Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania lemon curd, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania lemon curd, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 maja 2023

Ślimak w wodzie i wiosenny tort z wiśnią, cytryną i śmietaną



Może to wyglądać na przynudzanie lub obesyjne trzymanie się jednego tematu ale muszę to powiedzieć. 

Nasza chata za wsią lubi sprawiać niespodzianki. W zeszłym roku wszelkie plany odleciały z majowym kwieciem, bo sufit spadł nam na glowę. I  nie jest to poetycka przenośnia. Gruz i pył powitały nas zamiast ptasząt. 

Kto by o tym pamiętał rok później? 

Gdyby się zastanowić nad klęskami wszelkimi, które dane nam były przez ostatnie lata na otwarcie sezonu wiosennego, to nie powinnam się nieczemu dziwić. 

Nietoperz? Był.

Pęknięta rura? A jakże.

Włamanie? Uf, dawno temu.

Kuna i jej potomstwo? Oj, była.

Zrujnowana łazienka? Wolę zapomnieć.

Sufit w okolicach podłogi? Całkiem nadawno.

Kiedy z ciekawością otwieraliśmy drzwi w tym roku, żadne z nas nie spodziewało się tego, co tym razem nas czekało. 

Czekało cierpliwie, w spokoju i bez jakichkolwiek symptomów. Tylko trawa rosła z niespotykaną intensywnością.

Najpierw MMŻ obszedł włości dookoła. Jak wiadomo, dziczyzna działała pełną mocą więc na pewno będzie co robić. 

Potem ja obcięłam maliny i wyplewiłam grządkę. 

Po tak dobrze rozpoczętym dniu zachciało nam się herbaty. Kto by pomyślał, że ta fanaberia okaże się klęską?

By napełnić czajnik trzeba wpełznąć półtorej metra pod ziemię i odkręcić zawór wody. Łatwizna. 

Ha, niestety, wpełznięcie nie wchodziło w grę. Zanurkowanie owszem, gdyby nie martwy ślimak na powierzchni. Nasze wodne podziemie stało się studnią, wypełnioną po brzegi wodą. Gdzieś tam, półtorej metra niżej majaczyły zawory. Te, od których zależała nasza herbata. Popatrzyliśmy, pokiwaliśmy głowami a potem szlag nas trafił. 

Po co nam to wszystko? Po co nam co roku ta sama rosyjska ruletka. 

Tylko ileż można się wkurzać na wodę? Albo na siły natury? 

Trzy dni póżniej, o parę tysiący złotych ubożsi i bogatsi o ileś metrów błota zamiast trawnika oraz nową studzienkę mogliśmy się w końcu napić herbaty. Ale nam się odechciało.  

Potem już było lepiej choć nie idealnie. Po drugiej stronie drogi, po naszej stronie drogi i trawnika wciąż pietrzą się sąsiedzkie zwały ziemi i piasku. Uwielbiam nasze: "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie" oraz "moje jest mojsze". I zamiast przyjść z flaszką wina i uśmiechem na twarzy mówiąc: "sorry, że to tak długo trwa i  nieco zdewastowaliśmy wasz kawałek podłogi..." sąsiedzi strzelili focha i przestali się kłaniać. 

Czyżby mieli pretensje, że my mamy pretensje?

Dziwni jesteśmy jako gatunek.

Podsumowując: woda jest, prąd jest, nieproszonych gości, zarówno skrzydlatych jak  pierzastych nie zauważyliśmy, nic nam się nie usunęło z pod nóg i  nic nam nie zleciało na głowy. Wiosna ma się dobrze, dziury w drodze jeszcze lepiej.

Na szczęście wiosna to taki moment kiedy prasują się wszelkie zagniecenia. Kwitnący sad i kicające szaraki skutecznie odwracają myśli od średnio atrakcyjnego widoku z tarasu. Będzie dobrze, jeśli nie jutro, to na pewno kiedyś. I tego się trzymajmy.

Na dobry humor ciasto jak wiosna a w cieście: wiśnie, lemon curd, śmietana, brownie




 Ciasto:

Wyjęłam z zamrażarki. To rewelacyjny sposób na zrobienie szybkiego ciasta. 

Jeśli upieczecie kiedyś za dużo ciasta, obojętnie jakiego, zostanie wam np górka, albo jeden blat, owińcie te resztki folią spożywczą, włóżcie do torebki na mrożonki i schowajcie do zamrożenia. Kiedy przyjdzie wam ochota na zrobienie tortu, to jeden blat już macie. A jeśli zamroziliście wcześniej różne blaty, to tym lepiej. Tort będzie wyglądał jakbyście spędzili na jego tworzeniu długie godziny. Następnym razem pokażę wam tort zrobiony z zielonego i czekoladowego ciasta. 

Dziś jednak jest czas ciasta adekwatnego do kwitnącego sadu, różowego, żółtego, białego.



Zapraszam na tort wiśniowo, cytrynowo śmietankowy na czekoladowym spodzie.

Wszystkie części ciasta są typowymi resztkami, wymiecionymi z lodówki i zamrażarki.

Część czekoladowa:

Jeśli nie macie zachomikowanego mrożonego ciasta weźcie:

1 szklankę czekoladowych  oreo

2 łyżki stopionego masła

W blenderze zmieszajcie okruchy ciastek i masło i wyłóżcie nimi okrągłą formę o średnicy 18 cm. Dodatkowo wykładam boki formy foliowym rantem. Bardzo ułatwia on eleganckie wyjęcie ciasta z formy. 

Formę z okruchami wkładamy do lodówki i zajmujemy się musami.

Mus wiśniowy:

1 szklanka wiśni mrożonych

2 łyżki cukru

1 galaretka wiśniowa

0,5 szklanki kremówki

Podgrzewamy wiśnie z cukrem. Kiedy cukier się rozpuści blendujemy wiśnie i wlewamy z powrotem do rondelka. Zagotowujemy. Zdejmujemy z pieca i wsypujemy galaretkę. Dokładnie mieszamy by się rozpuściła. Studzimy.

Ubijamy kremówkę i łączymy jedną łyżkę wiśni ze śmietaną. Niech się zapoznają.

Potem delikatnie łączymy obie części. Wylewamy na wyjęte z lodówki ciasto i ponownie schładzamy.

Czas na mus cytrynowy:

3/4 szklanki lemon curd (tutaj przepis)

3/4 szklanki kremówki

2 czubate łyżki mascarpone

1 łyżka cukru (jeśli lubicie bardziej na słodko)

2 łyżeczki żelatyny

4 łyżeczki wody do zalania żelatyny 

Żelatynę zalewamy wodą by napęczniała. Wstawiamy do miski z zagotowaną (ale nie gotującą się wodą!). Niech się rozpuści. I zostanie gorąca.

Ubijamy kremówkę z mascarpone i cukrem. Kiedy ubiją się na krem dodajemy po łyżce lemon curd. 

Do miseczki z żelatyną wkładamy łyżkę musu cytrynowego by się zahartował. Potem dodajemy drugą łyżkę a na naszych oczach i ku naszemu przerażeniu wszystko razem przypomina nieforemnego gluta. 

Spokojnie, bez paniki.

Macie jeszcze gorącą wodę, w której rozpuszczaliście żelatynę? Teraz będzie jej wielkie entree. Do miski z gorącą wodą wkładamy miskę z glutem i cierpliwie mieszamy. Po minucie wszystko razem odzyska aksamitną postać. I ten aksamit wlewamy do naszego musu. Krótko miksujemy i piękny cytrynowy mus wlewamy na wiśniowy mus, który zdążył już zastygnąć w lodówce. I znów wszystko ląduje w lodówce.

Po kwadransie chłodzenia możemy zająć się ostatnią warstwą ciasta.

Krem śmietanowy:

3/4 szklanki kremówki

3 łyżki mascarpone

1 łyżka cukru pudru

Ubijamy wszystko na krem i wykładamy na mus cytrynowy. 

Robimy widelcem esy floresy i schładzamy kilka godzin.

Smacznego

Tyle. Pisania dużo, roboty mało. Polecam.

I pięknej kolejnej soboty i niedzieli w tym tygodniu




A poniżej cały przepis bez zbaczania z głównej drogi.

część czekoladowa:

Jeśli nie macie zachomikowanego mrożonego ciasta weźcie:

1 szklankę czekoladowych  oreo

2 łyżki stopionego masła

mus wiśniowy:

1 szklanka wiśni mrożonych

2 łyżki cukru

1 galaretka wiśniowa

0,5 szklanki kremówki

mus cytrynowy:

3/4 szklanki lemon curd (tutaj przepis)

3/4 szklanki kremówki

2 czubate łyżki mascarpone

1 łyżka cukru (jeśli lubicie bardziej na słodko)

2 łyżeczki żelatyny

4 łyżeczki wody do zalania żelatyny 

krem śmietanowy:

3/4 szklanki kremówki

3 łyżki mascarpone

1 łyżka cukru pudru

smacznego


Na ostatnim zdjęciu załapał się jeden z bohaterów kolejnej opowieści.

sobota, 11 marca 2017

Sala tortur czyli tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską





















Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Pokłady mojej cierpliwości i wyrozumiałości dla świata wydawały się niewyczerpalne.
Ale w czwartek mną zatrzęsło. W czwartek poczułam, że mroczna strona mojego trzymanego za mordę „ja” zaczyna torować sobie drogę ku wolności.
Gdyby nie ramki tzw „człowieka cywilizowanego” chyba toczyłabym pianę z pyska.
Jeśli nie pomaga herbata i przebieżka to znaczy, że jest groźnie.
Czy jest inna metoda rozładowania złych emocji niż ostrzenie kosy i odkurzanie granatów?
Jest. Wizyta w mojej prywatnej izbie tortur.
Codziennie otwieram szuflady kuchenne. Wiele razy. Otwieram, wyjmuję, zamykam, zapominam.
A one kryją przedmioty zaskakujące. Spróbowałam więc choć raz spojrzeć na zawartość moich kuchennych szuflad jak na obcy świat. Jak na mikroświat, który wymaga objaśnienia.
Pominę szufladę ze sztućcami, choć niektóre średnio przypominają te, którymi posługujemy się na co dzień. Ni to grabie, ni to kosa.
Dziś pochłonęła mnie szuflada z przedmiotami, na co dzień zupełnie niegroźnymi. Ale dziś też wszystko kojarzyło mi się z przemocą i odwetem.
„Łokieć meksykański”- czy coś o takiej nazwie może być przydatne w kuchni? Czy nie kojarzy się z „hiszpańskim butem”?
Hm, metoda działania jest podobna. Nawet już znalazłam kogoś, komu chętnie wyrafinowane użycie „łokcia” mogłabym zaprezentować.
Zaniepokojonych uspokajam, że łokieć wyciska sok z cytryny lub limonki. Żaden z członków nie jest zagrożony.
A teraz przyjrzyjmy się mezzalunie. Siekanie, rozdrabnianie, masakra po prostu. Jaka potrzebna przy zabawie z ziołami czy orzechami!
Poczciwy „dziadek do orzechów”? Już oczyma wyobraźni widzę biedne, poturbowane paluszki.
Pamiętacie Ewę Szykulską, prezentującą korkociąg jako narzędzie zniewolenia w Seksmisji?

No właśnie.
Kuchnia to niebezpieczne miejsce. Wyobraźnia ma tu pole do hasania.
Po godzinie przeglądania szafek i brania z lubością do ręki ostrzy i krawędzi moje emocje nieco opadły. Znów mogłam spojrzeć na życie z nadzieją. Jednak nie wszyscy powariowali.

Aby zamaskować moje nieodpowiednie zachowanie zamydlę wam oczy perfekcyjnymi tarteletkami z kremem cytrynowym i włoską bezą.










Tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską


lemon curd:
2 jajka
2 żółtka
100 g cukru
70 g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałki
3 cytryny (sok z 3, skórka starta z 2)

Na piecu stawiamy garnek z wodą do ¼ wysokości garnka. Włączamy ogień i zagotowujemy wodę.
W szklanej misce mieszamy ze sobą jajka i żółtka. Dosypujemy cukier. Mieszamy kilka sekund. Dodajemy sok i startą skórkę a na koniec pokrojone na kawałeczki masło. Miskę stawiamy na garnku z lekko gotującą się wodą. Mieszamy drewnianą łyżką aż całe masło się nie rozpuści. Potem drewnianą łyżkę zastępujemy trzepaczką. Nie ubijamy tylko mieszamy. Kremu nie trzeba napowietrzać. Mieszamy około 10 minut, dopóki krem się wyraźnie nie zagęści. Trzepaczka powinna w kremie zostawiać ślad. Wtedy zdejmujemy miskę z garnka. Nie przesadźcie z zagęszczaniem, żeby nie zrobić jajecznicy. Krem stygnąc, będzie dalej gęstniał.

Absolutnie genialne kruche ciasto:
(na 16 małych foremek o średnicy 7 cm)

170 g mąki pszennej
110 g zimnego masła
20 g drobnego cukru
szczypta soli
2 żółtka

Masło kroimy w kostkę i dorzucamy do mąki z solą. Rozcieramy szybko palcami. Wsypujemy cukier i rozmącone żółtka i miksujemy aż ciasto zlepi się z jeden kawałek.
Rozpłaszczamy ciasto i wkładamy do worka a potem na minimum godzinę do lodówki.
Po tym czasie wyjmujemy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy na grubość około 2 milimetrów. Przekładamy do foremek, wyrównując brzegi.
Znów wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni.
Schłodzone tarteletki przed pieczeniem dobrze jest obciążyć, by za bardzo nie wyrosły. W końcu musi się w nich jeszcze zmieścić co nieco.

Po latach prób z papierem do pieczenia przyszło na mnie olśnienie. Papier a to wystawał za bardzo, a to się przesuwał. Rozwiązaniem okazały się papierowe formy do muffinów.

Wkładamy do tarteletki z ciastem papierową formę, do niej sypiemy np. suchą soczewicę lub fasolę (są wielorazowego użytku) i tak wkładamy do piekarnika.
Po 10 minutach zdejmujemy bez problemu papierowe formy z zawartością a tarteletki dopiekamy jeszcze 8-10 minut.
Upieczone studzimy a wystudzone przechowujemy w zamkniętym pojemniku. Dzięki temu zachowają kruchość przez dłuższy czas.
Zapas takich ciasteczek jest gwarancją zrobienia perfekcyjnego deseru w czasie krótszym niż zaparzenie herbaty.

beza włoska:

2 białka
150 g drobnego cukru (130g + 20g)
40 ml wody

Na piecu stawiamy rondel z grubym dnem. Wsypujemy 130g cukru i wlewamy wodę. Obracamy rondlem by woda pokryła cukier. Włączmy ogień i rozpuszczamy cukier. Ogień ma być średni, nie chcemy spalić cukru w pierwszych minutach.
Rozpuszczony cukier gotujemy na niewielkim ogniu do osiągnięcia temperatury 118 stopni lub do tzw „hard ball” czyli kiedy kropla upuszczona na talerzyk nie rozlewa się i można ją kształtować w palcach.
Ja wiem, że to jest zniechęcające ale poczytajcie dalej*.
W czasie gdy cukier się powoli rozpuszcza ubijamy białka na sztywno.
Dosypujemy 20g pozostałego cukru i ubijamy jak bezę.
Kiedy cukier osiągnie odpowiednią temperaturę, zdejmujemy rondel z ognia i malutką strużką wlewamy cukier do ubijanych białek (wciąż ubijamy).
Po kolejnych 5-8 minutach powinniśmy mieć michę pięknie ubitej, sztywnej bezy włoskiej. Teraz trzeba ją wystudzić.
Wystudzona jest gotowa do użycia. Może być np. bazą do kremu do tortów. Trzeba ją wtedy połączyć z miękkim masłem.

*cukier mi się skarmelizował. Użyłam termometru cukierniczego i poniosłam klęskę. Machnęłam na to ręką i wlałam do smutnych kryształków cukru jakieś ćwierć szklanki wody. Nie ma takiego cukru, który się nie rozpuszcza w wodzie. Nie może być, żeby jakiś głupi cukier mnie pokonał.
Zagotowałam wodę z gulą cukru i cierpliwie mieszałam.
Rozpuścił się, gnojek, jak podejrzewałam bez problemu. Potem już było z górki. Gotowałam syrop cukrowy na niewielkim ogniu aż stał się zdecydowanie gęsty ale jeszcze nie zaczął zmieniać koloru.
I okazało się, że trafiłam w punkt. Beza udała się pierwszorzędnie.
Nie poddawajcie się od razu. Zawsze jest jakieś wyjście.

Miseczce mieszamy mascarpone z lemon curdem. Nakładamy do tarteletek.
Napełniamy rękaw cukierniczy bezą i wyciskamy na wierzch kremu cytrynowego. Małym palnikiem cukierniczym robimy czary mary i podajemy na stół ósmy cud świata.
Bez użycia miotacza ognia ciasteczka smakują równie dobrze. Zapewniam.





Smacznego

sobota, 23 kwietnia 2016

Sukienkowa pułapka i kakaowe ciasto z kremem cytrynowym, frużeliną jagodową i limoncello





















Wybieraliśmy się wczoraj z MMŻ na imprezę. Wiadomo, piątek, koniec tygodnia. Coś się człowiekowi należy.
MMŻ wychodził na swoją, ja na swoją.
Traf chciał, że ja byłam pierwsza.
Oko namalowane, obcas wybrany, sukienka na wieszaku czekała na swoją kolej.
Wskoczyłam w ciuszek, poprosiłam MMŻ o zapięcie zamka na plecach i w oparach wód pachnących, uzbrojona w imprezowy humor wypłynęłam w świat.
Było super, czas płynął, ani mi było w głowie zastanawiać się jak się miewa mój ukochany.
Nawet nie podejrzewałam, że czeka mnie na koniec dnia ogromna dawka tęsknoty.
Wróciłam do domku nie prowokująco późno. Mam taką świetną książkę do czytania, że chyba tylko pojawienie się Marlona Brando mogłoby mnie przykuć do imprezy. On, niestety, nie żyje, więc żadne kajdany i uzależnienia mi nie groziły.
Z ulgą pozbyłam się obuwia, poczochrałam kota i popłynęłam do łazienki, próbując pozbyć się sukienki.
I tu zaczęła się gimnastyczno rozrywkowa część mojego piątkowego wieczora.
Sukienka ma zapięcie na plecach. Długie jest to zapięcie. Sukienka jest z gatunku druga skóra. Nie posiada żadnego marginesu by ją podciągnąć czy przesunąć.
Dziewczyny, wiecie o co chodzi?
Jak zdjąć sukienkę, której nie jesteście w stanie rozpiąć? Kto rozpina sukienki Claire Underwood, kiedy Franka nie ma w pobliżu?
Stałam w przedpokoju wyginając prawą rękę pod absolutnie nieludzkim kątem.
Sukces! Udało się z górną częścią zamka. Lewa ręka powędrowała za plecy ale okolice obojczyka były mi całkowicie niedostępne.
Odsapnęłam chwilkę i próbowałam podciągnąć kieckę. Ale sukienka typu futerał to pułapka.
Pozycja, jaką przybrałam, żeby się z tego nieszczęsnego ciucha wydostać wprawiła w zadumę mojego kota.
Gnojek jeden, zamiast mi pomóc, patrzy tymi swoimi ślepiami z wyższością.
Czas leciał, a ja posunęłam się o jakieś 12 centymetrów. Po głębszym namyśle, doszłam do wniosku, że przede mną jeszcze 40.
Ludzie! Jakbym jakiś Everest zdobywała! Pierwsza baza zaliczona. Co dalej?
Może jeśli się położę, to sukienka się odpręży i jakoś da się przechytrzyć.
Zległam w przedpokoju, przed totalnie zaciekawionym kotem.
Leżąc na brzuchu i mając do dyspozycji dość ograniczone ruchowo dwie ręce, zerknęłam w lustro. I to był koniec. Widok dość elegancko ubranej kobiety, miotającej się jak krab po podłodze w przedpokoju i mającej przed twarzą spokojnie siedzące zwierzę był tak abstrakcyjny, że umarłam ze śmiechu.
Potem z godnością wstałam, doprowadziłam do porządku swoje oblicze, wypiłam herbatę i poszłam spać w nadziei, że kiedyś przybędzie MMŻ i mnie uratuje.


Kilka godzin później:
MMŻ – Słonko, widzę, że impreza się udała wyjątkowo. Nawet nie miałaś siły szatki zrzucić.
Ja – Rozepnij mnie proszę, bo ja w tym pancerzu spać nie umiem.
MMŻ – Trzeba było jeansy ubrać a nie udawać Anję Rubik. I po co? Zarówno w jeansach jak i bez jesteś od niej ładniejsza.

Warto było poczekać





























Biszkopt kakaowy z kremem cytrynowym, jagodową frużeliną i limocello
(forma o średnicy 18 cm)

ciasto:

2 jajka
2 łyżki cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka kakao

krem cytrynowy*:

sok z jednej cytryny
skórka z otartej jednej cytryny
1/4 szklanki cukru
2 żółtka
80 g masła
200 ml kremówki

limoncello do nasączenia

krem z białej czekolady na górę ciasta:

100 g białej czekolady
250 ml kremówki

frużelina jagodowa:

1 szklanka jagód (moje były mrożone ale w sezonie letnim wybiorę świeże)
1 łyżka cukru
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka żelatyny
pół łyżeczki soku z cytryny

Włączamy piekarnik i rozgrzewamy do 170 stopni.
Dno formy wykładamy papierem do pieczenia.

Ciasto:
Ubijamy białka na pianę. Dodajemy cukier ciągle ubijając. Wlewamy żółtka i ubijamy aż chwilkę aż otrzymamy kremowo żółtą pianę.
Wyłączamy mikser. Przesiewamy mąkę z kakao. Delikatnie mieszamy z pianą z jajek.
Przekładamy masę do formy, wyrównujemy powierzchnię i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 25-30 minut.
Wystudzony biszkopt przekrawamy na dwie części (najlepiej to zrobić następnego dnia).

Krem z białej czekolady.
Zagotowujemy kremówkę. Do miski wrzucamy połamaną białą czekoladę. Wlewamy do niej gorącą kremówkę. Mieszamy do rozpuszczenia się czekolady. Studzimy. Przykrywamy folią i wstawiamy na noc do lodówki.
Następnego dnia ubijamy aż zgęstnieje.

Krem cytrynowy:
Do rondelka wlewamy sok z cytryny i połowę cukru. Podgrzewamy do rozpuszczenia się cukru. Zagotowujemy. Drugą połowę cukru ubijamy z żółtkami na jasny krem. Do kremu jajecznego wlewamy wąską strużką gorący sok z cukrem.
Przelewamy całość do rondla z grubym dnem i zagotowujemy. Nie zostawiajcie rondla samego. Pamiętajcie, że są w nim żółtka. Mieszamy jak szaleni by uniknąć przypalenia masy jajecznej. Kiedy masa się zagotuje i zacznie bulgotać jak budyń, zdejmujemy garnek z ognia.
Gorącą przelewamy do misy i ubijamy aż podwoi swoją masę. W tym czasie powinna też wystygnąć. Do wciąż ubijanej, ale już chłodnej masy, dodajemy otartą skórkę i po łyżeczce masło. Ubijamy ze dwie minutki i przykrywamy masę folią.

Ubijamy kremówkę i delikatnie łączymy z masą cytrynową.

*Cała ta kombinacja przy robieniu kremu może spokojnie być zastąpiona innym rodzajem kremu cytrynowego. Mianowicie kremem powstałym z połączenia lemon curd z ubitą kremówką lub mascarpone. No, ale w tym przypadku musicie zrobić lemon curd. Wy wybieracie.

Frużelina jagodowa:
Połowę jagód sypiemy do rondelka, wlewamy sok z cytryny, wsypujemy cukier. Włączamy ogień i zagotowujemy jagody.
Żelatynę namaczamy odrobiną wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy miseczkę na garnuszku z gorącą wodą by się żelatyna rozpuściła.
Łyżeczkę mąki ziemniaczanej mieszamy z 4 łyżkami wody. Wlewamy do jagód i mieszamy do zagotowania się. Zdejmujemy z ognia i dolewamy płynną żelatynę. Mieszamy i studzimy. Kiedy wystygnie, delikatnie łączymy z resztą jagód. Ta sztuczka uda się tylko w przypadku użycia świeżych jagód lub borówek amerykańskich. Zależy jaką wersję zrobimy: letnią czy zimową.

Składamy ciasto:
Jedną część biszkoptu nasączamy limoncello. Wykładamy cały krem cytrynowy i przykrywamy drugą częścią ciasta. Znów skrapiamy go limoncello i smarujemy grubą warstwą kremu z białej czekolady.
Wstawiamy do lodówki na kilka godzin.
Wyjmujemy ciasto z lodówki. Na górę, na środek kładziemy kilka łyżek frużeliny i posypujemy świeżymi jagodami lub borówkami.




Smacznego

poniedziałek, 29 lipca 2013

Podwójne wspomnienia i mrożona beza z kremem cytrynowym






Kiedy zaczniecie narzekać na upały,  przypomnijcie sobie, że dokładnie miesiąc temu lało a temperatura raczej sugerowała późną jesień niż optymistyczny początek lata.
Dokładnie miesiąc temu MMŻ obchodził urodziny. Zdjęcia bezy późno, bo późno ale w końcu dotarły.
Doszłam do wniosku, że dziś jest dobry dzień by nieco schłodzić atmosferę. Mrożona beza nadaje się do tego idealnie.

Cofnijmy się w czasie o miesiąc.

                               Jak widać na zdjęciu małe wpadki też się zdarzyły

Zakładanie narciarskich skarpetek na noc ostatniego dnia czerwca wydawało mi się grubą przesadą. Ale cóż, kiedy termometr za oknem pokazywał marne osiem stopni. Oglądam zdjęcia z zeszłego roku.
Koniec czerwca to urodziny MMŻ. Dokumentacja tarasowa nie kłamie. Rok temu mieliśmy na sobie niewiele. A o skarpetach, nawet zwykłych, nikt nawet nie pomyślał. Raczej w grę wchodziło rozbieranie a nie wkładanie.
Przeglądam zdjęcia i widzę, że na stole też nic gorącego. Same przekąski ale w ilościach hurtowych.
Tegoroczna impreza również zakładała zimny bufet i tort mrożony. Już widziałam dzban sangrii na stole.
A jak było?
Rano obudził nas deszcz walący o dach. Nie powiem, żeby to był dobry początek. W drodze na targ moje nadzieje na urodziny w plenerze topniały jak śnieg w marcu.
I nagle, kiedy już przeklęłam wszystkie pogodowe źródła, mamiące mnie obietnicami dzień wcześniej, zaświeciło słońce. O Matko i Córko! Może jeszcze nie wszystko stracone?
Ognisko mogę wykreślić. Nie słyszałam, żeby drzewo pławiące się od ponad miesiąca w wodzie miało jakiekolwiek wartości palne.
Może jednak wieczór nie odbędzie się przy piecu a na świeżym powietrzu? Nic nie kupiłam, tak byłam zajęta zaciskaniem kciuków i mamrotaniem zaklęć pogodowych.
W drodze powrotnej najpierw zaszło za chmury słońce, potem zawiało zimnem, potem zrobiło się ciemno a na koniec wszystko wróciło do normy. Tej deszczowej. Ogarnęła mnie rozpacz.
Czy miałam wyrzucić z listy wszystko co planowałam? Czy w czerwcu podaje się na imprezie zupę marchewkową? Ciepły bigos też chyba bardziej by pasował do aury niż carpaccio z łososia?
Cóż kiedy machina organizacyjna ruszyła już wcześniej.
Bezowy tort urodzinowy jest tradycją. MMŻ raczej stroni od słodyczy ale ten tort jest jego słabą stroną. W tym przypadku żadne tłumaczenia i wykręty nie mają racji bytu. MMŻ uwielbia ten tort i już.
Wykazując się ogromną dozą optymizmu, by nie powiedzieć naiwności, wymyśliłam sobie, że tym razem będzie to bezowy tort lodowy. Jak wymyśliłam tak zrobiłam.
Od piątku mieszkał sobie w lodówce.
Kiedy więc w sobotę powitały mnie rano werble deszczowe, mój tort był  ostatnim z deserów, na jaki miałabym ochotę. Wolałabym szarlotkę na ciepło.
Wszystko zapowiadało się nie takie, jakie miało być.
Nie wiem, czy to moje usilne prośby, czy pomyłka w prognozach ale koło południa pokazało się słońce. I to nie jakieś tam słoneczko, tylko pełnowymiarowe słońce na cały etat.
Urodziny można było zacząć.
W stosunku do zeszłego roku, szału temperaturowego nie było. Tym razem mieliśmy też tysiące nieproszonych, ale za to spragnionych gości w postaci komarów. Kto by się jednak przejmował takimi drobiazgami, skoro było i słońce, i pełny stół, i muzyka, i pyszne wino, i tańce na trawie. Nawet dotkliwy chłód, kiedy przypełzł wieczorem, został spacyfikowany ciepłymi kocami.
A beza okazała się boska. Czy latem czy zimą taki rodzaj ciasta jest spełnieniem marzeń.
Koniecznie wypróbujcie.

Dziś, kiedy temperatura zbliża nas do południa Włoch, można taką bezę wsunąć bez wyrzutów sumienia. Najlepiej by było, gdyby ktoś ją dla nas zrobił. 



Mrożona beza z kremem cytrynowym

białko z 6 jajek
1,5 szklanki drobnego cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka soku z cytryny
szczypta soli

2 jajka
2 żółtka
70 g zimnego masła
Cukier
Sok z 3 cytryn
Skórka otarta z 2 cytryn
500 ml kremówki 36 %
2 garści owoców wszelakich

Piekarnik rozgrzewamy do 150 stopni. Ubijamy białka ze szczyptą soli na sztywno. Ciągle ubijając dodajemy po łyżce cukier aż piana będzie sztywna i błyszcząca. Czas na dodanie mąki ziemniaczanej a następnie soku z cytryny.
Na blaszce rysujemy okrąg o średnicy 23 cm i wykładamy ¼ masy bezowej.
Najtrudniej jest upchać 4 krążki bezowe w jednym piekarniku. Mój piekarnik jest kieszonkowy. Mogę w nim upiec jednocześnie dwie bezy. Cztery absolutnie nie wchodzą w grę. Biorąc pod uwagę, że pieczenie bezy trwa mniej więcej jedną dniówkę, to cały proces trzeba rozłożyć na dwa dni. Białka, cukier, mąkę i sok dzielimy wtedy na dwie części. Cała reszta pozostaje bez zmian.
Krążki pieczemy (a właściwie suszymy) w piekarniku przez 10 minut. Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 130 stopni i zostawiamy bezę na godzinę. Po wyłączeniu piekarnika pozostawiamy krążki bezowe do całkowitego wystygnięcia. A najlepiej na noc.
Kiedy już upieczecie wszystkie cztery krążki możecie się wziąć za krem. Jak zrobić lemon curd dowiecie się tutaj.
Ubijcie kremówkę i delikatnie połączcie z kremem cytrynowym. Zasada jest taka: do kremu dodajemy po łyżce ubitą kremówkę. Oba składniki powinny mieć tę samą temperaturę. Unikniecie dzięki temu nieprzyjemnych niespodzianek.
Krążki bezowe przekładamy kremem. Owijamy tort papierem do pieczenia lub obręczą do tortów. I wkładamy do zamrażarki na noc.
Kiedy nadejdzie pora zaprezentowania tortu światu, wyjmijcie go pół godziny wcześniej z zamrażarki.
Dekoracją było to, co rosło wtedy w sadzie: czereśnie, porzeczki i truskawki. Jagody kupiłam na targu.
Zanurzyłam nóż w gorącej wodzie i dalej już poszło jak z płatka.



Robiłam tę bezę dwa dni ale warto było.




Pięknego tygodnia, nieco wiatru i smacznego

piątek, 19 kwietnia 2013

Ciasto marchewkowe z kremem pomarańczowym i zmiana klimatu







Nie wierzę własnemu szczęściu. Czyżby nadszedł ten moment, kiedy będzie można opuścić miasto i wrócić do życia w dziczy? Nasza sobotnia krótka wyprawa pod las skończyła się entuzjastycznie. Śnieg leżał tylko w niektórych miejscach. To nic, że było go po kolana. Przecież świeci słońce i raz dwa wygarnie go nawet z zacienionych miejsc.
Powoli oswajam się z myślą, że czas prac polowych i ogrodowych nadchodzi. Ciekawe czy przeżyła zimę moja lawenda? A rozmaryn? Miałam kiedyś piękny i odporny na zimę egzemplarz, ale żarłoczne kozy zrobiły sobie take away’a w moim ogródku i z rozmarynu został kikutek.
W tym roku zniknął z przed domu rododendron. Był za duży na osłonięcie, a po drugie bałam się, że połamie go śnieg. Okazał się całkiem smacznym kąskiem dla saren. Płakać nie będę. Jeśli uratował komuś życie, to niech mu będzie na zdrowie.
Jaka jest kondycja reszty flory okaże się już niedługo. Zresztą, kondycja fauny też jest interesująca. Nasza kuna z radością powita rozpalenie ognia w piecu i ciepły komin. Słyszałam ją na strychu zimą, więc na pewno się spotkamy. A nasz mały nietoperzyk? Urósł? Przyprowadził na zimę kolegów?
Widziałam, że na oknie pod dachem spędziła zimę wiewiórka. Twarda z niej sztuka, skoro nie przestraszyła się żyjącej po sąsiedzku kuny. Gniazdo uplotła sobie całkiem spore. Dzięcioły też już opanowały sad.
Całe to leśno polne towarzystwo przeżyje szok, kiedy  pojawimy się my i trzy futrzaste bestie.
Wymiatanie z kątów pająków i biedronek będzie naszym zadaniem. W tym czasie nasza kocia banda zajmie się skanowaniem okolicy. Biada wam myszy i nornice. Nadchodzi koniec sielanki. Nareszcie.
Jeszcze tylko spakuję miliony rzeczy, upiekę szybkie ciasto i jazda. Następna relacja już z pod lasu.



Ciasto marchewkowe z kremem pomarańczowym

1 szklanka tartej drobno marchewki
pół szklanki tartego jabłka
¼ szklanki kefiru
2 jajka
pół szklanki cukru
¾ szklanki oleju
pół szklanki rodzynków
otarta skórka i sok z połowy pomarańczy
1, 5 szklanki mąki
1/3 szklanki mielonych orzechów lub migdałów
1 łyżeczka proszku
1 łyżeczka sody
1,5 łyżeczki cynamonu
1 łyżeczka kakao

Zalejcie rodzynki wrzątkiem na 5 minut i odcedźcie.  Podzielcie składniki na suche i mokre. Oddzielcie żółtka od białek. Białka ubijcie. Piekarnik włączcie i rozgrzejcie do 180 stopni.
Wymieszajcie wszystkie mokre składniki. W osobnej misce wymieszajcie suche składniki, nie zapominając przesiać mąkę przez sitko. Wsypcie suche do mokrych i wymieszajcie. Nie potrzebujecie do tego miksera. Poczciwa, drewniana łycha wystarczy. Na koniec delikatnie wmieszajcie ubite białka.
Formę 20x30 wyłóżcie papierem do pieczenia i napełnijcie ciastem. Pieczcie godzinę w 180 stopniach. Zanim wyłączycie piekarnik sprawdźcie patyczkiem czy przypadkiem nie jest w środku mokre. Wtedy zostawcie je jeszcze w piecu na 15 minut.
Po ostudzeniu pokrójcie ciasto na porcje i na każdą z nich nałóżcie po łyżce kremu pomarańczowego.



Krem pomarańczowy:

2 jajka
2 żółtka
100 g cukru
70 g zimnego masła, pokrojonego na kawałeczki
1 pomarańcza

Zrobiłam krem korzystając z przepisu na lemon curd. Jedyna różnica polegała na zamienieniu cytryny jedną pomarańczą. Pomarańczę wyszorowałam i starłam z niej skórkę. Potem wycisnęłam sok. Dalej
wszystko było jak wyżej.


Przyjemnego pieczenia i jeszcze przyjemniejszego jedzenia a ja biorę się za pakowanie.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Psychiczna sauna i czekoladowe tarteletki z kremem cytrynowym i bezą








Zgubiłam gdzieś ostatnie pięć dni. Przegapiłam Dzień czekolady, zapomniałam o urodzinach Richie’go Blackmore’a.
Po nieoczekiwanym przedłużeniu urlopu w końcu nadszedł dzień pożegnania się z Olą. Odwieźliśmy na lotnisko, pomachali, ja się tradycyjnie zasmuciłam a potem…
 „Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni. Gdy nie ma dzieci w domu…” Znacie ten tekst Kazika? No, właśnie. Dom opustoszał. Przedpokój nareszcie można przejść bez niebezpieczeństwa potknięcia się o kolejną parę butów, a łazienka nie jest najbardziej oblężonym miejscem w dzielnicy.
I co w takim wypadku robią wolni rodzice? Szybciutko pakują szczoteczki  do zębów i majtki na zmianę, i wyruszają zaszaleć.
Nasze szaleństwo wywiało nas w góry. Wisła, słońce, Adam Małysz, spacery, terapia świeżym powietrzem. To wszystko nie było nam dane.
Było ciemno, głośno, muzycznie, towarzysko i bardzo, bardzo przyjemnie. Ilość imion do zapamiętania przekroczyła moje możliwości więc dałam sobie spokój po pierwszych pięciu osobach. Najważniejsze, że wszyscy śpiewaliśmy te same teksty i podskakiwaliśmy w podobny sposób. Były śpiewy, tańce i dyskusje po świt. Kilkanaście godzin wagarów. Taka psychiczna (i nie tylko) sauna.
Wróciliśmy do domu gotowi zmierzyć się z następnym tygodniem.

Dziś końcu znalazłam czas, żeby sprawdzić, co w świecie się wydarzyło i napisać co nieco.
W aparacie znalazłam nie tylko beskidzkie widoczki ale i ciasteczka, zrobione jeszcze na początku tygodnia. Nie było okazji ich pokazać a niedziela nadaje się do tego idealnie.
Będzie i słodko, i wytrawnie, i kwaskowato. Jak w życiu.


Czekoladowe tarteletki z kremem cytrynowym i bezą

ciasto na 8 tarteletek:

100 g zimnego masła
110 g mąki 
2 łyżki mielonych migdałów
1 łyżka kakao
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki kwaśnej śmietany
2 żółtka
szczypta soli

Jak w przypadku każdego ciasta kruchego, tu też liczy się szybkość. Im krócej masło będzie miało kontakt z ciepłymi rękami, tym lepiej. Mieszamy więc wszystkie suche składniki i przesiewamy przez sitko. W misce umieszczamy pokrojone na kawałki masło i żółtka. Wsypujemy mieszankę mąki, kakao, cukru i soli. Dodajemy śmietanę i mielone migdały. Włączamy mikser i mieszamy aż składniki z grubsza się połączą. Nie martwcie się widocznymi kawałkami  masła. Szybko zagniatamy kulę, formujemy z ciasta wałek, wkładamy do woreczka i chowamy na godzinę w lodówce. Po godzinie kroimy wałek na osiem części i rozwałkowujemy na cienkie placuszki. Placuszkami wykładamy formy tarteletek. Nakłuwamy widelcem i chowamy na 30 minut do lodówki. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Tarteletki wyjęte z lodówki przykrywamy papierem do pieczenia, lekko go dociskając do ciasta. Musimy je czymś obciążyć, żeby nam ciasto nie urosło. Ja stosuję do tego groch lub ciecierzycę.
Napełnione ciastem, papierem i grochem foremki pieczemy około 20 minut a potem studzimy. Formy z ciasta kruchego mamy gotowe.


Jeśli mogę wam coś poradzić, to upieczenie takich gotowych spodów na zapas, rozwiązuje niejeden problem. Schowane w szczelnie zamkniętym pojemniku są świetną deską ratunkową. Kiedy pojawi się nagły gość lub nagła potrzeba osłodzenia sobie lub komuś życia, macie gotowy elegancki deser. Wypełniony owocami czy nutellą i udekorowany np. śmietaną zaspokoi najbardziej wyrafinowanego łasucha.

Moje czekoladowe tarteletki spotkał taki właśnie los. Lemon curd zrobiłam z okazji świąt i nadszedł czas by zjeść go do końca. A zapas bez (bezów?) miałam głęboko schowany przed sobą i MMŻ.
Czyli z czegoś, co upiekłam miesiąc temu, ukręciłam dwa tygodnie temu i przygotowałam w zeszłym tygodniu wyszedł piękny i smaczny deser.



Polecam takie sztuczki. I życzę pięknej niedzieli

środa, 27 marca 2013

Lemon curd dla Majki





Od rana próbowałam spełnić obietnicę daną Majce.  Ale ja swoje a rzeczywistość swoje. Najpierw okazało się, że gdzieś przepadł drobny cukier. Coś go wchłonęło i na pewno nie byłam to ja. Aż takiego przerobu cukru nie mam.

Potem pilna potrzeba odwiedzenia znajomych odsunęła w czasie moje zobowiązanie. W okolicach południowych czas zajęła mi ryba w soli. 
Potem powrót MMŻ do domu przewrócił moje planowanie do góry nogami. Wiedziałam, że póki nie pozbędę się MMŻ, to zamiary spokojnego mieszania jajek z sokiem cytrynowym w ogóle nie wchodzą w grę.
Sprytnym wybiegiem powierzyłam mu odpowiedzialne zadanie wyprawy do myjni.  To dałoby mi godzinkę, która powinna wystarczyć, żeby krem cytrynowy stał się rzeczywistością.
I wtedy nastąpiła katastrofa w postaci brudnej smużki wody leniwie wypływającej spod pieca.
Akcja rozpoznawczo ratunkowa została rozpoczęta natychmiast a wyjazd MMŻ do myjni odroczony w czasie.  Nie ma to jak chłop w domu. Opanował sytuację w oka mgnieniu. Wbrew moim obawom nie nastąpiła w kuchni kanalizacyjna katastrofa.
Mogłam w końcu zabrać się za cytryny i jajka. 
W międzyczasie światło sobie poszło a dzień nieoczekiwanie przeszedł w wieczór. Dobrze, że utalentowane Dziecko było pod ręką. Zdjęcia wyszły smaczne.


Majka, ten lemon curd jest dla ciebie.

wg BBC
2 jajka
2 żółtka
100 g cukru
70 g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałki
3 wyszorowane cytryny (sok z 3,  skórka starta z 2)

Na piecu stawiamy garnek z wodą do ¼ wysokości garnka. Włączamy ogień i zagotowujemy wodę. Niech sobie wesoło pyrka.
W szklanej misce mieszamy ze sobą jajka i żółtka. Dosypujemy cukier. Mieszamy kilka sekund. Dodajemy sok i startą skórkę a na koniec pokrojone na kawałeczki masło. Miskę stawiamy na garnku z lekko gotującą się wodą. Mieszamy drewnianą łyżką aż całe masło się rozpuści. Potem drewnianą łyżkę zastępujemy trzepaczką. Nie ubijamy tylko mieszamy. Kremu nie trzeba napowietrzać. Mieszamy około 10 minut, dopóki krem się wyraźnie nie zagęści. Trzepaczka powinna w kremie zostawiać ślad. Wtedy zdejmujemy miskę z garnka. Nie przesadźcie z zagęszczaniem, żeby nie zrobić jajecznicy. Krem stygnąc, będzie dalej gęstniał.


Z podanych składników wyszło mi 440 ml kremu.
Mam nadzieję, że nie spóźniłam się z przepisem.


Udanego środowego wieczoru i smacznego

P.S.
Kurczaczkami, mieszaniem i zdjęciami zajęła się MidnightCookie.