużyły jako baza do rillettes.
Potrzebowałam jeszcze tłuszczu (i to dużo) bo kwint esencja tego dania polega na gotowaniu w tłuszczu. Z listopadowej przygody z gęsią został mi spory słoik wytopionego tłuszczu z gęsi. Wiedziałam, że gdzieś na świecie istnieje sposób na bardziej wyrafinowane jego spożytkowanie niż tylko dodatek do ziemniaków.
Wczoraj polecałam wam ciasteczka z bakaliowym nadzieniem jako prezent. Dziś sugeruję, żeby pięknie opakowany słoik z kaczym środkiem podarować np. zaprzyjaźnionemu drwalowi. Ilość kalorii i cholesterolu w słoiku może bezkarnie skonsumować tylko on lub wielorybnik. Jeśli jakiegoś znacie, to przerabiajcie kaczkę bez wahania.
Tylko zostawcie sobie słoiczek, bo ta bomba żywieniowa jest warta grzechu.
Rok się kończy i niedługo złożymy sobie nowe postanowienia, więc jeszcze możemy na rachunek tego upływającego nieco pogrzeszyć. Czemu nie odrobiną rillettes z kaczki?
Nie będziecie wiedzieli jakie to dobre, jeśli nie spróbujecie.



Rillettes z kaczki

2 kacze udka plus jedna pierś
1 łyżeczka ziaren jałowca
1 łyżeczka ziaren pieprzu
4 goździki
1 liść laurowy
pół łyżeczki tymianku
pół łyżeczki rozmarynu
1 łyżeczka soli
oraz
1 liść laurowy
kilka całych ziaren jałowca
cała główka czosnki przekrojona w poprzek
tłuszcz z gęsi, kaczki lub ostatecznie olej. Tłuszczu musi być dużo, ponieważ powinien przykryć całe mięso.

Ucieramy w moździerzu przyprawy i wcieramy w umyte i osuszone części kaczki. Wkładamy do miski, przykrywamy i odstawiamy do lodówki na 24 godziny.
Następnego dnia rozgrzewamy piekarnik do 110 stopni.
Do naczynie żaroodpornego lub żeliwnego garnka wkładamy kawałki kaczki, przyprawy i czosnek.
Zalewamy kaczkę tłuszczem, przykrywamy pokrywką i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 2 godziny, po czym sprawdzamy miękkość mięsa. Moja kaczka potrzebowała jeszcze pół godziny by osiągnąć stan odchodzenia mięsa od kości. Bądźcie bardzo ostrożni przy tych czynnościach. Garnek jest gorący, a przed świętami kontuzja jest ostatnim, co chcielibyście sobie zafundować.
Upieczoną kaczkę zostawiamy do wystygnięcia.
Schłodzone mięso wyjmujemy i rwiemy na paski. Wyłuskujemy upieczony z mięsem czosnek.
Przecedzamy i podgrzewamy tłuszcz, w którym piekła się kaczka. Bardzo gorącym zalewamy paski mięsa. Możemy to zrobić używając słoika (wtedy będzie akurat na prezent) lub miseczki. Na górę kładziemy liść laurowy, przykrywamy i wstawiamy do lodówki.
Po świątecznej obfitości ryb, może znajdzie się ktoś, kto z radością zje grzankę z rilette i plastrem ogórka kiszonego. Niekoniecznie drwal:)



























Smacznego

poniedziałek, 10 listopada 2014

Moja zemsta czyli gulasz z dzika

























Jaka ironia!
Mieszkając pod lasem i obserwując rosnące w siłę zastępy dzikich przekopywaczy naszego majątku, ani razu nie wpadło mi do głowy, że to przecież pyszny kawał mięsa podchodzi pod nasze okna.
Nawet wizyty „prawdziwych mężczyzn” z „prawdziwą bronią palną” nie skojarzyły mi się z jedzeniem.
Może dlatego, że mimo wszystko, trochę traktowałam dziki jak część składową całości. Tak samo jak sosny, dzikie róże, dzięcioły czy nornice. Do głowy by mi nie wpadło zjeść dzięcioła. Czemu dziki miałby być gorsze.
Dopiero powrót do miasta spowodował, że dziczyzna znalazła się z kręgu moich zainteresowań.
Najprawdopodobniej dlatego, że mięso na tacce w żaden sposób nie przypomina chrumkającego świniaka.
Hipokryzja? Na szczęście niegroźna. Potraktujcie to jako moją małą zemstę za przeryty doszczętnie sad.
Jedna tacka gulaszu z dzika jest marnym pocieszeniem za zmarnowane włości.
Jak widać niskie uczucia nie są mi obce. Nie tylko hipokryzja ale jeszcze żądza zemsty.
Trochę koloryzuję ale myśl o zemście przemknęła mi przez głowę.

Teraz słowo o mięsie. Ani grama tłuszczu, ciemno różowe,w dużych kawałkach.
Rzadko jem mięso a dziczyznę jadłam zaledwie kilka razy w życiu. Tylko raz sama ją przyrządzałam i była to pieczeń z sarny. Dawno temu.
Najczęściej dziczyznę je MMŻ w czasie wakacji w Toskanii. Kiełbasy czy salami z dzika są tam lokalnymi przysmakami. A takiego ragout z dzika jak w Castelfiorentino podobno nie dają nigdzie indziej.
Moje zainteresowania w czasie wakacji dalekie są od mięsa i muszę wierzyć MMŻ na słowo.

Zrobienie pysznego gulaszu nie było trudne choć nieco czasochłonne. Zamarynowanie mięsa jest najlepszym sposobem by nieco skruszało i nabrało dodatkowych aromatów.
Potem zostaje już tylko milczenie...rozanielone.





















Gulasz z dzika
600 g mięsa z dzika

marynata:
2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
1 szklanka wody
10 ziaren jałowca
2 ząbki czosnku, zgniecione
5 ziaren ziela angielskiego
2 liście laurowe
1 łyżka cukru
2 gałązki tymianku lub 2 łyżeczki suszonego
1 gałązka rozmarynu lub 1 łyżeczka suszonego
1 łyżeczka ziaren pieprzu

oraz
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 papryczka chilli
1 łyżka miodu
5 suszonych śliwek
5 suszonych grzybów
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka ziaren kolendry
3 łyżeczki przecieru pomidorowego
1 łyżka mąki

Wszystkie składniki marynaty łączymy w garnku i zagotowujemy. Studzimy i wkładamy do marynaty pokrojone w kostkę* mięso.
Najważniejsze aby mięso włożyć do wystudzonej marynaty (tak by było całe przykryte) i marynować 24 godziny. Moje stało w lodówce 2 dni i nie był to czas zmarnowany.
Po wyjęciu z marynaty osuszamy mięso (np. papierowymi ręcznikami) i wstrzemięźliwie oprószamy mąką. Przygotowujemy garnek żaroodporny z przykrywką.
Na patelni rozgrzewamy oliwę z masłem i smażymy mięso kilka minut.**
Przekładamy mięso do naczynia, w którym będzie się piekło. Na tłuszczu po mięsie smażymy krótko pokrojoną cebulę a potem czosnek. Wlewamy na patelnię przecedzoną marynatę. Dodajemy śliwki, grzyby, miód, kolendrę, sól i przecier pomidorowy. Mieszamy, zagotowujemy i zalewamy mięso.
Naczynie szczelnie przykrywamy i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni.
Pieczemy mięso około 2 godzin. Sprawdzamy po 1,5 godzinie czy nie wyparował cały sos. Jeżeli tak się stało, dolewamy pół szklanki wody i pieczemy do miękkości.
Jeżeli sosu jest za dużo, zdejmujemy przykrywkę lub folię i ostatnie pół godziny pieczemy bez przykrycia.
Mięso powinno rozpadać się w ustach a sos być zawiesisty.



*wielkość zależy od naszych upodobań. Jeżeli jako dodatek do mięsa mamy w planach kluseczki to zachęcam do krojenia większych kawałków. Jeżeli marzy nam się ragu alla cacciatora, to trzeba pokroić mięso na mniejsze kawałki a jako dodatku użyć makaronu. Wszystko jest kwestią gustu.
** Po tym etapie całą kuchnię musiałam solidnie umyć. Tłuszcz pryskał na wszystkie strony i nawet ja wymagałam środków odtłuszczających. Tak się dzieje gdy mamy gorący tłuszcz, i moczone w zalewie mięso.

Ilość wrażeń smakowych, jakich doznajemy wkładając pierwszy kęs do buzi, jest szokująca.
Czasem dobrze jest zejść z utartego szlaku i zapuścić się w knieje. Nawet czysto symbolicznie.
Dzika na co dzień nie jemy ale raz na ćwierć wieku...czemu nie?
Następnym razem kupię jelenia.


























Smacznego i odwagi:))

wtorek, 29 lipca 2014

Makaron z małżami i chorizo czyli zupełnie nie w włoskim stylu

























Ale ten czas przeleciał! Wiadomo, wakacje!
Może nie do końca takie, jak sobie wymarzyliśmy ale ani w głowie mi narzekanie. Pogoda była...zaskakująca, okoliczności przyrody nie rozczarowujące, jedzenie absolutnie pyszne, a zakupy udane. Czyli wszystko jest na plus.
Ilość wody jaka na nas spadła w drodze powrotnej napełniłaby niejeden spory basen. Spowodowała korek gigant na drodze do Triestu i była przyczyną wielu frustracji i opóźnień w powrocie do domu.
Nie tylko my wpadliśmy na pomysł jazdy przez sobotnią Europę. Myślę, że zamknięcie w blaszanym pudełku na kilka godzin jest świetnym miernikiem stosunków panujących w stadzie. Jeżeli wychodzi się z tej próby zwycięsko, to znaczy, że już żaden kataklizm nie będzie straszny.
Jedyny minus takiej mozolnej jazdy, to potrzeba przedłużenia urlopu.
A tu koniec pieśni. Poniedziałek nadszedł bezlitosny. I cieplejszy niż te toskańskie. Czas pożegnać się rozmemłaniem i wziąć się w garść. Robota sama się nie zrobi. Im wcześniej pożegnamy wakacje, tym szybciej czas upłynie do następnych.
Nie będę opowiadać o pięknie włoskich miasteczek i niezrównanych toskańskich lodziarniach. Przynajmniej nie dzisiaj. Na to przyjdzie czas, kiedy zajmę się zdjęciami.
Na dowód, że całkowicie wróciłam do rzeczywistości zrobię dziś makaron zupełnie nie we włoskim klimacie. Raczej bliski Hiszpanii niż Italii.
To nie znaczy, że mam po dziurki w nosie pasty, mozzarelli i parmezanu. Ten moment nie nadejdzie nigdy. 
Przyczyna utworzenia tego dania była prozaiczna. Lodówka po przyjeździe zazwyczaj świeci pustkami. To, co przywieźliśmy z Włoch na razie traktowane jest jak święte relikwie więc obiad trzeba było wykreować z tego, co leżakowało w chłodzie.
Na użycie pecorino z Pienzy i prosciutto z Parmy przyjdzie czas, kiedy dopadnie nas tęsknota (czyli najpóźniej pod koniec tygodnia).
Na razie sprzątamy lodówkę.



Makaron z małżami i chorizo

garść makaronu (ulubionego)
paczka małży bez muszli (moje były zamrożone)
kawałek kiełbasy chorizo (około 5 cm)
1 papryczka peperoncino (lub pół łyżeczki suszonej)
1 cebula
2 ząbki czosnku
4 łyżki oliwy
łyżeczka posiekanych igiełek rozmarynu
sól, pieprz

Na oliwie podsmażamy pokrojone na półplasterki chorizo, dorzucamy pokrojoną w kostkę cebulę i posiekany czosnek. Dorzucamy drobno pokrojoną papryczkę (lub odrobinę suszonej).
Smażymy do zeszklenia się cebuli. Wsypujemy rozmrożone małże i posiekane igiełki rozmarynu. Mieszamy, podgrzewamy i doprawiamy solą.
Zdejmujemy z ognia.
Gotujemy makaron i przecedzony wsypujemy do garnka z sosem. Dolewamy 3-4 łyżki wody z gotowania się makaronu i mieszamy.
Doprawiamy do smaku według upodobań.
Nalewamy kieliszek zimnego prosecco i przymierzamy się do powrotu w realny świat.





Smacznego

środa, 26 lutego 2014

Odchudzanie garów i kolorowy makaron z kozim serem i rozmarynem


























Ruszyła ofensywa odchudzania. Każde czasopismo czy program radiowy wytyka nam nasze krągłości. Dziś nawet radio Tok FM przypuściło atak na fałdki i zimowe zapasy sadełka. Czyli nie jest dobrze. Jak tak dalej pójdzie, to lada dzień zrzucimy zimowe skóry i błyśniemy w słoneczku ciałkiem. Czasami zbyt obfitym.
Rusza kampania wspomagaczy, odchudzaczy i suplementów. Apteki dwoją się i troją. Reklamy obiecują cuda.
Jestem weteranem jeżeli chodzi o odchudzanie. Odchudzałam się już tyle razy, że mogę śmiało powiedzieć, że wiem o czym mówię.
I po latach zmagań z samą sobą, doszłam do odkrywczego wniosku, że odchudzanie to nie kwestia ilości jedzenia czy kalorii. To kwestia myślenia. Jeżeli sama siebie nie przekonam, że kolejny batonik z nadzieniem pomarańczowym w żaden sposób nie poprawi mojej sytuacji, to ograniczanie porcji na talerzu czy skrupulatne liczenie zda się jak psu na budę.
Zawsze znajdę drogę do półki ze słodyczami. Zawsze znajdę usprawiedliwienie dla kolejnej porcji ciasta. Myślę, że każdy nałogowiec w podobny sposób wytłumaczy swoje powroty do nałogu.
Zasada jest jedna: jeżeli sama naprawdę nie jestem przekonana o konieczności wbicia się w rozmiar 36, to od razu mogę iść i zamówić sobie podwójną szarlotkę z lodami waniliowymi.
Zima jest łaskawa dla kształtów. Kurtki i swetry skutecznie maskują to i owo. Tylko czasami, zakładając jeansy, mruczę pod nosem, że znów się skurczyły.
Wtedy robię pierwszy krok ku poprawieniu sytuacji. Nie daje on żadnej gwarancji sukcesu ale lepsze to, niż pogodzenie się z sobą nieco większą.
Ogłaszam więc dla siebie program: „38” i biorę się za odchudzanie garów.
Zaczynam makaronem.





Pappardelle z wstążkami marchewki i cukinii z kozim serem i rozmarynem:

1 cukinia
1 marchewka
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki rozmarynu
100 g masła
100 g koziego sera (użyłam słonego bunca)
sól
pieprz
400 g makaronu pappardelle

W czasie kiedy gotujemy makaron, możemy zająć się warzywami.
Obraną marchewkę ścieramy obieraczką do warzyw na wąski paski. To samo robimy z cukinią.
Czosnek obieramy a rozmaryn siekamy na drobne kawałki.
Rozpuszczamy masło w rondlu i wrzucamy do niego czosnek, rozmaryn i marchewkę. Gotujemy w maśle 3 minuty i dodajemy paski cukinii. Trzymamy na ogniu jeszcze 3 minuty, solimy do smaku i zdejmujemy z pieca.
Ugotowany makaron odcedzamy i dodajemy do rondla z warzywami. Kruszymy ser kozi. Ważne by ser dodać do makaronu i warzyw kiedy wszystko jest bardzo gorące. Ser lekko się stopi (ale wciąż będzie w kawałkach) i sos nabierze kremowej konsystencji. Posypujemy świeżo zmielonym pieprzem i podajemy z sałatką z rukoli.






Smacznego a jutro upiekę pączki

poniedziałek, 7 października 2013

Doza optymizmu i placek rozmarynowy z budyniem i malinami


Nie będę ukrywać, że poszłam na łatwiznę. Po prostu otwarłam komputer, znalazłam pierwszy lepszy przepis na ciasto z malinami (taką miałam umowę sama ze sobą) i bez ceregieli je upiekłam.
Znacie tę dziecięcą zabawę w podróż dookoła świata? Puszczasz w ruch globus i na chybił trafił wybierasz miejsce swojej podróży. Tak ja piekłam dziś ciasto.
Nieco lepsza sytuacja w sferach kocich i ostrożnie optymistyczne prognozy skierowały moje myśli do czegoś osładzającego życie.
Na robala, który każdego z nas od czasu do czasu podgryza i mąci spokój, wszyscy mają swoje sposoby. Bardziej skuteczne, mniej skuteczne. Najważniejsze, że koją nerwy i przynoszą pocieszenie.
Ja lubię w takich sytuacjach piec ciasto. Choć „lubię” to nie najbardziej trafne słowo. Nogi same mnie prowadzą do kuchni i większość czynności odbywa się niejako „odruchowo”.
Takie działanie na pamięć plus zapachy, plus dźwięki są chyba rodzajem środka na uspokojenie.
Po włożeniu blachy do piekarnika czuję się zdecydowanie lepiej.
Proste? Najważniejsze, że skuteczne. Dodatkową zaletą jest porcja pachnącego ciasta. Może niczego nie zmieni ale sprawi, że rzeczywistość wygląda nieco przyjaźniej.

Maliny były czynnikiem wyznaczającym kierunek. Te, które zostały na krzakach zostały przez ostatni przymrozek potraktowane ulgowo.
Dziś nadszedł ich czas. Będą pełniły rolę lekarstwa.


Placek z budyniem i malinami

ciasto:
pół kostki zimnego masła
2 żółtka
2 szklanki mąki
pół łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
4 łyżki kwaśnej śmietany
4 łyżki drobnego cukru
1 łyżeczka drobno pokrojonego rozmarynu

1 krem do karpatki lub dwa budynie śmietankowe ugotowane i wystudzone
2 szklanki malin

Masło kroimy w drobną kostkę i dodajemy do przesianej mąki z proszkiem do pieczenia. Dodajemy resztę składników i miksujemy. Dzielimy ciasto na dwie części i wkładamy do dwóch osobnych worków. Schładzamy w lodówce przez godzinę.

Formę o średnicy 23 cm wykładamy papierem do pieczenia (tylko dno).
Wyjmujemy ciasto z lodówki i jedną częścią wykładamy spód formy. Wyłożyłam ciastem również boki formy.
Na warstwę ciasta wykładamy zimny budyń a na budyń maliny. Rozwałkowujemy drugą część ciasta i kładziemy na malinach. Sklejamy krawędzie obu części ciasta i robimy dziurki nożem w wierzchniej części.
Pieczemy 50 minut w 180 stopniach.
Studzimy i posypujemy cukrem pudrem.


Nie było to mistrzostwo świata, ale dla miłośników budyniu i nieskomplikowanych przepisów ciasto wyszło całkiem niezłe.






Smacznego i tygodnia lepszego niż poprzedni

niedziela, 4 sierpnia 2013

Macierzanka, morele, słońce czyli konfitura


Nie myślcie, że stałam wczoraj i dziś przy piecu, żeby usmażyć konfiturę. Dziś tak usilnie próbowałam uniknąć gotowania obiadu, że nawet faszerowaną paprykę, zamiast na piecu, desperacko umościłam w ognisku.  A właściwie w resztkach wczorajszego ogniska. Skoro upiekły się ziemniaki, to czemu nie garnek z papryką? Stanie przy piecu w temperaturze 30 stopni wydawało mi się zbyt dużym poświęceniem.
Niestety za dużo było głodnych do wykarmienia a za mało czasu na zabawy z ogniskiem. Musiałam garnek przenieść na piec i chcąc nie chcąc bawić się w hutnika przy spuście surówki.
W czasie kiedy gar z papryką tkwił jeszcze w popiele, ja opisywałam słoiki z konfiturą.
To moja ulubiona. Zresztą, wszystko co morelowe jest moje ulubione. Ciasto, konfitura, lody. Konfiturę zazwyczaj robię w różnych wersjach. W tym roku do jednej partii dodałam jak zwykle rozmarynu, do drugiej wanilii a do trzeciej macierzanki. Ta ostatnia nabrała cytrusowego aromatu.
Macierzanka rośnie zazwyczaj tam, gdzie sosny i brzozy. To ona nadaje wieczornemu powietrzu lekko cytrynowy aromat. Wiem, że trudno ją zerwać w mieście, ale przy okazji wycieczki za miasto na pewno ją wypatrzycie.  Można jej kwiatki dodawać do sałatek, ususzyć i schować w słoiku lub jej aromatem wzbogacić słodkie przetwory. Ciekawe czy sprawdziła by się w lodach?



 Konfitura morelowa z macierzanką

1,5 kg moreli
1 kg cukru
sok z jednej cytryny
spory pęk świeżej macierzanki

Co tu dużo gadać. Potrzebujemy dużego gara. Dzielimy morele na polówki, sypiemy cukier, wlewamy sok z cytryny. Stawiamy na ogień. Zagotowujemy. Zmniejszamy ogień. Zdejmujemy pianę, która zrobiła się na wierzchu. Wrzucamy między morele macierzankę i smażymy godzinę.


Zdejmujemy garnek z ognia , przykrywamy.
Następnego dnia zagotowujemy konfiturę i gotujemy kolejną godzinę. Zapomniałam powiedzieć, że zarówno pierwszego jak i drugiego dnia trzeba konfiturę często mieszać.
Po godzinie konfitura powinna mieć idealną gęstość, by ją zapakować do wyparzonych słoików.
Przed przełożeniem jej do słoików wyjmujemy macierzankę.
Gorące słoiki z konfiturą mocno zakręcamy i odwracamy do góry nogami. Studzimy i chowamy do spiżarni.
Śniadanie w towarzystwie sera pecorino z łyżeczką konfitury morelowej  pozytywnie was nastroi do całego dnia.






Smacznego

czwartek, 6 czerwca 2013

Buraczane gnocchi z groszkowym pesto czyli kolory grudniowe




Dziś będzie świątecznie. I na dodatek grudniowo. Nie będę was co prawda zachęcać do kupowania jemioły czy robienia makówek, ale źródło dzisiejszej obiadowej propozycji jest jak najbardziej bożonarodzeniowe.
W miejscach, gdzie obcy sobie ludzie spędzają razem sporo czasu, przychodzi taki moment, kiedy potrzebujesz czegoś więcej niż zdawkowe „dzień dobry”. Takim momentem są święta. Szczególnie te spędzane z dala od najbliższych. Wtedy następuje koncentracja sił i środków i bez względu na dietę, kolor skóry czy poglądy polityczne, ludzie siadają do jednego stołu. A wcześniej gotują to, co potrafią najlepiej.
Oprócz niezaprzeczalnych szoków w postaci np. wegańskiego haggisu są zapachy zdecydowanie nie polskie, kolory absolutnie nie świąteczne i smaki zupełnie nieoczekiwane.
W moim dzisiejszym opowiadaniu występuje potrawa kolorystycznie adekwatna do Bożego Narodzenia. Jej wykonawcami byli…Polacy. Ale podobno jej autora trzeba szukać w Australii.
Pojawienie się dania na stole wywołało podobno furorę. Z relacji naocznego świadka wiem, że z równą euforią zostało ono zjedzone. 
Wyprosiłam przepis i dziś jest ten moment by powołać go do życia w mojej kuchni.

Świeże buraczki i rosnące w donicach bazylia i rozmaryn przyśpieszyły moją decyzję. Tym bardziej, że kolor kolorem a potrawa wydawała mi się idealnym wyjściem na letni obiad. Lekka, pachnąca… no i te kolory!
Dookoła mokro. Chmura od poniedziałku wisi nad łąką. Niby kwiaty kwitną ale jakoś tak blado. Zamiast czerwcowego szaleństwa barw, wszystko zdecydowanie rozmyte, blade i mało energetyczne.

Jak się nie ma co się lubi, to się zakasuje rękawy i kombinuje w garach.


Buraczane gnocchi z groszkowym pesto

3 małe buraki
1 jajko
2 i pół szklanki mąki
375 ml ricotty
¾ szklanki startego parmezanu
1 i 1/3 łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu

Buraki myjemy i zawijamy w folię. Pieczemy w piekarniku aż będą miękkie. Buraki to odporne dranie i co najmniej godzinę muszą siedzieć w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni, żeby zmięknąć.
Potem je studzimy i ścieramy na najdrobniejszej tarce.
W misce łączymy wszystkie składniki czyli starte buraki, mąkę, parmezan, jajko, sól i pieprz. Jeśli okaże się, że masa jest za wilgotna, dodajcie więcej mąki. Buraki mogą być mniej lub bardziej wilgotne i od nich zależy konsystencja ciasta. Nie powinno kleić się do rąk. Jeśli kiedykolwiek robiliście kluski, to wiecie o czym mówię. Z ciasta muszą się dać uturlać małe kluseczki.
W garnku zagotowujemy wodę z solą i wrzucamy kluseczki.
Gnocchi są gotowe, kiedy wypłyną na powierzchnię gotującej się wody.  
Polewamy je masłem rozmarynowym i serwujemy z groszkowym pesto.


Masło rozmarynowe
2 łyżki masła
gałązka rozmarynu
W rondelku roztopić masło z igiełkami rozmarynu. 

Groszkowe pesto:
225 g mrożonego groszku
pęczek świeżej bazylii
2 łyżki tartego parmezanu
1/3 szklanki podprażonych orzechów nerkowca
1 łyżka śmietany
1 łyżka oliwy
1 ząbek czosnku, zmiażdżony
sól, pieprz

Wszystkie składniki  pakujemy do blendera i miksujemy do momentu uzyskania zarąbiście zielonego pesto. Kolor jest tak porażający, że obawiam się, że wiosna może się  nieco zawstydzić. 



A na koniec domowa anegdota na temat. 
Jest lipcowy wieczór. Stoimy na tarasie i gapimy się w niebo. Gwiazdy, Mleczna droga i nagle Dziecko pyta: a co tam tak mruga na czerwono i zielono?
Ja spokojnie: to nadchodzące Boże Narodzenie.
Dziecko: No, tak. przecież to logiczne.



Słonecznej drogi do weekendu i smacznego

wtorek, 29 stycznia 2013

Focaccia i moja nowa miłość



Wygląda na to, że coś, co zapowiadało się na romans, będzie związkiem dużo poważniejszym.

Po początkowej ostrożności a nawet nieufności, doszłam do wniosku, że to TEN. Co prawda miałam już przygodę z jego starszym bratem ale okazało się, że nie byliśmy dla siebie stworzeni. Może i spełniał moje oczekiwania ale nie było w nim lekkości i finezji. Rozstaliśmy się. On wpadł w ramiona innej, ja szukałam satysfakcji gdzie indziej.
Teraz spotkałam Jego. Jest ideałem. Kształtny, lekki, uległy, posłuszny. Ale z charakterem.
Zapowiada się długi i ciekawy związek.
A wszystko to dzięki MMŻ. To on postawił go na mojej drodze.  Mojego nowego Canona SX500 . Teraz to ja będę decydować o odległości, świetle i ostrości.

Robię zdjęcia wszystkiemu, co mi się nawinie przed obiektyw. Wiecie jak to jest z nową zabawką. Dziś przyszła kolej na focaccie.

                                       tu jeszcze surowa

                                       a tu już rumiana


Nie wiem jak u was z pieczeniem chleba. Czy jesteście regularnymi piekarzami? Czy może kolejny rok przymierzacie się do upieczenia swojego pierwszego bochenka? A może po pierwszym upieczonym gniocie porzuciliście zakwasowe doświadczenia?
Jeśli ciągle przymierzacie się do swojego debiutu, to powinniście zacząć od focacci. Tu nie może coś pójść nie tak. Ostatnio za jej wytworzenie wzięła się 12 letnia córka znajomych. I nakarmiła wieczorem zdumioną rodzinę. 
Do tego oliwa, pieprz, sól i może jakieś oliwki i królewska kolacja gotowa.
Zapraszam.

 Focaccia

1 szklanka ciepłej wody
1 łyżeczka cukru
2 łyżeczki drożdży
1 szklanka mąki pszennej

Mieszamy dokładnie, przykrywamy i zostawiamy w spokoju na 15 minut.

Po kwadransie:

2 szklanki mąki
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
1 łyżka tymianku
1 łyżka oregano
garść oliwek
gałązka rozmarynu

Wszystkie składniki mieszamy ze sobą i wyrabiamy 10 minut. Ciasto powinno być lśniące i sprężyste. Przekładamy je do miski wysmarowanej oliwą. Przykrywamy folią i czekamy aż podwoi swoją objętość czyli około godziny. Potem odgazowujemy ciasto, składając je jak kopertę i rozwałkowujemy na placek. Wkładamy w nie połówki oliwek i gałązki rozmarynu. Przykrywamy folią i znów pozwalamy mu podwoić swój rozmiar.

Nagrzewamy piekarnik do 220 stopni i pieczemy focaccię 30 minut.  Polewamy oliwą i podajemy na stół.



Tyle i aż tyle. Sukces gwarantowany.
Smacznego

środa, 31 października 2012

Porcja energii w słoiku czyli papryczki faszerowane fetą i ziołami




Lato sobie poszło. Przylazła wczoraj mgła i schowała wszystko w kieszeni. Wieczorem nie było nic. Jak to w ogóle możliwe, ze zniknęło miasto? Dobrze, ze świeciły latarnie, bo tylko one wskazywały na to, ze cywilizacja jeszcze nie zginęła. Lotniska zniknęły, ulice wyparowały, auta przemykały w mrocznych okolicznościach a ludzie błądzili bez celu. Masakra jakaś, panowie.
Dziś ranek wstał jak na kacu.  I jak to bywa na kacu, dopiero koło południa wyjrzało coś na kształt słońca. Już,  już miałam nadzieję na więcej, a tu zanim się zaczęło, już się skończyło. Wróciła mgła. Chyba pora uzmysłowić sobie, że to koniec października. Lato już było. Koniec. Następne dopiero za 9 miesięcy.
Dom po lasem zamknięty. Aż strach pomyśleć co tam się teraz wyczynia. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dziki odbywają dzikie harce. Z trawnika zostaną nędzne wspomnienia, a sad będzie bardziej przypominał kartoflisko po wykopkach niż owocowy zakątek. Tak to się kończy, jeśli pozwalasz, żeby las rósł ci pod tarasem.
Wywiozłam ostatnie papryczki. Jakimś cudem udało się je uratować przed przymrozkami. I całe szczęście, bo miałam w stosunku do nich pewne plany.
Duża dawka energii będzie nam potrzebna w najbliższe miesiące. Ostra papryka z smakowitym środkiem spełni swoją powinność. Rozgrzeje, rozpali, zadowoli. Tym bardziej, że sama nazywa się kusząco: valentine. Jeśli trafi się miłość tak ognista jak ten rodzaj papryki, to dobrze jest mieć przy sobie gaśnicę.





Papryczki faszerowane fetą na zimowe dni:

papryczki - ilość absolutnie dowolna, ostrość – stopień zależny od upodobań
ser feta, pokrojony na małe kawałeczki
świeży tymianek
świeży rozmaryn
kilka ząbków czosnku, obranego
dobra oliwa
słoiki

Rozgrzejcie najpierw piekarnik do 200 stopni. Jeśli macie funkcję grill, to włóżcie papryczki i upieczcie je pod grillem aż nie zbrązowieje im skórka. Potem trzeba je schować pod szczelnym przykryciem. Wtedy skórka zejdzie równie łatwo jak z banana.
Kiedy ściągniecie skórę z papryki, delikatnie usuńcie nasionka ze środka. Pokrojoną fetę zmieszajcie w miseczce z listkami tymianku i posiekanym rozmarynem. Posypcie jeszcze grubo mielonym pieprzem. Wypełnijcie środki papryki serem i układajcie warstwami w wyparzonym słoiku. Ząbki czosnku pokrójcie i połóżcie między strączkami.  Oliwę rozgrzejcie w rondelku. Nie gotujcie, ale nich będzie gorąca. OSTROŻNIE! Zalejcie gorącą oliwą papryczki. Stuknijcie o blat, żeby pozbyć się bąbelków powietrza. Zakręćcie słoiki i odwróćcie do góry nakrętkami.
Następnego dnia można jeść, ale warto poczekać kilka dni, bo czas robi swoje.
Na chłody i szarości odkręcony słoiczek z taką południową temperaturą i energetycznym kolorem jest jak bilet do Sevilli.



Smacznego

wtorek, 23 października 2012

Coś dla amatorów mocnych wrażeń czyli steki w pieprzu z szałwiowymi chipsami






Zrobiłam szybki rachunek sumienia i nie mogłam uwierzyć. Z ponad dwustu przepisów umknął mi ten najbardziej przez 50 % rodziny ukochany. Steki. Może stało się tak dlatego, że konsekwentnie odmawiam jedzenia steków.  Zrobić, proszę bardzo, mogę. Ale do jedzenia nikt mnie nie zmusi. Taka postawa jest doskonałym przykładem na to, że nie trzeba być mięsojadem, aby przyrządzić przyzwoity kawałek mięsa. MMŻ i jego wierna towarzyszka w pożeraniu kilogramowych steków typu bistecca fiorentina z radością pałaszują moje nieco skromniejsze wagowo okazy.  Wiem, że każdy wyznawca wołowiny ma swój ulubiony stan skupienia mięsa. Jedni lubią krwiste, inni na pół wypieczone a kolejni preferują suchą podeszwę. Ci ostatni stanowią dla mnie  zagadkę. Po co marnować kawałek świetnego mięsa na coś, co steku nawet nie przypomina.
Moi mięsożercy są zwolennikami teorii, że im krócej obsmażane, tym lepiej.



Oto obiad dla MMŻ i Darii.

Steki w pieprzu z szałwiowymi chipsami

2 steki wołowe z polędwicy grubości 4-5 centymetrów
2 łyżki grubo tłuczonego pieprzu (najlepsza jest mieszanka pieprzowa)
2 cienkie plastry boczku
kilka gałązek rozmarynu
kilkanaście liści szałwii
olej do smażenia
2 łyżki masła
metr nici kulinarnej

Kiedy już uformujemy dwa zgrabne steki z polędwicy, musimy je owinąć plastrem boczku. Potem owijamy je nitką i związujemy. Między boczek a nitkę wkładamy kilka igiełek rozmarynu. Na talerz wysypujemy utłuczony pieprz. Ważne, by nie był zmielony. Jeśli macie moździerz, to do tej czynności nada się idealnie. Panierujemy steki w pieprzu i odkładamy na kwadrans. W tym czasie rozgrzewamy oliwę na patelni i wrzucamy liście szałwii. Pilnujmy ich, żeby się spaliły. Usmażona szałwia jest krucha i smakuje bosko. A na tym samym oleju, ale już o smaku szałwiowym, smażymy steki. Po minucie z każdej strony. Tyle wystarczy, jeśli lubisz przelewać krew. W innym przypadku musicie go jeszcze potrzymać na ogniu. Teraz to już kwestia prób i błędów.

Usmażone steki odkładamy na chwilę i robimy masełko  szałowe , o przepraszam, szałwiowe. Kilka listków drobniutko siekamy. Masło (miękkie jest łatwiejsze w obróbce) mieszamy z szałwią i szczyptą soli. Zawijamy masło w folię aluminiową, formując zgrabną roladkę. Wkładamy na kilka minut do zamrażalki. 

Na talerz kładziemy steki (uwolnione z więzów oczywiście), na stekach kładziemy plaster roladki maślanej i dekorujemy chipsami szałwiowymi.



Kto zdecydowanie odmawia jedzenia mięsa, niech spróbuje samych chipsów. Dodane do makaronu czy pieczonych warzyw też są świetne. Gwarantuję.



A teraz pozwólcie, że pomyślę nad obiadem dla siebie.

Smacznego

poniedziałek, 30 lipca 2012

Kocie opowieści i morelowa konfitura z rozmarynem




Nasze koty są stworzeniami salonowymi. Przez pół roku. Na drugie pół stają się perfekcyjnymi mieszkańcami łąk i lasu. Znikają, pojawiają się, tropią, polują, przynoszą do domu stworzenia wszelakie.
Dziś rano zostaliśmy obdarowani przez Orlando myszą. Wkroczył nasz pieszczoch do kuchni targając ją w paszczy. Pora była śniadaniowa, więc nikt nie zwrócił na niego uwagi. Jedliśmy, nie spodziewając się nadchodzącej atrakcji. Kot wskoczył na szafkę i intensywnie się czemuś przyglądał. A mysz skamieniała ze strachu i ani drgnęła na środku podłogi. Mina Lola mówiła wszystko: „Zabawkę wam przyniosłem. Cieszycie się?”
I było po śniadaniu. Wszyscy ruszyli do gorączkowego łapania myszy. Rozwiązanie ostateczne nie wchodziło w grę, więc w ruch poszły tylko miotła i gazeta. A główny sprawca tego zamieszania siedział spokojnie na szafce i przyglądał się gonitwie. I pewnie myślał, że nareszcie ludzie mają rozrywkę.
Podejrzewam, że wypuszczenie ofiary na wolność, Lolo odebrał jako osobistą porażkę w wychowywaniu ludzi.
Nasz kolejny kot, który okazał się urodzonym myśliwym, upolowane przez siebie okazy przynosi naszej  domowej księżniczce.  Słodka birma, goniąca za motylkami nie ma nic przeciwko takim prezentom. Co najdziwniejsze, nie pogardzi też pomidorem czy morelką.
Do naszego codziennego zestawu dochodzą okresowo goście. Jeden z nich cierpi na agorafobię i nie opuszcza strychu. Co ciekawe, jego miejsce pochodzenia jest jakieś 400 metrów stąd. Został znaleziony na polu kapusty. Dzisiaj każda próba wystawienia go na świeże powietrze kończy się napadem paniki.
Drugi z gości jest urodzoną kucharką. Nie ma takiej czynności w kuchni, która nie byłaby warta uwagi. Jeszcze rozumiem jej fascynację, kiedy kroję mięsko. Ale ona z równym zaangażowaniem obserwuje krojenie cebuli.
Nie mówcie mi, że wszystkie koty są takie same. Absolutnie nie są.



Dziś smażyłam konfitury morelowe. Moje ulubione. Dodanie do nich małego dodatku w postaci imbiru, liścia laurowego czy rozmarynu zaprzecza podejrzeniom o konfiturową nudę. Takie konfitury na pewno nie są nudne. Dodanie amaretto czy wanilii jest morelową oczywistością. Dodanie rozmarynu daje tak samo nieprzewidywalne efekty jak wpuszczenie myszy do kuchni.
Zachęcam do pierwszego, nie życzę drugiego (chyba, że umieracie z nudów).



Konfitury morelowe najlepiej zrobić z moreli jeszcze nieco twardych. Nie rozpadną się zupełnie w czasie smażenia.
Konfitury nie lubią pośpiechu. Smażę je trzy dni i nigdy nie żałowałam czasu poświęconego na ich dopieszczenie.
Otwarcie słoika, kiedy za oknem biało, jest jak czytanie bajki. Zaczynamy wierzyć w dobre wróżki i magiczne różdżki.

Konfitury morelowe z rozmarynem

2 kg moreli
pół szklanki wody
60 dkg cukru
gałązka rozmarynu
sok z jednej cytryny

Umyte morele osuszamy. Kroimy na osiem części i  polewamy sokiem z cytryny. Mieszamy.
Gotujemy syrop cukrowy. Nie martwcie się małą ilością wody. Powoli, na niedużym ogniu, cukier pięknie się rozpuści. Pogotujcie parę minut syrop. Nie mieszajcie. Nie spuszczajcie go z oczu, bo wykipienie skończy się długotrwałą zasłoną dymną w kuchni (sama tego doświadczyłam). Do lekko bulgoczącego syropu wsypcie ostrożnie morele. Zamieszajcie i pogotujcie trzy minuty. Jeśli konfitura się spieni, zdejmijcie pianę. Wyjmijcie łyżką cedzakową morele. Pogotujcie syrop 10 minut. Niech się nieco zredukuje. Ponownie wrzućcie morele. Zagotujcie i zdejmijcie z ognia. Pożegnajcie się z morelami do następnego dnia.
Nazajutrz pogotujcie konfiturę trzy minuty i znów zostawcie w spokoju.
Ostatniego dnia gotowanie powtarzamy po raz trzeci, dodając rozmaryn lub inny aromatyczny dodatek.
Kiedy kropla konfitur wylana na talerz nie rozlewa się, to znaczy, że dobrnęliśmy do momentu pakowania moreli do słoików.
Wygotowane słoiki napełniamy konfiturą, zakręcamy i pasteryzujemy w garnku z wodą lub w gorącym piekarniku 10 minut.
Jeśli macie silną wolę, to ocalicie słoiki do zimowych śniadań. Najlepiej wywieźć je do kogoś uczulonego na morele, bo w przeciwnym wypadku ich los jest przesądzony.



I śpieszcie się. Sezon morelowy powoli dobiega końca. Następne będą w lipcu. Przyszłego roku.







Smacznego