Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2015

Swojskie dolce far niente czyli lemoniada arbuzowa




















Kto nie marzył o wakacjach w Toskanii?
A kto by pomyślał, że to marzenie może się spełnić.
Od tygodnia mamy nad sobą niebo toskańskie. W pierwszych dniach byłam zachwycona. Nareszcie jest tak jak lubię....gorąco.
Dziś w nocy pomyślałam po raz pierwszy, że chyba tęsknię za deszczem.
Toskania tym różni się od nie Toskanii, że zdarza się czasowo i jest symbolem dolce far niente.
Różni się basenem na wyciągnięcie ręki, zimnym prosecco postawionym na brzegu i późnymi kolacjami w jakiejś trattoria.
Gorący piec, codzienne obowiązki, rozgrzane do niemożliwości miasto i spalona słońcem wieś nijak się mają do idyllicznych toskańskich wakacji.
Trawa pod stopami chrzęści nieprzyjemnie i przypomina krajobraz po katastrofie klimatycznej.
Zaczynam wprowadzać w życie zasady toskańskie. Wraz z pojawieniem się słońca zamykam okna, zaciągam zasłony i przechodzę na oszczędny tryb poruszania się.
Na wsi rano sprawdzam poidełka dla ptaków i stan wilgoci w moich dyniach. W mieście opracowuję plan jak najkrótszego przebywania na otwartej przestrzeni i umawiam się na krótkie randki z zimnym prysznicem.
Podejrzewam, że w weekend najpopularniejszym miejscem w mieście były hipermarkety i ich boska klimatyzacja.
Niedzielę spędzamy na leżąco starając się jak najmniej poruszać. Na podłodze leżą rozłożone jak dywaniki nasze koty. Wychodzą tylko w nocy.
Nikt nie marudzi, że jest głodny i kiedy będzie obiad.
Lód, mrożona kawa, dużo zimnej wody mineralnej i lemoniada to podstawa naszej diety.
Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę tęsknić na chłodem, to bym go wyśmiała.
Przede mną tydzień w mieście, więc toskańskie wakacje nad basenem będą mi się wydawać raczej fatamorganą niż rzeczywistością.
Ale pomarzyć można, zwłaszcza z tak modną w tym sezonie zimną lemoniadą arbuzową.






















Lemoniada arbuzowa

pół dojrzałego (czyli bardzo czerwonego arbuza)
sok z jednej cytryny
sok z jednej limonki
garść malin
4 łyżki cukru rozpuszczone w 1 szklance wody
liście mięty lub melisy (jeśli ktoś lubi)
woda mineralna (gazowana lub nie)*

Arbuz obieramy ze skórki i czyścimy z grubsza z pestek. Kroimy na kawałki i wrzucamy do blendera. Dolewamy sok z cytryny i limonki. Wrzucamy maliny. Dodajemy syrop cukrowy.
Miksujemy. Przelewamy przez sito. Dolewamy tyle wody by nam smakowało.
Wkładamy do lodówki i dobrze schładzamy.
Podajemy z kostkami lodu i liściem np. melisy.

P.S.
Możemy użyć gazowanej wody mineralnej smakowej np. malinowej lub cytrynowej. Wtedy nie słodzimy lemoniady syropem cukrowym, ponieważ woda jest lekko słodka.

Każda lemoniada jest lekiem prawie doskonałym na toskańskie upały. Choć myślę, że schłodzone prosecco jest niezastąpione...przy basenie, oczywiście.






Smacznego

poniedziałek, 10 listopada 2014

Moja zemsta czyli gulasz z dzika

























Jaka ironia!
Mieszkając pod lasem i obserwując rosnące w siłę zastępy dzikich przekopywaczy naszego majątku, ani razu nie wpadło mi do głowy, że to przecież pyszny kawał mięsa podchodzi pod nasze okna.
Nawet wizyty „prawdziwych mężczyzn” z „prawdziwą bronią palną” nie skojarzyły mi się z jedzeniem.
Może dlatego, że mimo wszystko, trochę traktowałam dziki jak część składową całości. Tak samo jak sosny, dzikie róże, dzięcioły czy nornice. Do głowy by mi nie wpadło zjeść dzięcioła. Czemu dziki miałby być gorsze.
Dopiero powrót do miasta spowodował, że dziczyzna znalazła się z kręgu moich zainteresowań.
Najprawdopodobniej dlatego, że mięso na tacce w żaden sposób nie przypomina chrumkającego świniaka.
Hipokryzja? Na szczęście niegroźna. Potraktujcie to jako moją małą zemstę za przeryty doszczętnie sad.
Jedna tacka gulaszu z dzika jest marnym pocieszeniem za zmarnowane włości.
Jak widać niskie uczucia nie są mi obce. Nie tylko hipokryzja ale jeszcze żądza zemsty.
Trochę koloryzuję ale myśl o zemście przemknęła mi przez głowę.

Teraz słowo o mięsie. Ani grama tłuszczu, ciemno różowe,w dużych kawałkach.
Rzadko jem mięso a dziczyznę jadłam zaledwie kilka razy w życiu. Tylko raz sama ją przyrządzałam i była to pieczeń z sarny. Dawno temu.
Najczęściej dziczyznę je MMŻ w czasie wakacji w Toskanii. Kiełbasy czy salami z dzika są tam lokalnymi przysmakami. A takiego ragout z dzika jak w Castelfiorentino podobno nie dają nigdzie indziej.
Moje zainteresowania w czasie wakacji dalekie są od mięsa i muszę wierzyć MMŻ na słowo.

Zrobienie pysznego gulaszu nie było trudne choć nieco czasochłonne. Zamarynowanie mięsa jest najlepszym sposobem by nieco skruszało i nabrało dodatkowych aromatów.
Potem zostaje już tylko milczenie...rozanielone.





















Gulasz z dzika
600 g mięsa z dzika

marynata:
2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
1 szklanka wody
10 ziaren jałowca
2 ząbki czosnku, zgniecione
5 ziaren ziela angielskiego
2 liście laurowe
1 łyżka cukru
2 gałązki tymianku lub 2 łyżeczki suszonego
1 gałązka rozmarynu lub 1 łyżeczka suszonego
1 łyżeczka ziaren pieprzu

oraz
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 łyżki oliwy
1 łyżka masła
1 papryczka chilli
1 łyżka miodu
5 suszonych śliwek
5 suszonych grzybów
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka ziaren kolendry
3 łyżeczki przecieru pomidorowego
1 łyżka mąki

Wszystkie składniki marynaty łączymy w garnku i zagotowujemy. Studzimy i wkładamy do marynaty pokrojone w kostkę* mięso.
Najważniejsze aby mięso włożyć do wystudzonej marynaty (tak by było całe przykryte) i marynować 24 godziny. Moje stało w lodówce 2 dni i nie był to czas zmarnowany.
Po wyjęciu z marynaty osuszamy mięso (np. papierowymi ręcznikami) i wstrzemięźliwie oprószamy mąką. Przygotowujemy garnek żaroodporny z przykrywką.
Na patelni rozgrzewamy oliwę z masłem i smażymy mięso kilka minut.**
Przekładamy mięso do naczynia, w którym będzie się piekło. Na tłuszczu po mięsie smażymy krótko pokrojoną cebulę a potem czosnek. Wlewamy na patelnię przecedzoną marynatę. Dodajemy śliwki, grzyby, miód, kolendrę, sól i przecier pomidorowy. Mieszamy, zagotowujemy i zalewamy mięso.
Naczynie szczelnie przykrywamy i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 stopni.
Pieczemy mięso około 2 godzin. Sprawdzamy po 1,5 godzinie czy nie wyparował cały sos. Jeżeli tak się stało, dolewamy pół szklanki wody i pieczemy do miękkości.
Jeżeli sosu jest za dużo, zdejmujemy przykrywkę lub folię i ostatnie pół godziny pieczemy bez przykrycia.
Mięso powinno rozpadać się w ustach a sos być zawiesisty.



*wielkość zależy od naszych upodobań. Jeżeli jako dodatek do mięsa mamy w planach kluseczki to zachęcam do krojenia większych kawałków. Jeżeli marzy nam się ragu alla cacciatora, to trzeba pokroić mięso na mniejsze kawałki a jako dodatku użyć makaronu. Wszystko jest kwestią gustu.
** Po tym etapie całą kuchnię musiałam solidnie umyć. Tłuszcz pryskał na wszystkie strony i nawet ja wymagałam środków odtłuszczających. Tak się dzieje gdy mamy gorący tłuszcz, i moczone w zalewie mięso.

Ilość wrażeń smakowych, jakich doznajemy wkładając pierwszy kęs do buzi, jest szokująca.
Czasem dobrze jest zejść z utartego szlaku i zapuścić się w knieje. Nawet czysto symbolicznie.
Dzika na co dzień nie jemy ale raz na ćwierć wieku...czemu nie?
Następnym razem kupię jelenia.


























Smacznego i odwagi:))

wtorek, 26 sierpnia 2014

Szary ortalion i słoneczna nalewka cytrynowa























Mój bunt przeciwko naturze jest pozbawiony wszelkiego sensu. W żaden sposób nie wpłynę na pogodę, nawet gdybym bardzo chciała. Gdybym się obróciła tyłem do okna, to i tak szarość w pokoju szturchała by mnie w ramię.
W domu senna atmosfera. Wszystkie futra zakopane w koszach, kocach a niektórzy przytuleni do komina na strychu. Sama najchętniej zakopałabym się pod kołdrą.
Tylko moja Mama, dzielna kobieta, uzbrojona w kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy z kolekcji włoskiej „lato 1959” błądzi między drzewami z koszykiem. Płaszcz przeciwdeszczowy, który wydobyłyśmy z przedpotopowej walizy był jakiś czas temu ostatnim krzykiem mody. Jakiś czas temu...czyli w latach pięćdziesiątych. Pamiętam mojego dumnego Tatę na zdjęciach z Rucianego. „Robił” w tym płaszczu za gwiazdę.
Niezniszczalny ortalion. Fotografie pamiątki. Porządki w szafie.
Szara pogoda jest idealna na grzyby, wspomnienia, porządki.
Mamie zakręciła się łza w oku, bo to przede wszystkim jej wspomnienia. Ja, nieśmiertelny ortalion znam tylko ze zdjęć.
Mama nie miała żadnych wątpliwości, żeby się w niego ubrać. Czy szukała w nim wspomnień? Czy może zapachu tamtego deszczowego, mazurskiego lata? Myślę, że znalezienie tego płaszcza było jak podróż w czasie.
Widzę ją z okna jak schyla się po maślaki i od czasu do czasu poprawia ortalionowy kołnierz. I widzę, że nie przeszkadzają jej wpadające za kołnierz krople. Poszła na grzyby, a tak naprawdę poszła pobyć sam na sam ze swoimi wspomnieniami. A wszystko przez jeden stary ortalion.

Ja dzisiaj powspominam czasy zupełnie nieodległe. Wakacyjne, włoskie i aromatyczne.
Pokazałam wam nalewkę laurową, którą nastawiłam w Toskanii. Oprócz niej, wykorzystałam również miejscowe cytryny. I zrobiłam cytrynową nalewkę.
Obie butelki stoją na parapecie i już niedługo nastąpi drugi akt tworzenia. Dzisiaj musicie tylko kupić cytryny, porządnie je umyć i sparzyć wrzątkiem.



Nalewka cytrynowa

1 kg cytrynowego
pół litra spirytusu

oraz 2 miesiące później

300 g cukru
pół litra wody

Cytryny bardzo dokładnie myjemy, szorujemy szczotką, aby pozbyć się środków konserwujących. Potem parzymy cytryny wrzątkiem i wyjmujemy. Obieraczką do warzyw ścinamy z nich skórkę. Tylko część żółtą. Biała jest gorzka.
Wsypujemy skórki do wyparzonego wrzątkiem słoika i zalewamy spirytusem.
Odstawiamy na dwa miesiące, nie zapominając o codziennym potrząsaniu butelką.
Po dwóch miesiącach zagotowujemy cukier z wodą i studzimy. Przecedzamy skórki łączymy nalew cytrynowy z syropem cukrowym. Zakręcamy słoik i odstawiamy w ciemne miejsce na minimum 2 miesiące.
Potem powinniśmy znaleźć w butelce pierwszorzędne limoncello hand made.
Czy tak będzie?
Powiem wam pod koniec listopada. Ale co wam szkodzi spróbować?
W walce z szarością za oknem na pewno pomoże.
















































Smacznego

czwartek, 24 lipca 2014

Burze, odpowiedzialność i toskańska nalewka laurowa

























Leje jak z wiadra. W powietrzu wyczuwam lekką irytację. Co to za wakacje? Dlaczego leje? Jak ja się pokażę koleżankom nie opalona?
Zawoalowane pretensje skierowane są do mnie.
Czy ja odpowiadam za pogodę?
Poniekąd tak, bo to w mojej głowie powstała myśl o wakacjach w Toskanii. Na mnie spoczywa ciężar odpowiedzialności za pogodę, a raczej jej brak. To mnie obarcza chłodna woda w basenie i marudzące dzieci. To ja muszę wziąć na swoje sumienie rozczarowane spojrzenia w bure, chmurne niebo.
Mnie te drobiazgi w postaci burz i deszczu nie przeszkadzają. Nie mam też presji zdobycia soczystej opalenizny. Basen w deszczu może być równie ekscytujący jak ten w pełnym słońcu. Wszystko jest kwestą interpretacji.
Powietrze po burzy jest tak czyste, że robienie zdjęć jest niewyobrażalną przyjemnością.
Kiedy pada można wykorzystać to, co rośnie na pobliskich krzakach. Mała wycieczka do pobliskiego marketu, zakup butelki i mocnego alkoholu i już na półce stoi zalążek nalewki, której nie zrobiłabym w kraju.
Żadne najsłoneczniejsze dni i optymistyczne prognozy nie dadzą mi możliwości robienia nalewki zielonej jak absynt.
Tutaj jej główny składnik rośnie jako basenowe zarośla. To laur czyli wawrzyn. Robiliście kiedyś laurową nalewkę?
Jeśli dostaną się w wasze ręce świeże liście laurowe, to oprócz wykorzystania ich do obłożenia mięsa, zalejcie je spirytusem i obserwujcie jak bieleją z każdym dniem.



Laurowa nalewka toskańska

15 świeżych liści laurowych
pół litra spirytusu

po dwóch miesiącach:
pół litra wody
300 g cukru ( ilość cukru jest uzależniona od waszego gustu)

Świeże liście zalewamy spirytusem i odstawiamy na 2 miesiące. Wstrząsamy butelką od czasu do czasu. Liście z każdym dniem są coraz bledsze a nalewka coraz zieleńsza.
Po dwóch miesiącach przecedzamy nalew laurowy i wyrzucamy liście.
Cukier zagotowujemy z wodą i studzimy.
Przestudzony syrop cukrowy łączymy z nalewem laurowym.
Mieszamy, zamykamy i chowamy w spiżarni. Po trzech miesiącach rozlewamy do kieliszków w celach badawczych.

Nie powiem wam jak smakuje moja nalewka, ponieważ ma dopiero 7 dni. Ta, którą próbowałam miała dwa lata i była....boska.

Moja jest naiwnie zielona i daje nadzieję na atrakcyjny produkt końcowy. I będzie moją pamiątką z burzowej, licowej Toskanii.






Pozdrawiam

sobota, 18 sierpnia 2012

Toskania dzien szósty, przedostatni



Niezbyt dobrze dogaduję się ze sprzętem elektronicznym. Moje rozpaczliwe próby zamieszczenia notki na blogu rzadko są uwieńczone sukcesem. Kursor działa w sobie tylko znany sposób, a polskich literek nie odkryłam do tej pory. Zdjęcia robię aparatem wielkości szufli do śniegu a przeniesienie ich potem na bloga graniczy z cudem. Jak się okazuje chcieć, to nie zawsze znaczy móc.

Dzień piąty poświęcony był wycieczce do Pienzy. Warto ruszyć w okolice Montalcino i Montepulciano po południu. Im słonce niżej na niebie, tym efekty wizualne bardziej spektakularne. Okrzykom: stańcie tutaj bo chcemy zrobić zdjęcie, nie było końca. Jeśli widzicie kalendarze z toskańskimi landszaftami, to na sto procent zrobiono je w tych okolicach.

Czym była Pienza, czym miałą stać się i jak to się skończyło możecie dowiedzieć się z każdego przewodnika. Na pewno jest dowodem na ludzkie przerośnięte ego. I dzięki niemu potoki turystów w nieziemskim upale snują się po wąskich uliczkach. Kupują miód, wędliny z dzika i najwspanialsze pecorino. W Pienzie oglądaliśmy transmisję ze sienneńskiego Palio i był to bieg dramatyczny. Z dziesięciu koni biorących udział, bieg ukończyły cztery. Contrady czyli dzielnice walczyły dzielnie, ale palma pierwszeństwa przypadłą Valdimontone. Zwycięskiego dżokeja tłum rozebrał jeszcze na koniu. Kiedy następnego dnia pojechaliśmy do Sieny, na Piazza di Campo wciąż jeszcze czuło się koński zapach. Wszędzie powiewały czerwono-złote flagi a pochód mieszkańców Valdimontone krążył po mieście w akompaniamencie bębnów. 

Tradycyjnie zjedliśmy lody, poleżeliśmy na różowych kamieniach i powolutku ruszyliśmy spowrotem. Ktoś z nas powiedział, że wyjazd do Toskanii bez odwiedzenia Sieny się nie liczy. I wszyscy się zgodziliśmy.

Błądzenie jest znakiem rozpoznawczym tegorocznego wyjazdu. Ale na szczęście każde zgubienie drogi kończy się jakaś przyjemną niespodzianką. A to znajdziemy nieziemski widok. A to wioseczkę z przecudną fontanną. A najczęściej w obawie przed śmiercią głodową, znajdujemy knajpkę, która karmi jak nalepsza mamma.

Poniżej kilka przetestowanych adresów:

Tre Porte w Castellina in Chianti
Cantina Millenaria w Radda in Chianti
Nuvolari bar w Castellina in Chianti
Il Ponte w Castelnuovo Bernardenga


Pojęcia nie mam jak cały ten wpis wygląda po drugiej stronie. Mam nadzieję, że choć część jest czytelna. Jeśli nie, to poprawki bedą dopiero od poniedziałku. 
Na razie macham na to ręka i wracam do basenu. 

Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!

(edit: już wszystko (chyba) poprawione)



Toskania dzień piąty i szósty



Moja współpraca ze sprzętem elektronicznym jest orką na ugorze.  Mam nadzieję, że chociaż zdjęcia da się zamieścić. Kursor żyje własnym życiem, a spacja dostała drgawek. Krótko mówiąc, masakra jakaś totalna. Relacja z wędrówek musi poczekać.


piątek, 17 sierpnia 2012

Toskania dzień czwarty



Po raz pierwszy nie pomyliliśmy się przy wjeździe do naszego domu. Sukces. Raz wylądowaliśmy w Rada in Chianti, raz w Impruneta. Dzisiaj trafiliśmy bez pudła.

Od rana w całej okolicy dzwięczały dzwony, bo tutaj też jest święto. Plany nam się krystalizują bardzo powoli. Każde z nas ma takie miejsca, które musi odwiedzić. To taka prywatna pielgrzymka do miejsc magicznych. Skoro czasu mamy niewiele, to musimy się jakoś dogadac. Pienza, Siena, San Giminiano. Te trzy nazwy są dla nas kwintesencją toskańskości. Czyli wybór został dokonany.

Sienę sobie zostawiamy na koniec, bo dziś sypią piasek na Campo. Jutro odbywa się tam szaleństwo w postaci palio i tylko naiwny może sądzić, że wyjazd w tym momencie do Sieny to dobry pomysł. Wyścigi konne dookoła głównego rynku zostawiamy innym.

Nas kręte drogi prowadzą dziś do miasta wież, czyli San Giminiano. Tak naprawdę pretekstem są lody, które tutaj są najlepsze na świecie. Cieszymy się, że jest kolejka (a kiedy nie jest?), bo możemy zastanowić się nad wyborem.  A łatwo nie jest, bo przed nami pięćdziesiat pojemników z taką różnorodnością smaków i kolorów, że wybór jest prawie niemożliwy.
Jak zwykle wybieram melonowe. Zamiast ulubionych czekoladowych biorę mango i passiflorę. I odpływam. Jak one smakuja! MMŻ ma pistacjowe, jogurtowe i miętowe. I też twierdzi, że jego są najlepsze. I wszystko to prawda, bo najlepsze są te, które w danej chwili liżesz. Niebo w gębie.


Wracąjac jemy kolację w dawno temu poznanej knajpce w Castellina in Chianti. Ryby nam się zachciało. Toskania oferuje nieziemskie doznania kulinarne, ale im dalej od wody, tym bardziej należy wybierać mięsa i pasty. Panowie rozsądnie sięgneli po wołowine, a w tym rejonie królową jest chianina. Krówka, ktora pasie się tylko na tutejszych pastwiskach.

Nasz wybór okazał się średnio trafiony. Sałatka z owoców morza nas nie zachwyciła.  Za to dorada z peperoncino znalazła uznanie. Deser w postaci pana cotta z sosem karmelowym potwierdził tylko nasze zachwyty włoskimi deserami. I wino, wino, wino.

Potem szybko do domu i zasłuzona kąpiel w basenie. Dookoła ciemno, nad głowa gwiazdy a w krzakach niezliczone luciole czyli robaczki świętojańskie. Podobno to ich czas na amory więc świecą jak diody w audi.

Jutro... Kto by się przejmował co będziemy robić jutro?

środa, 15 sierpnia 2012

Toskania dzień drugi i trochę trzeci




Deszczowa Toskania. To brzmi jak oksymoron. Ale to prawda. Po południu padało tak gwałtownie, że umylo nam zakurzony samochód. Z deszczem spadała temperatura. Startując z parkingu pod Greve in Chianti było 38 stopni a za pięć minut 12 stopni mniej. Już zaczęlismy się oburzać, że co to nieludzkie polarne temperatury, kiedy deszcz przestał padać, a słupek temperatury zajął swoje poprzednie miejsce. Tak jest dobrze. W końcu po to tu przyjechaliśmy.




Do naszego domu prowadzą zdecydowanie kręte drogi i czasami mrozi mi krew przeciskanie się między ciasno stojącymi domami. Aż dziw, że jeszcze nie poobijaliśmy lusterek. Ale super kierowcą jest MMŻ i wszyscy prześcigamy się w komplementowaniu jego rajdowych umiejętności.
Naszą bazą wypadową jest Panzano in Chianti czyli jedno z uroczych, średniowiecznych miasteczek. Jak większość z nich, siedzi na wzgórzu i zewsząd otaczają nas "nudne" toskańskie widoki. Ale Panzano ma jedną rzecz, której zazdroszczą mu inne, nie mniej urocze miasteczka. Ma Dario Cecchini'ego, którego wyroby wędliniarskie ściągaja do trattorii Montagliari zastępy wyznawców.

Jeszcze nie zapuściliśmy się w tamtą stronę, ale obiecuję, że to tylko kwestia czasu. Pierwsza kolacja w Panzano zostala poprzedzona wizytą w Accademia del Buon Gusto gdzie uroczy wlaściciel Stefano Salvadori zagadał nas na śmierć. Robił to na szczęście przy akompaniamencie Beethovena i kilku butelek chianti. Wszyscy przeźyli, wyszli jedynie nieco tanecznym krokiem.

Podsumowujac dzień drugi, mogę śmiało powiedzieć, że dolce far niente zostało rozpoczęte.




Z przepięknego Chianti serdecznie pozdrawiam.

wtorek, 10 stycznia 2012

Wakacyjne wspomnienie czyli pate z wątróbki


Jak to się dzieje,że nie lubiąc jakiegoś produktu, przepadamy za jego przetworzoną formą. Banany. Mogłabym żyć bez bananów. Ale już bez chlebka bananowego absolutnie nie. Najbardziej drastycznym przykładem sprzeczności jest Daria. Na dźwięk słowa wątróbka ucieka gdzie pieprz rośnie. I żadne pokusy czy to z bekonem, czy z jabłkiem nie wchodzą w grę. Wątróbka jest "be" i tyle. Podobno trauma z przedszkola wypaliła w jej guście kulinarnym piętno i nic na to nie poradzisz. Jest jednakże jedno malutkie "ale". To "ale" składa się w 90 procentach z owej nieszczęsnej wątróbki, chociaż nią nie jest. Crostini Toscana. Niektórzy wiedzą o czym jest mowa. Tym, którzy są nieświadomi wyjaśniam. W Toscanii malutkie kanapeczki na przystawkę podaje się z pomidorem , mozarellą lub z pastą mięsną. A ona to właśnie prawie stuprocentowa wątróbka. Dziecko moje odkryło swój uzależniacz w postaci tej pasty. Każde wakacyjne śniadanie musiało obowiązkowo składać się z crostini z pate. Z początku traktowalismy to danie jako miejscową i czasową atrakcję, związaną tylko z letnimi miesiącami. Ale kiedy dziecko któryś raz z westchnieniem wyraziło chęć zjedzenia kanapki z pastą, postanowiłam się sprężyć i zrobić pate domestico czyli pastę po domowemu. Krótka analiza smaku, burzliwa narada rodzinna, kto co pamięta i po zrobieniu zakupów, w dziesięć minut spełniłam dziecięce marzenie.
Żeby to zawsze było takie proste.
Pasta na stałe zagościła w naszym menu i nawet teraz, kiedy Córka opanowała sztukę kulinarną, prosi o jej zrobienie. Powiedziałam, że w momencie kiedy napiszę o niej na blogu, poczuję się zwolniona z robienia pasty na wynos.
Daria, teraz nie masz wymówki.



Oto przepis na pastę z wątróbki a la Toscana:

30 dkg wątróbki drobiowej
1/3 kostki masła
2 małe szalotki lub mała cebulka
2 ząbki czosnku
1 łyżka kaparów
2 łyżki posiekanej pietruszki
2 łyżki oliwy do usmażenia wątróbki
1 łyżka oliwy truflowej, dla smaku
chlust brandy
sól, pieprz, liść laurowy

Topimy na małym ogniu masło. Zdejmujemy z niego piankę, żeby było klarowne. Odstawiamy na bok.
Wątróbkę musimy umyć i dobrze osączyć, żeby nam nie pryskała na patelni. Cebulki i czosnek kroimy drobno (ale bez przesady, bo i tak wszystko wyląduje w blenderze). Rozgrzewamy oliwę na patelni i smażymy krótko cebulę i czosnek. Dodajemy na patelnię wątróbkę i mieszając smażymy. Po około 5-7 minutach wątróbka powinna być upieczona ale soczysta w środku. Ostatnią czynnością jest podlanie wątróbki brandy i podpalenie jej. Wszystko buchnie gwałtownym ogniem ale tylko na chwilkę. Nie bójcie się. Straż pożarna nie będzie potrzebna, a wątróbka nabierze głębokiego smaku. Zdejmujemy patelnię z ognia i solimy jej zawartość. Musimy odczekać chwilę, żeby nieco ostygła. Wkładamy zawartość patelni do blendera i dodajemy kapary, pietruszkę, połowę masła i połowę oliwy truflowej. Miksujemy króciutko, żeby pasta nie była zbyt zmielona. Jeśli będą wyczuwalne kawałki kaparów lub cebulki tym lepiej. Jeżeli uważacie, że pasta jest za gęsta, możecie dodać do niej kilka łyżek gorącej wody lub bulionu.
Dosmakujcie jeszcze solą i pieprzem i wyłóżcie do przygotowanego pojemnika czy miseczki. Wierzch pasty wyrównajcie, połóżcie na wierzchu liść laurowy i zalejcie resztą stopionego masła i oliwy truflowej. Poczekajcie aż wystygnie i włóżcie na noc do lodówki. Kolejnego dnia pyszny dodatek do kromki chleba jest na wyciągniecie ręki. Połóżcie na niej kawałek ogórka lub pomidor i pomyślcie, że w Toscanii  wiedzą jak uszczęśliwić człowieka.



Smacznego

sobota, 15 października 2011

Patent na gwiazdkę z nieba czyli deser figowy




Z deserami jest tak, że nie zawsze je robimy, ale zawsze chętnie jemy. Nie mam na myśli ciasta. Raczej myślę o słodkiej galanterii. O czymś, co jest taką wisienką na torcie, rodzajem kropki nad "i". Takie drobiażdżki maskują czasami niezbyt udane danie główne, lub podkreślają wartość całości. Deser powinien sprawić, że MMŻ już w trakcie degustacji obieca wam gwiazdkę z nieba a kobiety was znienawidzą. Czyli, krótko mówiąc, oszałamiać. I sedno sprawy nie polega na ilości czasu, spędzonego nad wymyślnym przepisem. Ma być prosto acz efektownie. Bardzo lubię figi. Uważam, że zarówno ich powierzchowność, jak soczyste wnętrze prowokują do wykorzystania. Są nie tylko bardzo fotogeniczne ale i smakowite. Lubię je świeże i suszone. Późnym latem i jesienią pojawiają się wyjątkowo piękne w sklepach. Niestety, nie rosną w naszych sadach. Przynajmniej nie w moim, ale kto wie. Może kiedyś, w Toskanii. Na razie, zagłuszając ekologiczne wyrzuty sumienia (figi trzeba przywieźć z Włoch lub Grecji), dając się ponieść łakomstwu, postanowiłam zadowolić i siebie, i gości.
Żeby zrobić ten deser, musicie się przygotować. Chyba, że macie zwyczaj przechowywać na codzień w lodówce figi, mascarpone, kawior i Moet Chandon. W takim razie, gratulacje. W innym przypadku, czekają was zakupy. Ale one są jedynym wysiłkiem, jaki was czeka. Potem są już tylko przyjemności. W przepisie jest mowa o dwóch składnikach, które mogą was zaniepokoić ; o  wodzie pomarańczowej i wodzie różanej. Jeśli ich nie macie, użyjcie paru kropel soku z cytryny lub pomarańczy, oraz startej z nich skórki. Będzie to wariacja na temat. A wyżej wspomniane wody na pewno znajdziecie w internecie. Przydadzą się w innych przepisach.



Figi z mascarpone
(dla 4 osób)

4 figi
4 łyżki mascarpone
2 łyżki cukru pudru
1 łyżka brązowego cukru muscavado
pół łyżeczki cynamonu
parę kropel wody różanej
parę kropel wody pomarańczowej
parę kropel octu figowego
pół szklanki kremówki

Najpierw rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Dobrze, jeśli mamy funkcję grill. Figi rozkrawamy na cztery części. Robimy to tak, by się nie rozpadły. Najlepiej nóż doprowadzić do połowy wysokości owocu, a potem rozchylić na ćwiartki. Ma to z grubsza przypominać rozchylający się kwiat. Figi wkładamy do żaroodpornego naczynia i 20 minut podpiekamy owoce w piekarniku. W czasie, kiedy figi się pieką, my przygotowujemy sos. W rondelku rozgrzewamy śmietanę i rozpuszczamy w niej muscavado. Dodajemy cynamon i pozwalamy się pogotować. Jeśli sos zgęstniał, dolewamy wodę różaną i pomarańczową. Pamiętajcie, co powiedziałam wcześniej o zastąpieniu ich skórką z cytryny lub limonki.
Mieszamy sos i zdejmujemy z pieca. Na koniec dodajemy ostatni składnik, czyli parę kropel octu figowego. Jego użycie nieco przełamie słodki smak sosu.
Do serka mascarpone dodajemy cukier puder i mieszamy.
Wyjmujemy figi z piekarnika na wcześniej przygotowane talerzyki. Do środka nakładamy łyżkę mascarpone. Całość polewamy gorącym sosem cynamonowym. Dekorujemy np gałązką melisy. Deser jest przesłodki z niepokojącą nutką kwiatowej kwaśności . Pycha.
Czekam teraz na obiecaną gwiazdkę z nieba.



A wam życzę i smacznego, i snów o figowej Toskanii