Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ananas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ananas. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 maja 2017

Pająk nie waran czyli kokosowy mus z ananasem i białą żelką





















Boję się pająków. Jestem mało oryginalna, bo jakieś 60% ludzkości boi się pająków.
Odcienie tego strachu są różne: od niechęci i obrzydzenia do panicznej ucieczki gdzie pieprz rośnie.
Należę do tej ostatniej grupy.
A może powinnam powiedzieć, że należałam.
Oto historia mojego wychodzenia z fobii pająkowej.
Porządki działają relaksująco. Szczególnie kiedy jest niedziela. Nikt nie marudzi, że film, że chciałby pogadać, że znowu sprzątanie...itd.
Jestem sama z odkurzaczem i ścierą.
Macham rurą ssącą w przedpokoju i wtedy okazuje się, że tak całkiem sama jednak nie jestem.
Kątem oka widzi się czasem więcej. Niestety najczęściej są to, rzeczy, których nie chciałabym dobrowolnie oglądać. Mam czasami wrażenie, że to co widzimy kątem oka jest jakimś przekraczaniem granicy. Czasem widzę niewyraźny ruch, czasem co błyśnie, czasem się zakrzywi.
Tym razem mignęły mi nóżki, w ilości przekraczającej cztery. To był wystarczający powód do wzmożenia czujności. Pełny obrót zaowocował widokiem zmykającego ile sił w odnóżach pająka całkiem sporych (jak na moje granice wytrzymałości) rozmiarów.
Wrzask byłby bezcelowy. Od ściany do ściany naszego M nie było nikogo na kim moje wrzaski zrobiłyby wrażenie.
Nie było żadnego rycerza w zbroi, który ruszyłby na ratunek.
Uzbrojona w rurę odkurzacza próbowałam wygarnąć stworzenie spod lustra.
Akcję uznałam za zakończoną sukcesem. Pająk nie wypełzł, ja poczułam się bezpieczna. Ruszyłam dalej odkurzając resztę kątów.
Okazało się, że zwycięstwo odtrąbiłam za wcześnie.
Po godzinie zmagań z kurzem przyszedł czas na wodę.
Kiedy ponownie wkroczyłam do przedpokoju, pierwsze co zobaczyłam to pająk zapylający ile sił w nogach pod swoje z góry upatrzone miejsce pod lustrem. I po raz pierwszy zauważyłam, że ten mały pająk wygląda w wielkim przedpokoju jakby się zgubił. I zrobiło mi się go autentycznie żal.
On taki mały a ja taka wielka, na dodatek uzbrojona. Mój ty pająku, uparty jesteś. Niech ci będzie. Przysięgam uroczyście, że z mojej strony nic ci nie grozi. Żyj sobie w przedpokoju. Czas okiełznać bezpodstawne niechęci i zacząć żyć w symbiozie. Byle nasze ścieżki nie przecinały się za często.
Czy to początek końca moich pajęczych strachów? Wątpię, ponieważ na samą myśl o jesiennych krzyżakach na łące już dziś mnie ogarnia bezmyślna panika.
Ale może pierwszy krok zrobiony?

Mało kulinarna ta notka, prawda? Mnie to nie przeszkadza, a kto znudzony niech popatrzy niżej. Tam znajdzie pełną kuchenną poprawność czyli:









Kokosowy mus z ananasem pod białą żelką
(na cztery foremki)
mus pinacolada:

1 szklanka mleczka kokosowego
1 galaretka pinacolada, rozpuszczona w pół szklanki gorącej wody*
200ml kremówki
5 plastrów ananasa z puszki, odsączonych
*(jeśli robicie mus w gorący dzień lub boicie się, że galaretka nie stężeje, dodajcie 1 łyżeczkę żelatyny i rozpuśćcie razem z galaretką)

biała żelka:

1 tubka mleka skondensowanego słodzonego
100 ml kremówki
2 łyżeczki żelatyny

biszkopt:

2 jajka
2 łyżki drobnego cukru
2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli

Zaczynamy od upieczenia biszkoptu.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Ubijamy białka na sztywno. Dodajemy cukier i ubijamy do rozpuszczenia się cukru. Dodajemy żółtka i ubijamy jeszcze kilkanaście sekund.
Odkładamy mikser i dosypujemy mąki. Wcześniej mieszamy je ze sobą i przesiewamy przez sito.
Delikatnie mieszamy mąki z masą jajeczną.
Wykładamy ciasto na blaszkę i wyrównujemy powierzchnię.
Pieczemy 20 minut.
Po wystygnięciu zdejmujemy biszkopt z papieru i foremką, w której będziemy formować ciastka wycinamy kółka. One będą podstawą naszych ciastek.

Czas na mus kokosowo ananasowy. Ubijamy kremówkę i łączymy z wystudzoną i lekko stężałą galaretką. Dodajemy drobno pokroje plastry ananasa.
Delikatnie mieszamy.
Nakładamy do półkulistych, metalowych foremek (mogą być małe miseczki). Zostawiamy nieco miejsca by zmieścił się plaster biszkoptowego ciasta. Przyciskamy biszkopt do musu. Foremki wkładamy do lodówki by mus stężał.

W tym czasie przygotowujemy białą żelkę.
Żelatynę zalewamy odrobiną wody a potem stawiamy na garnku z gorącą wodą by się rozpuściła.
Kremówkę mocno podgrzewamy z mlekiem skondensowanym i łączymy z rozpuszczoną żelatyną.
Studzimy.

Kiedy mus kokosowy zastygnie (dobrze jest go włożyć na godzinę do zamrażarki) wyjmujemy go z chłodu i na kilka sekund wkładamy do wrzątku.
UWAGA: ostrożnie, by się nie oparzyć!
UWAGA: ostrożnie by nie nalać wody do foremki!
Kiedy ścianki się ogrzeją (tu wychodzi wyższość metalowych foremek nad ceramicznymi) mus wyskoczy bez trudu.
Zobaczycie przed sobą piękne białe kopułki pełne pysznego kremu. Stawiamy je na kratce by nadmiar polewy spłynął.
Wyjmujemy białą żelkę i polewamy mus. Schłodzenie musu w zamrażarce spowoduje szybkie stężenie żelki na musie.
Teraz pozostaje tylko chwilkę poczekać a potem przenieść ciastko na talerz.
Udekorowałam je białymi fiołkami. Opanowały całą grządkę z różami i aż się prosiły o użycie ich do białego deseru.

Smacznego i dużo radości w nareszcie słoneczny weekend.





A tym, którzy właśnie wybierają się oglądać warany, życzę dużo bezpiecznych wrażeń i cudnej przygody.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Różowy koktajl energetyczny i co nieco o Głodzie






















Wiem, że nie powinnam tu o tym pisać. Lecz siła literatury jest ogromna. Emocje, towarzyszące czytaniu zaś są tak wielkie, że muszę się nimi z wami podzielić.

Wyobraźmy sobie taką sytuację.
Idziemy w sobotę na obiad. Do naszej ulubionej restauracyjki. Mamy tam ulubione miejsce, ulubione dania i ulubionego kelnera. Prawie jak w domu, tylko lepiej, bo nie musimy gotować i zmywać.
Dania, które podają w tej knajpce są subtelne, ładnie nazwane i zawsze zbudowane na obowiązującej obecnie zasadzie korzystania z lokalnych produktów.
Na nasz widok pan Marcin (nasz ulubiony) rozkwita uśmiechem. My odpowiadamy uśmiechem, wymieniamy się uwagami, zarezerwowanymi tylko dla ludzi dzielących pewną intymność. On nas karmi, my jesteśmy mu wdzięczni.
Zazwyczaj to pan Marcin, konfidencjonalnie pochylony jakby zdradzał nam sekrety Mędrców Syjonu, kusi nas nowymi smakami.
Tak jest i tym razem. Jednak w jego zachowaniu zaszła pewna zmiana. Zamiast lekko pochylonej sylwetki widzimy stojącego prawie na baczność kelnera. Wygląda jakby miał nam zaprezentować nie menu ale rozkaz marszałka sił połączonych sztabów.
Jesteśmy zaciekawieni. Czy w menu pojawiło się coś nadzwyczajnego? Czy zamiast carpaccio z łososia zostaniemy zaskoczeni dziś potrawą niecodzienną?
Restauracja to miejsce bezpieczne. Czujemy się tutaj otuleni smakiem, zapachem. Zaopiekowani.
Nie chcemy hałasów, wrzeszczących czterolatków i nad aktywnych, przywiązanych do telefonów biznesmenów.
Nasza restauracja to bańka szczęśliwości. I niech wszelkie elementy uwierające pozostaną na zewnątrz.
Dziś jednak czeka nas niespodzianka.

Pan Marcin proponuje - mam nadzieję, że i dzisiaj zaufają państwo mojemu wyborowi. Dostaliśmy przed południem cudownie świeże zwłoki jelenia. We wczesnych godzinach porannych potrącił go samochód.
Pierwsze chwile są przewidywalne. Patrzymy na niego z niedowierzaniem. Przesłyszeliśmy się? Zwariował?
Jak można klientowi, czekającemu na nakarmienie, zaproponować czyjeś zwłoki?!
Ale Marcin snuje swoje kulinarne fantazje – wiszą też w chłodni cztery trupy dobrze skruszałych bażantów. Mogę zasugerować wyborną potrawkę z truflami.
Ogarnia nas oburzenie - pan powinien iść na urlop, panie Marcinie. Gotowanie uszkodziło panu wrażliwość.
Oczywiście wychodzimy, przysięgając sobie, że nasza noga więcej tu nie postanie.

To tylko wymyślona historyjka. Wzięła się z pewnych obserwacji. Komunikacyjnych. Komunikacja między nami odbywa się za pomocą słów. Przede wszystkim.
Zamieńmy słowo „stek” na słowo zwłoki. Użyjmy słowa trup w miejscu „tuszka”.
Widzicie różnicę. Jakby mniej smacznie się zrobiło. Prawda?
Nie zjem niczego, czego nie potrafiłbym zabić własnymi rękami. Nie chodzi o broń palną, bo to broń tchórzy. Chodzi o literalne ręce. Gołe i nie uzbrojone. I nie chodzi o przetrwanie czy obronę konieczną. Nie łapcie mnie za język.
Z góry zaznaczam, że nie jestem wegetarianką. Mięsa jem mało, ale jem. Ale mam wyobraźnię. I ona psuje mi apetyt.
Jakiś czas temu w supermarketach można było kupić zafoliowane małe prosiaczki. Świetną sprawą było obserwowanie reakcji klientów. Oburzenie, niesmak, obrzydzenie nawet.
Jak tak można, to nie może być. Kto to kupi?
Potem te oburzone pchały wózki do lady z porcjowanym karczkiem czy łopatką.
Pachnie hipokryzją.
A gdyby tak rzeźnie miały szklane ściany? No, nie. Na to jesteśmy za wrażliwi. To raniłoby nasze delikatne uczucia. Lepiej kupić świnkę na tacce. Bezosobowo. Kto by smażąc gulasz myślał, że kiedyś ten gulasz miał ogonek i wesoło (lub nie) chrumkał.
MMŻ, który z niejednego pieca chleb (i nie tylko) jadł, w młodości swej odwiedził masarnię i mleczarnię.
Jego wspomnienia do dziś są barwne i długo po jego opowieściach żywię się tylko tym, co na polu urośnie.

Nie lubimy nazywać sprawy po imieniu. Lubimy się mamić ładnymi sformułowaniami.
Może warto czasem zrobić sobie bezmięsny detoks. Spróbujcie i zobaczcie, że istnieje też świat bez zwłok i trupów na talerzu.
Takie oto naszły mnie rewolucyjne przemyślenia w związku z książką „Głód” Martina Caparrosa.

Wrażliwych przepraszam najmocniej, jeśli zepsułam im posiłek. Oburzonym przypominam, że póki co cenzura się nas nie ima.
Chyba dzisiaj jako ilustracja będą tylko kwiatki.
No może jeszcze coś najbardziej odległego od świata zwierzęcego: koktajl energetyczny.



Koktajl energetycznie różowy
pół szklanki soku z buraków
pół szklanki świeżego ananasa
pół szklanki malin
1 banan
pół szklanki wody kokosowej

Miksujemy, przelewamy do szklanek i pijemy.






Smacznego

środa, 16 marca 2016

Jak zostałam oszołomem czyli zielony zastrzyk energii o poranku

























Powiem tak. Jeśli myślałam, że wiosenne oszołomienie mnie minie, myliłam się.
Dzisiejsze zdjęcia niech będą dowodem.
Aby coś takiego zażyć rano trzeba się: po pierwsze dzień wcześniej przygotować czyli nabyć tzw produkty a po drugie wstać wcześniej niż zazwyczaj aby taką zieloną pożywkę zaaplikować sobie i otaczającemu światu.
Wcześniejsze planowanie jest działaniem z premedytacją.
Czyli wybrałam, nabyłam, wstałam, zmiksowałam i wchłonęłam.
Jeśli do tego dodać regularne wizyty w pobliskim parku moich obutych w adidasy nóg macie pełny obraz wiosennego oszołomstwa.
Jaki cel mi przyświeca?
Hm....zielony, czerwony, pomarańczowy, żółty. Ile energii drzemie w kolorach! Może kolory obudzą mnie do życia.
Tak, tak, tłumacz sobie kobieto, pomyślałam.
Prawda leży zupełnie gdzie indziej. I ma na imię moda. Nie doznałam objawienia wiosennego, tylko wpadłam w kipiel zdrowego życia.
Lepiej późno niż później, jak mówi Hollywood. Skoro Jack Nicholson może, to ja też.
Koktajle wylewają się z książek, czasopism, blogów, psiapsiółkowych pogaduszek.
Jako istota słaba i podatna na wpływy dałam się złowić nowym trendom jak płotka.
Wstaję rano, piję wodę z cytryną, zakładam kaptur i pędzę. No, trochę przesadzam. Wszyscy w parku są szybsi ode mnie. Ale traktują mnie jak swego.
Potem miksuję, wypijam i pławię się w luksusie samozadowolenia.
Wiosna ma jakiś narkotyczny wpływ na człowieka. Można żyć pół wieku i ciągle łudzić się iluzją, że tym razem wiosna coś zmieni.
Może dobrze jest się zastanowić nad tym co się lubi...a potem to robić.
Nawet jeśli lubienie przechodzi po dwóch miesiącach.
Kto wie, może w kwietniu rzuci mi się na mózg nurkowanie z rurką? Wszystko można usprawiedliwić wiosną.
Póki co, mieszam szpinak z malinami i doprawiam ostropestem.
To nawet zabawne, bo można obudzić w sobie kreatora.
Ofiarą moich szaleństw jest, oczywiście, najbliższe otoczenie, czyli MMŻ.
Przed porannymi wyprawami do parku dostaję zestaw przestróg w stylu: jest poniżej zera, dostaniesz zapalenia płuc.
Ale moje kolorowe mieszańce pije bez mrugnięcia okiem. Dobre i to.
Nie wiem jakie jest wasze podejście do wiosny, zmian i ulotności pewnych decyzji ale czasem dobrze jest zrobić coś w poprzek. Sobie, światu, najmilszemu i zdrowemu rozsądkowi.
Spekuluję, że w okolicach maja wrócę do normy. Na razie niech się dzieje.



Poranny mieszaniec w kolorze trawy

garść szpinaku
1 łyżka pietruszki
1 mały banan
solidny plaster ananasa
pół szklanki wody kokosowej
1 łyżeczka mielonego ostropestu
1 łyżeczka świeżego imbiru
sok z połówki cytryny

Miksujemy wszystko w blenderze i wypijamy bez pośpiechu i wyrzutów sumienia.



Jutro sięgnę po różowe.

Smacznego  

sobota, 30 stycznia 2016

Niech gra muzyka czyli szybki torcik pinacolada




















Dziś bez wstępów lirycznych bo jest sobota i czas najwyższy czerpać radość z leniwego przedpołudnia, nieśpiesznej kawy i towarzystwa MMŻ.
Co prawda małżonek mój sprawił sobie wczoraj prezent i jest dziś nim pochłonięty ale prezent jest niejako uzupełnieniem wolnej soboty. Dzięki niemu słuchamy sobie muzyczki.
O zachwycie MMŻ niech świadczy fakt, że wstał dziś wcześniej ode mnie. Za to do śniadania grało nam nareszcie to, czego sami chcieliśmy słuchać.
Niech żyje technologia i dobra muzyka!
Nie przynudzam, bo co tam będziecie siedzieć przed komputerem skoro można posłuchać np. Steve'a Hacketta i poczytać książkę bez wyrzutów sumienia.












Biały torcik pinacolada

(Foremka okrągła o średnicy 17 cm lub 3 małe o średnicy 12 cm)
spód kruchy:

1 szklanka ciastek owsianych
3 łyżki topionego masła

krem kokosowy:

1 szklanka mascarpone
1 puszka mleczka kokosowego (tylko gęsta część)
200 ml kremówki
1 łyżka żelatyny
3 łyżki cukru pudru

2 galaretki pinacolada (kupione w Kaufandzie)
ananas do dekoracji

Ciastka mielimy w blenderze na okruchy. Wlewamy wystudzone masło i miksujemy kilka sekund.
Otrzymamy ciasto podobne do mokrego piasku. Wykładamy nim małe foremki lub jedną większą.
Chłodzimy pół godziny w lodówce.

W tym czasie przygotowujemy krem kokosowy.
Zalewamy żelatynę 2 łyżkami wody by napęczniała. Potem stawiamy miseczkę z żelatyną na garnek z gotującą się wodą. Żelatyna się pięknie rozpuści.
Płynną żelatynę odstawiamy na bok by nieco wystygła.
Ubijamy śmietanę kremówkę. Dodajemy cukier puder.
W osobnej misce miksujemy mascarpone z kremem kokosowym (rzadszą część mleczka kokosowego możemy użyć do zrobienia porannego smoothies).
Łączymy ubitą śmietanę z kremem kokosowym.
Do schłodzonej żelatyny dodajemy łyżkę kremu. Mieszamy dokładnie. Dodajemy jeszcze łyżkę kremu. I znów mieszamy.
Teraz możemy wymieszać resztę kremu z oswojoną żelatyną. Jest duża szansa, że się nie zetnie przedwcześnie.

Wyjmujemy spody ciasta z lodówki. Nakładamy krem do foremek i znów wstawiamy do lodówki.
Galaretki rozpuszczamy w 2 szklankach wrzątku. Kiedy wystygnie, wylewamy ją na zastygły krem kokosowy.
Wstawiamy do lodówki.
Gotowe ciasto dekorujemy śmietanowymi rozetkami i cząstkami ananasa.





Idźcie i cieszcie się sobotą. Smacznego

sobota, 5 stycznia 2013

Melancholijna sałatka z ananasa




Jeśli wierzyć wróżbom na początek roku, to jaki pierwszy dzień taki cały rok. Do końca roku jeszcze trochę zostało, ale na razie wszystko się spełnia. Całe cztery dni minęły mi tak, jak pierwszy dzień.  Na płaczu.
Dzień pierwszy. Dziecko sobie pojechało. Płaczę.
Dzień drugi.  Dziecko sobie pojechało. Melancholia. Płaczę.
Dzień trzeci. Dziecko sobie pojechało. Melancholia. Coś mi się zepsuło w biodrze. Boli jak cholera. Płaczę.
Dzień czwarty. Dziecko pojechało. Melancholia. Biodro boli. Kroję cebulę. Płaczę.
Ciekawe co mnie czeka jutro?
Optymizm mnie nie opuszcza. Może sobie popłaczę tak na wszelki wypadek.
I spożytkuję tę cebulę. Jak myślicie, dlaczego?



Sałatka ananasowa z czerwoną cebulą

1 ananas
1 czerwona cebula
pęczek rukoli
3 łyżki oliwy
1 łyżka octu gruszkowego (lub po prostu cytryny z połową łyżeczki miodu)
pół łyżeczki łagodnej musztardy
1 łyżeczka sosu sojowego
1 mały ząbek czosnku
pieprz
łyżka uprażonych orzechów nerkowca
łyżka liści kolendry

Ananasa obieramy i kroimy w kostkę.
Na talerzu rozkładamy rukolę. Na niej kładziemy kostki ananasa. Posypujemy je cienko pokrojoną w półkrążki czerwoną cebulą.
W słoiku mieszamy oliwę, ocet, musztardę, sos sojowy, rozgnieciony ząbek czosnku i pieprz. Orzechy lekko prażymy na suchej patelni.
Sałatkę polewamy sosem i posypujemy orzeszkami i kolendrą.
Stawia na nogi i daje energetycznego kopa wszystkim zapłakanym mazgajom. A tym, którzy już mają energii za dwóch, nieco chłodzi gorączkę myśli. Tak czy inaczej, sałatka warta polecenia.



Pozdrawiam bardzo i życzę smacznego

czwartek, 10 maja 2012

Słodko, kwaśno, uroczo czyli tarteletki z rabarbarem i bezą.




W zeszłym tygodniu piekłam tartę z rabarbarem.
Po wielu latach obdarzania go jawną niechęcią, postanowiłam, że dam mu jeszcze jedną szansę. W dzieciństwie słowo – rabarbar miało tylko jeden wydźwięk, negatywny. Kompot z niego był fuj, ciasto drożdżowe – ohyda, dżem – zgroza. Czyli klęska na całej linii.
I nagle zachciało mi się tarty rabarbarowej. Takiej słodko kwaśnej i biało różowej.
Żelazo trzeba kuć póki gorące. Żeby mi nagle afekt do kwaśnych łodyg nie minął, wysłałam dziecko, by zdobyło rabarbar.
Poszła, rozpoznała, zdobyła.
Uprzejmość sąsiadów jest bezkresna, bo z otrzymanej ilości warzywa (tak, tak, drodzy Państwo, on jest warzywem), mogłam z dziesięć tart upiec.
Jedno mnie tylko niepokoiło, kolor. Ja sobie wymarzyłam nadzienie różowe, a leżące przede mną łodygi były wściekle zielone.
A może to nie rabarbar? Wystarczył jednak jeden kęs, by przerażające wspomnienia z dzieciństwa wróciły. To na 100 procent jest rabarbar. Może on zmienia kolor jak kameleon? Nic nie wiadomo było o nadzwyczajnych jego zdolnościach. Ale kto wie?
Upiekłam tartę.
Tak szybko jak się zdecydowałam na zmierzenie się ze zmorą dzieciństwa, tak szybko ciasto zniknęło z talerza.
Niby smakowo spełniło moje zachcianki….tylko ten kolor….zielony.
Wiadomo było, że zmierzę się z nim jeszcze raz. Kolejną porcję kupiłam na targu. Tym razem łodygi musiały być czerwone. Potem już było z górki.
Porcja ciasta leżała sobie w lodówce. Miałam szansę poprawić to, co w prototypie mnie rozczarowało.
Co z tego wyszło? Tarteletki z mascarpone, karmelizowanym rabarbarem i ananasem i bezą.
Dlaczego użyłam ananasa? Ponieważ został mi z sałatki i wydawało mi się, że z rabarbarem stworzą udaną parę. Miałam rację. Nieco bezsmakowy polski badyl zyskał na smaku w połączeniu z zamorskim przybyszem.


Tarteletki z mascarpone, karmelizowanym rabarbarem i ananasem i bezą.

ciasto kruche na 6-8 tarteletek

1 szklanka mąki pszennej
100 g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
1 żółtko
1 łyżka kwaśnej śmietany
szczypta soli

karmelizowany rabarbar z ananasem

6 łodyg rabarbaru
6 krążków ananasa z puszki
pół szklanki soku z ananasa
1 czubata łyżka cukru
2 strączki zielonego kardamonu (wyłuskane i utarte w moździerzu)

Beza
(na 10 niedużych bezików)

2 białka
130 g cukru pudru
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka mąki kukurydzianej

do przełożenia:

100 g mascarpone
100 ml kremówki
2 łyżki cukru pudru

Kto by pomyślał, że aby zrobić kilka rabarbarowych maleństw potrzebujemy takiej długiej  listy.
Ciasto kruche robi się błyskawicznie. Niestety wymaga chłodzenia, więc trochę czasu nam zajmie.
Szybciutko siekamy nożem wszystkie składniki. Im mniej będą miały kontaktu z ciepłymi rękami, tym lepiej. Jeśli możecie,  powierzcie tę pracę maszynie. Potem uformujcie placek (łatwiej się potem wałkuje niż kulkę) i włóżcie go do lodówki na godzinę.

Rabarbar kroicie na kawałki mniej więcej 3-4 centymetrowe. Ananas również. Sypiecie cukier i kardamon. W rondelku smażycie kwaśnego i aromatycznego aż puszczą sok. Przekładacie je na sitko. Cały sok z rabarbaru razem z sokiem z ananasa odparowujecie aż będzie gęsty. Łączycie z ananasem i rabarbarem. Studzicie.

Teraz zabawa z bezą. Ubijacie białka i kiedy są już sztywne, po łyżeczce dosypujecie cukier. Ubijacie i znów sypiecie cukier. Na koniec ubijając, wlewacie sok z cytryny i mąkę kukurydzianą.
Jeśli potraficie posługiwać się rękawem cukierniczym, to na blachę wyłożoną papierem, wyciśnijcie zgrabne krążki. Ja mam z tym kłopoty i moje bezy zawsze wyglądają nieco kubistycznie.
Wkładacie blachę do nagrzanego do 130 stopni piekarnika i suszycie bezy 50 minut. Potem uchylacie drzwi piekarnika i zostawiacie w nim ciastka, póki nie ostygną.

Bezy wyjmujecie i podwyższacie temperaturę pieca do 180 stopni. Będziecie piec tarteletki. Ciasto kruche wyjmujecie z lodówki, rozwałowujecie i cienkimi plastrami wykładacie foremki. Nakłuwacie widelcem i pieczecie 10-15 minut. Aż będą złote. Studzicie.

Mascarpone ubijacie i mieszacie z ubitą kremówką i cukrem.



Uf. Dobrnęliście prawie do finału.
Do tarteletki nakładacie mascarpone. Na białą warstwę dajecie łyżkę rabarbaru. Na rabarbar stawiacie bezę. Voila!

Mam dwie uwagi.
Po pierwsze, te małe ciasteczka tylko wyglądają tak niewinnie. Ich konstrukcja uniemożliwia zjedzenie ich w estetyczny sposób. Jeśli zamierzacie zaprosić wymagającą teściową lub kolegę estetę, przygotujcie raczej sernik. Okruchy, okruszki i kleksy śmietany są nieuniknione.
Ale w gronie swojaków, jedzenie tych drobiazgów wywoła ogólny śmiech. Wszyscy będą upaćkani. Zróbcie zawody, kto poradzi sobie najzgrabniej.



Druga uwaga jest ponadczasowa: nigdy nie mów nigdy.
Rabarbarze witaj!

Smacznego i dużo wesołego gotowania