Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwone wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwone wino. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2016

Deszcz w Cisnej i spaghetti bolognese


























Jak Cisna to w deszczu. Innej opcji nie było.
Szkoda, że rzadko udaje mi się zamówić konkretną pogodę i ją dostać.
Cisna kojarzyła mi się z deszczem i deszcz był. W pakiecie dostałyśmy też deszcz w Polańczyku, Rajskich, Ustrzykach Górnych, Czarnej, Baligrodzie....wszędzie.
Plany przejażdżki kolejką porzuciłyśmy, kiedy z wagoników (bez okien) wysypało się stado mokrych Wodniczków Szuwarków.
Góry wyglądały jak....nie wiem jak, bo tonęły w chmurach. Resztę widoków zasłaniały parasole. Jak myślicie jakie plany mieli turyści na ten deszczowy dzień?
Bingo! Postanowili wyruszyć do Cisnej. Bo przecież jak deszcz, to koniecznie w Cisnej. Oni też znali tę piosenkę.
Na szczęście były ciupagi, kierpce, kartki i kilimy z JPII.
Przepychając się chodnikami i czekając na wolny stolik w kawiarni miałam wrażenie, że wszyscy umówili się właśnie tutaj.
Wystarczyło jednak tylko wyjechać za ostatni dom a okazało się, że góry świecą pustkami.
Całe były nasze, z wszystkimi zakrętami, dolinkami i lasami. Brakowało co prawda niedźwiedzia, wilków i rysia ale zaliczyłam ten fakt do pozytywów.
Moja towarzyszka podróży była innego zdania.

Na jednym z zakrętów zobaczyłyśmy napis „zwierzyniec z pipy”. I ruszyła wyobraźnia.
Niestety, rozwiązanie zagadki musiało poczekać, bo w tej okolicy wujek google miał wolne.
Wyjaśnienie było mniej ekscytujące niż nasze domysły. Zwierzyniec z pipy to lane z kurka piwo ze Zwierzyńca.
A tak ciekawie się zapowiadało.
Zanim jednak rozwiązałyśmy tę zagadkę, wpadłyśmy do Polańczyka coś zjeść.

Szansa dla nie mięsożerców na znalezienie menu bogatszego niż pierogi z serem lub placki ziemniaczane jest niewielka. Dla niektórych restauratorów pierogi ruskie są daniem wegetariańskim. Przecież nie ma w nich mięsa.
Ano nie ma. Tylko jak nazwać to, czym są polane. Czy to aby nie skwarki?
Kurczak też bywa zaliczany do dań jarskich...Swoją drogą jakoś tak swojsko mi się na duszy zrobiło, bo dawno tego określenia nie słyszałam. „Jarskie” kojarzy mi się z barem mlecznym obok Akademii Muzycznej i zajęciami z wojska na drugim roku.
Ale to było w zeszłym stuleciu.
Tak więc, dania jarskie są ale nie są absolutnie daniami wegetariańskimi.
Trochę Bieszczady muszą nad jadłospisami popracować.
Jest jednak jedna rzecz, którą Bieszczady wyprzedzają innych. To lody tajskie.
Intrygujące. Prawda?
Boks tajski znam. Masaże tajskie też. Kuchnia tajska nie jest mi obca.
Za to lody tajskie to coś nowego. Na mojej wsi jedyne lody, to te, które ukręcę sama.
Niezastąpiony wujek google służył tym razem wiadrem informacji.
Aby je zrobić potrzebujemy lodowej blachy. Wygląda to jak duża patelnia do naleśników z tą różnicą, że nie jest gorąca, a lodowata. To taka maszynka do lodów, ale płaska.
Lody tajskie to kombinacja składników; są tam owoce, orzechy, różne smaki i kolory.
Fachowcem nie jestem, więc nie ośmielę się wchodzić w szczegóły. W każdym razie, aby je zrobić potrzebujemy kilkudziesięciu składników, mrożącej patelni i dwóch szpachli (wyglądają jak murarskie).
Sądząc po popularności, za jakieś dwa tygodnia znajdziemy je w każdym mieście.

My szukałyśmy czegoś do jedzenia i padło na pizzerię. I znalazłyśmy. I możemy z ręką na sercu polecić. Miejsce nazywa się Stanica i znajdziecie je w Polańczyku na ulicy Zdrojowej 34.
Pizza pycha a porcje słuszne. Zamówiłyśmy dwie i jedną jadłyśmy jeszcze następnego dnia na lunch. Też była bardzo dobra. I dobrą muzykę grali. Nareszcie jakieś wytchnienie po łomoczącym zewsząd disco polo.

Pożegnałyśmy Bieszczady z uczuciem niedosytu (wiadomo: nie było wilków) i z uczuciem, że chyba warto tu wrócić w innej porze roku. Może jesienią? Wszystkie przewodniki i pocztówki bieszczadzkie pokazują je właśnie wtedy.
Zobaczymy. Do następnego urlopu daleka droga.

Pizzy wam dziś nie zaproponuję a tym bardziej tajskich lodów ale makaron i owszem. Tradycyjny, prosty, nie jarski. A na dodatek włoski.
Wakacje nie byłyby zaliczone w pełni, gdyby choć malutki element włoski się w nich nie plątał. Padło na spaghetti bolognese.














Spaghetti bolognese

makaron spaghetti

sos:

2 łyżeczki oliwy
kilka plastrów boczku, drobno pokrojonych
pół kilograma mielonej wołowiny
1 marchewka, starta na tarce z grubymi oczkami
1 cebula, pokrojona w kostkę
1 łodyga selera naciowego, pokrojona drobno
1 puszka pomidorów
1 łyżka przecieru pomidorowego
kieliszek czerwonego wina
pół szklanki mleka
1 łyżka masła
1 szklanka bulionu
1 łyżeczka suszonego oregano
natka pietruszki
garść bazylii
parmezan
sól. Pieprz

Rozgrzewamy patelnię z olejem. Smażymy boczek z cebulą, marchewką i selerem. Gdy cebula się zeszkli dodajemy mięso, posypujemy oregano i obsmażamy do lekkiego zbrązowienia. Wlewamy mleko i masło i gotujemy aż odparuje połowa płynu. Teraz wlewamy bulion, wino, pomidory i przecier pomidorowy. Solimy do smaku i gotujemy na małym ogniu około pół godziny. Mięso powinno być miękkie a sos odparowany. Sypiemy łyżkę pietruszki i dodajemy do smaku sól i pieprz.

Gotujemy makaron jak lubimy (choć al dente to ideał). Odcedzamy makaron, zostawiając kilka łyżek wody z gotowania (a nuż okaże się, że sos trzeba nieco rozrzedzić).
Nakładamy na talerze porcje makaronu a na nie sos bolognese. Posypujemy tartym na świeżo parmezanem, dekorujemy np. bazylią i podajemy szybciutko, by gościom ślina nie ciekła na koszule.




Smacznego

P.S.
Dla tych co ciekawi cudzego urlopu mam zdjęcia:






















poniedziałek, 10 listopada 2014

Moja zemsta czyli gulasz z dzika

























Jaka ironia!
Mieszkając pod lasem i obserwując rosnące w siłę zastępy dzikich przekopywaczy naszego majątku, ani razu nie wpadło mi do głowy, że to przecież pyszny kawał mięsa podchodzi pod nasze okna.
Nawet wizyty „prawdziwych mężczyzn” z „prawdziwą bronią palną” nie skojarzyły mi się z jedzeniem.
Może dlatego, że mimo wszystko, trochę traktowałam dziki jak część składową całości. Tak samo jak sosny, dzikie róże, dzięcioły czy nornice. Do głowy by mi nie wpadło zjeść dzięcioła. Czemu dziki miałby być gorsze.
Dopiero powrót do miasta spowodował, że dziczyzna znalazła się z kręgu moich zainteresowań.
Najprawdopodobniej dlatego, że mięso na tacce w żaden sposób nie przypomina chrumkającego świniaka.
Hipokryzja? Na szczęście niegroźna. Potraktujcie to jako moją małą zemstę za przeryty doszczętnie sad.
Jedna tacka gulaszu z dzika jest marnym pocieszeniem za zmarnowane włości.
Jak widać niskie uczucia nie są mi obce. Nie tylko hipokryzja ale jeszcze żądza zemsty.
Trochę koloryzuję ale myśl o zemście przemknęła mi przez głowę.

Teraz słowo o mięsie. Ani grama tłuszczu, ciemno różowe,w dużych kawałkach.
Rzadko jem mięso a dziczyznę jadłam zaledwie kilka razy w życiu. Tylko raz sama ją przyrządzałam i była to pieczeń z sarny. Dawno temu.
Najczęściej dziczyznę je MMŻ w czasie wakacji w Toskanii. Kiełbasy czy salami z dzika są tam lokalnymi przysmakami. A takiego ragout z dzika jak w Castelfiorentino podobno nie dają nigdzie indziej.
Moje zainteresowania w czasie wakacji dalekie są od mięsa i muszę wierzyć MMŻ na słowo.

Zrobienie pysznego gulaszu nie było trudne choć nieco czasochłonne. Zamarynowanie mięsa jest najlepszym sposobem by nieco skruszało i nabrało dodatkowych aromatów.
Potem zostaje już tylko milczenie...rozanielone.





















Gulasz z dzika
600 g mięsa z dzika

marynata:
2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
1 szklanka wody
10 ziaren jałowca
2 ząbki czosnku, zgniecione
5 ziaren ziela angielskiego
2 liście laurowe
1 łyżka cukru
2 gałązki tymianku lub 2 łyżeczki suszonego
1 gałązka rozmarynu lub 1 łyżeczka suszonego
1 łyżeczka ziaren pieprzu

oraz
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 papryczka chilli
1 łyżka miodu
5 suszonych śliwek
5 suszonych grzybów
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka ziaren kolendry
3 łyżeczki przecieru pomidorowego
1 łyżka mąki

Wszystkie składniki marynaty łączymy w garnku i zagotowujemy. Studzimy i wkładamy do marynaty pokrojone w kostkę* mięso.
Najważniejsze aby mięso włożyć do wystudzonej marynaty (tak by było całe przykryte) i marynować 24 godziny. Moje stało w lodówce 2 dni i nie był to czas zmarnowany.
Po wyjęciu z marynaty osuszamy mięso (np. papierowymi ręcznikami) i wstrzemięźliwie oprószamy mąką. Przygotowujemy garnek żaroodporny z przykrywką.
Na patelni rozgrzewamy oliwę z masłem i smażymy mięso kilka minut.**
Przekładamy mięso do naczynia, w którym będzie się piekło. Na tłuszczu po mięsie smażymy krótko pokrojoną cebulę a potem czosnek. Wlewamy na patelnię przecedzoną marynatę. Dodajemy śliwki, grzyby, miód, kolendrę, sól i przecier pomidorowy. Mieszamy, zagotowujemy i zalewamy mięso.
Naczynie szczelnie przykrywamy i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni.
Pieczemy mięso około 2 godzin. Sprawdzamy po 1,5 godzinie czy nie wyparował cały sos. Jeżeli tak się stało, dolewamy pół szklanki wody i pieczemy do miękkości.
Jeżeli sosu jest za dużo, zdejmujemy przykrywkę lub folię i ostatnie pół godziny pieczemy bez przykrycia.
Mięso powinno rozpadać się w ustach a sos być zawiesisty.



*wielkość zależy od naszych upodobań. Jeżeli jako dodatek do mięsa mamy w planach kluseczki to zachęcam do krojenia większych kawałków. Jeżeli marzy nam się ragu alla cacciatora, to trzeba pokroić mięso na mniejsze kawałki a jako dodatku użyć makaronu. Wszystko jest kwestią gustu.
** Po tym etapie całą kuchnię musiałam solidnie umyć. Tłuszcz pryskał na wszystkie strony i nawet ja wymagałam środków odtłuszczających. Tak się dzieje gdy mamy gorący tłuszcz, i moczone w zalewie mięso.

Ilość wrażeń smakowych, jakich doznajemy wkładając pierwszy kęs do buzi, jest szokująca.
Czasem dobrze jest zejść z utartego szlaku i zapuścić się w knieje. Nawet czysto symbolicznie.
Dzika na co dzień nie jemy ale raz na ćwierć wieku...czemu nie?
Następnym razem kupię jelenia.


























Smacznego i odwagi:))

niedziela, 16 lutego 2014

Morskie opowieści i ośmiorniczki na czerwono





















- Co pani z „tego” zrobi?
„To” było 800 gramowym woreczkiem małych ośmiorniczek. Cieszyłam się jak dziecko, bo rzadko udaje mi się je kupić.
Otwarłam buzię, żeby odpowiedzieć pani wybierającej obok kostki mintaja i zobaczyłam wyraźny niesmak i niedowierzanie na jej twarzy: jak ktoś może dobrowolnie jeść „to”?
Jej pytanie było czysto retoryczne. Ona nie chciała usłyszeć odpowiedzi. Ona wiedziała, że „to” jest świństwem, którego przyzwoici ludzie nie biorą do ust. Zresztą, nie czekała na moją odpowiedź. Zamanifestowała po prostu swoje zdanie.
Pomaszerowałam z woreczkiem do kasy a tam kolejna zdziwiona. Tym razem sympatycznie.
-A co pani z „tym” zrobi?
Oczekiwanie na jej twarzy zachęciło mnie do zwierzeń. Ja się rozpędzałam w opowiadaniu a pani kasjerka z uprzejmym uśmiechem słuchała. Potem stwierdziła, że jakoś chyba nie miałaby odwagi. Teraz ja się zdziwiłam. Jakiej odwagi? Co ma wspólnego z przyrządzaniem owoców morza odwaga. I przypomniała mi się historia naszego znajomego.
Swego czasu żeglowaliśmy po Morzu Śródziemnym. Któregoś ranka kupiliśmy na targu rybnym wiadro tego, co złowili w nocy rybacy. Było nas dziesięć sztuk, więc jedzenia musiało być dużo. W tym wiadrze był tak zwany żywiec, czyli wszystkiego po trochu. I krewetki i małe rybki i jakieś krabiki.
Podniecenie załogi było nieopisane. Z olbrzymią ilością pietruszki, czosnku i oliwy nasz kucharz wyczarował nam ucztę bogów. Do tego buła, słońce i dookoła woda. Skupiliśmy się wokół michy wielkości wanny i pilnowali sąsiada, żeby za dużo nie zjadł. Liczyliśmy każdą krewetkę, żeby było sprawiedliwie. I nie zauważyliśmy, że jest nas o jednego żarłoka mniej niż zazwyczaj. Jeden z nas zamiast skupić się na pilnowaniu swojego przydziału, siedział na dziobie, ostentacyjnie odwrócony plecami.
Dlaczego?
Nikt się co prawda nie zmartwił, bo to zawsze jedna gęba mniej do morskich wspaniałości, ale zerkaliśmy w jego stronę z lekkim niepokojem. A nuż jakiś kryzys go dopadł i rzuci się w błękitne odmęty. Na dodatek kolega nasz zzieleniał lekko i toczył wokół nieco błędnym okiem. Po skonsumowaniu gara, wylizaniu resztek i palców postanowiliśmy zaspokoić ciekawość.
Odpowiedz była prosta: jak wy „to” możecie jeść?!
Płakaliśmy z radości. Co ktoś, nie lubiący owoców morza, robi na środku Morza Śródziemnego?
No cóż. Zostawiliśmy mu cały zapas pasztetu podlaskiego. Przecież nie jesteśmy bez serca.























pyszne ośmiorniczki na czerwono:

800 g ośmiorniczek
2 szalotki
3 ząbki czosnku
1 liść laurowy
1 łyżeczka ziaren kolendry
skórka z jednej cytryny
1 szklanka puree z pomidorów
100 ml wytrawnego czerwonego wina
pęczek pietruszki, posiekany

Smażymy cebulę i czosnek. Dorzucamy liść, kolendrę i ośmiorniczki. Wlewamy wino, pomidory i bulion, dodajemy skórkę z cytryny oraz połowę pęczka pietruszki. Przykrywamy garnek i na małym ogniu gotujemy ośmiorniczki około 1,5 godziny. Im mniejsze są ośmiorniczki tym krócej się gotują. Najlepszą metodą jest próbowanie. Ośmiorniczki powinny być miękkie jak masło.
Kiedy osiągną ten stan, zdejmujemy pokrywkę i odparowujemy sos. Powinien być gęsty.
Wykładamy danie na talerz, posypujemy pietruszką.


























Żadnego strachu, niepewności czy rozczarowania nie przewiduję. Sama radość i sama przyjemność na talerzu.



Smacznego

poniedziałek, 1 lipca 2013

UFO nad Wyspami i boeuf bourguignon



W latach 70 tych ubiegłego stulecia (zawsze chciałam to napisać) nad Wielką Brytanią miał miejsce tajemniczy wypadek. Coś rozpylono w powietrzu lub dodano do wody. Obcy zasiali swoje malutkie ziarenka, albo Bóg obdarzył Wyspy uśmiechem.
Cokolwiek to było, miało dla świata nieodwracalne skutki. Dlaczego przede wszystkim to miejsce doświadczyło tego cudu? Aż dziw, że nie zainteresowali tym fachowcy od wyjaśniania niewyjaśnionego, fachowcy z archiwum X.
Zaraz, zaraz, to były czasy zimnej wojny i różnych psycho eksperymentów. Może to skutki uboczne jakiejś tajnej, łamanej przez poufne akcji sił zbrojnych? Człowiek się naczytał różnych political i science fiction, to i wyjaśnień szuka nieprawdopodobnych.
O co mi chodzi w tym bełkocie? O muzykę. Lata 70 były wybuchem dobrej muzyki. Nagle po wykluwaniu się lat 60 tych, kolejne dziesięciolecie oszalało jak wstrząśnięty szampan. Czego tam nie było: Zeppy, Purple, Crimzony, Yesy, Floydy…..
Ktoś powie, że część tych kapel ma swoje źródło w okresie wcześniejszym. I owszem. Ale to w latach siedemdziesiątych zapisują się neonowymi literami.
Potem nadeszły lata 80-te a z nimi masa powodów do muzycznego wstydu. Jeden Marillion nie załatwia sprawy.
Wspominam o tym z dwóch powodów. Po pierwsze „dinozaury” po latach tajemniczej hibernacji znów podniosły łby i pokazały, że plotki o ich odejściu okazały się przedwczesne. Nie myślę tu o Stonsach, bo oni są wieczni. Mam na myśli Roberta Planta i jego Band of Joy czy Purpli z płytą Now What?  A nowego Ozzka słyszeliście?

Drugi powód dotyka działki nas interesującej. To blog o jedzeniu, więc uwaga dotyczy stołu.
Pójdźcie do księgarni (internetowa wystarczy) i odwiedźcie półki z kulinariami. I zastanówcie się ile z nich dotyczy brytyjskich propozycji kulinarnych.  Jakieś wątpliwości? Służę przykładem: Jamie Oliver, Gordon Ramsay, Nigella Lawson, Nigel Slater, Hugh Fearnley-Whittingstall.
Pierwsze dziesięciolecie nowego wieku wybuchło obfitością kulinarną. I znów na Wyspach. Czy nie widać podobieństw?
Dlaczego znowu tam? Czy nie mogłoby się coś rozjarzyć oślepiającym  blaskiem u nas?
Czemu wszystko już ktoś wymyślił wcześniej? My mamy Magdy, Marty, Pascali i Robertów. Ale oni są tylko odbiciem tego, co już było.
No, dobra. My wymyśliliśmy bigos.

Dziś nie o bigosie będzie mowa, choć jest on wart całego kałamarza atramentu*.
Dziś będzie o stricte mięsnym daniu. O daniu, które każdy, kto posiada kuchnię, powinien raz w życiu zrobić. Wegetarianie są zwolnieni z tego obowiązku.
Dziś będzie o boeuf borginone. Julia Child, boeuf borgingone i wszystko jasne.




Przygotujcie sobie składniki, włączcie 13 Black Sabbath i ugotujcie wołowinę w najlepszej swojej postaci.

Boeuf bourguignon

1 kg wołowiny na pieczeń, pokrojonej w kostkę
2 łyżki mąki do obtoczenia mięsa
2 plastry boczku, pokrojone w kostkę
2 łyżki oleju
1 duża cebula, pokrojona w piórka
1 marchewka, pokrojona w plastry
2 ząbki czosnku, rozgniecione
1 łyżka przecieru pomidorowego
2 listki laurowe
1 gałązka tymianku
2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
2 szklanki bulionu
1 łyżeczka soli
pół łyżeczki pieprzu
kilka pieczarek, pokrojonych w plastry
1 łyżeczka masła
2 łyżki marynowanych, małych cebulek (bez problemu kupicie w sklepie)**
garść natki pietruszki

Rozgrzewamy w rondlu olej i smażymy na nim boczek. Kiedy nieco się wytopi, dodajemy wołowinę pokrojoną w kostkę i obtoczoną w mące. Smażymy, lekko brązowiąc mięso. Dobrze jest smażyć wołowinę partiami, żeby mięso się usmażyło a nie udusiło. Małe ilości mięsa na patelni nie spowodują drastycznego obniżenia temperatury.
Teraz trzeba wyjąć mięso i boczek na osobny talerz a na pozostałym w rondlu tłuszczu podsmażyć warzywa.
Do żaroodpornego naczynia (idealnie nadaje się do tego romertopf) wkładamy mięso i warzywa, dodajemy sól i pieprz, pokruszone liście laurowe, czosnek, tymianek. Zalewamy wszystko winem i bulionem. Dorzucamy łyżkę przecieru pomidorowego. Płyn powinien ledwo przykryć mięso.
Przykrywamy garnek i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 140 stopni na 3-4 godziny.
Widelec wbity po tym czasie w mięso, powinien wchodzić jak w masło. Jeśli tak nie jest, przykrywamy mięso i pieczemy jeszcze pół godzinki.
Przed podaniem gulaszu (bo to jednak rodzaj gulaszu), smażymy na maśle pieczarki i dorzucamy je do mięsa razem z cebulkami i natką.
Mieszamy wszystko razem i podajemy z bagietką lub ziemniakami puree. Można też zapiec mięso w pojedynczych ramekinach pod kołderką z ciasta francuskiego.
Jak to uczynić?

Schłodzić mięso. W moim przypadku gotowe danie, schłodzone i podzielone na mniejsze porcje wylądowały w zamrażarce.
Rozgrzać piekarnik do 180 stopni.
Zimne mięso włożyć mniejszych naczyń żaroodpornych. Skroić kawałek ciasta francuskiego na miarę naczynia i przykryć nim mięso. Ciasto będzie pełniło funkcję przykrywki. Posmarować ciasto rozbełtanym jajkiem i włożyć naczynia do piekarnika na 10 -15 minut.

Po tym czasie wszystko powinno być gorące i upieczone. Podane w ten sposób na stół jest bardzo efektowne.



Tym oto sposobem plan mięsny na ten rok został wykonany. Można wrócić do trawy i ziaren.
Życzę wam mocnych wrażeń i jak zwykle, smacznego


*Atrament to takie czarne w płynie, którego nie da się zmyć z palców. Kiedyś posługiwały się nim dzieci w szkole, ucząc się pisać.
Kałamarz to szklany pojemnik na to czarne w płynie.

** w oryginalnym przepisie cebulki są lekko karmelizowane. Mnie brakowało mocnego akcentu i marynowane cebulki spełniły swoją powinność

sobota, 16 lutego 2013

Kalmary po baskijsku jako sposób na chandrę



Jaka ponurość dzisiaj za oknem. Jemy śniadanie i ktoś pyta: nie wydaje wam się, że jest coraz ciemniej? A to dopiero poranek.
Czy gdzieś dzisiaj w naszym uroczym kraju zaświeciło słońce? Może ktoś podzieli się swoim szczęściem i chociaż opisze to rzadkie zjawisko.
W moim wazonie doszliśmy do ostatniego etapu rozwoju. Gałązka, którą przytargałam do domu  1 lutego, po kilkudniowej hibernacji, nieśmiało pozwoliła pęknąć pączkom. A w środku czekało delikatne zielone coś. Biorąc pod uwagę przygnębiającą aurę, brak światła, zmęczenie zimą, pojawienie się nawet takich maleństw nastraja optymistycznie. Teraz już wiem, jak zaprezentuje się tajemnicze drzewko, które mnie tak zaciekawiło. Na razie podzielę się z wami zdjęciem maleństwa, a wiosną pokażę drzewko w całej okazałości.




Jeśli tak jak ja narzekacie na niedobór słońca i kolorów, kupcie w kwiaciarni czy supermarkecie doniczkę z pączkującym krokusem czy hiacyntem. Nawet sobie  nie zdajecie sprawy jak budująco działa obcowanie z czymś co rośnie a nie jest ciastem drożdżowym (choć to też piękny widok). A nagrodą za cierpliwość jest odkrycie pewnego ranka, że to coś wam zakwitło.
Jeżeli do tego zaplanujecie sobie potrawę w energetycznym kolorze i smaku, to może jakoś uda się dotrwać do wiosny, nie korzystając z pomocy fachowca. Pomogą wam w tym kalmary po baskijsku.



Kalmary po baskijsku

500 g kalmarów
3 łyżki oliwy
1 cebula
3 ząbki czosnku
szklanka pomidorów (z puszki)
pół szklanki czerwonego wina
szklanka wody
świeży tymianek
sól wędzona
pieprz
1 łyżka zimnego masła

Rozmrożone kalmary dobrze osączamy i osuszamy papierowym ręcznikiem (to nieco ograniczy ich pryskające na wszystkie strony skłonności). Rozgrzewamy oliwę w rondlu i smażymy kalmary. Kiedy nieco zbrązowieją (po około 5 minutach) dodajemy do nich pokrojoną w kostkę cebulę i czosnek. Gdy zmiękną, wlewamy pomidory, wino i wodę. Dodajemy tymianek. Przykrywamy garnek i na malutkim ogniu gotujemy kalmary około 1,5 godziny. Mieszamy od czasu do czasu i sprawdzamy ich miękkość. W efekcie końcowym powinny być miękkie jak masełko, a sos powinien się znacznie zredukować.
Pod koniec gotowania dodajemy łyżeczkę soli. Jeśli macie sól wędzoną, to danie zyska na smaku. Jeśli nie, zwykła sól morska też się sprawdzi. Jeszcze odrobina pieprzu i jako ostatni akcent, po wyłączeniu ognia, dodajemy łyżkę zimnego masła. Mieszamy do jego rozpuszczenia. Wyjmujemy tymianek i możemy podawać kalmary na stół.


Wydawało mi się, że kalmary w tak nieskomplikowanym towarzystwie nie mogą niczym zaskoczyć. Nie wiem, czy to sól wędzona czy dodanie masła na koniec sprawiły, że danie jest wyśmienite. Koniecznie spróbujcie.



Pogodnej soboty i dużo optymizmu. No i smacznego.