wtorek, 19 lipca 2016

Lipowa panna cotta czyli letnia bagatelka i całkiem poważne rozważania





















Chyba byliśmy niegrzeczni, bo za karę mamy pogodę jak w październiku.
Ale w takim razie za co Anglicy mają śródziemnomorskie lato?
Ich to dopiero powinno pokarać!
My nie dość, że mamy dobrą zmianę, ministra obsequious, lawinę pomników na horyzoncie, to jeszcze leje, mży, dżdży, siąpi i przecieka.
Ktoś dowcipny powiedział dziś, że lato już było, teraz trzeba zacząć zbierać chrust.
My z MMŻ już w miniony weekend zadbaliśmy o naszą ciepłą przyszłość i pół dnia spędziliśmy przy pile i siekierze. Właściwie to MMŻ spędził. Ja byłam tylko podającym i przytrzymującym. Wióry leciały na wszystkie strony a słuch straciłam do końca dnia.
Może i dobrze, ponieważ resztę weekendu MMŻ narzekał jak go plecy i nie tylko bolą. Udawałam, że robota padła mi na uszy i nie musiałam wyrażać nieszczerego współczucia.
W niedzielę na szczęście dla MMŻ wróciła mokrość i zimno i można było z czystym sumieniem oddać się lekturze i spaniu.
Jakieś dziwne to lato. Niby jest jak zawsze. Trawa rośnie jak zmutowana, sójki zjadły porzeczki, czereśnie pożarły szpaki, maliny zaatakowały ślimaki a ogórki pokryły się szarym nalotem. Deszcz pada, gorące dni można na palcach policzyć.
Tylko dynie trzymają się dziarsko ale one są na dopingu kalifornijskich dżdżownic.
Nie wiem jaki będzie efekt końcowy mojej dyniowej uprawy ale MMŻ zaklina się, że obcy, sprowadzony z drugiej strony świata, dokona na grządkach cudu.
- Ostatni, który dokonywał cudów, skończył tragicznie – pomyślałam z powątpiewaniem.
Sceptycznie, jak widać, jestem nastawiona nie tylko do pogody w ogóle ale pogody ducha również.
A co słychać w kuchni? Słychać jak ogień huczy i czasami garnki pyrkoczą; a to z konfiturą morelową, a to z galaretką porzeczkową, a to z kiszonymi ogórkami.
Przetwórnia „Pasikonik” za nic ma kaprysy pogody. Nie powiem, żeby pracowała pełną parą. Raczej mam wrażenie, że jako naczelny przetwórca, obijam się w tym roku haniebnie.
Jedno, czego na sto procent zrobię dużo, to sos pomidorowy. Zeszłoroczny skończył się nieoczekiwanie zanim tegoroczne pomidory dojrzały. Albo nasza konsumpcja wzrosła, albo moje lenistwo jest sprawą nie tylko tego roku. Trzeba się nad tym pochylić i przyrzec poprawę.
Na razie zamiast ilości hurtowych bawię się małym detalicznym drobiazgiem.
Raz zrobię malinową panna cottę, innym razem moczę kwiaty lipy w kremówce i panna cotta jest lipowa.
O takie sobie słodkie bagatele.
Wszystko po to, by odwrócić własną uwagę od świata....mokrego, zimnego, podzielonego, coraz mniej zrozumiałego.



Lipowa panna cotta
1 szklanka kwiatów lipy
1 szklanka kremówki
1 szklanka mleka
2 łyżeczki żelatyny
pół łyżeczki esencji waniliowej
2 łyżki cukru

Mleko i kremówkę mocno podgrzewamy. Nie musimy ich gotować. Wystarczy jeśli będą bardzo gorące. Zalewamy gorącym płynem kwiaty i odstawiamy na kilka godzin, a najlepiej na noc.
Następnego dnia przecedzamy płyn przez sito.
Żelatynę wsypujemy do miseczki i zalewamy dwiema łyżkami zimnej wody. Kiedy napęcznieje, stawiamy miseczkę na garnuszku z gorącą wodą by żelatyna się rozpuściła. Podgrzewamy w osobnym rondelku mieszankę mleczno lipową. Dodajemy cukier i wanilię. Kiedy cukier się rozpuści, zdejmujemy rondel z ognia i mieszamy z płynną żelatyną.
Wlewamy płyn do miseczek i schładzamy. Chłodny umieszczamy w lodówce.
Kiedy stężeje, dekorujemy owocami i podajemy.

Zamiast kwiatów lipowych (te zbliżają się już do przekwitnięcia) można użyć świeżej mięty, melisy, cytrynowego tymianku, płatków róży cukrowej czy nawet bazylii lub pędów sosny.
Każdy z takich eksperymentów pokaże nam jakie nietuzinkowe efekty można osiągnąć sięgając nieco dalej niż zazwyczaj.





Smacznego

piątek, 8 lipca 2016

Piekło, niebo czyli anielski placek morelowy z diabelskim habanero





















Spokojne życie ma to do siebie, że się nudzi. Czasami szaleństwa przyjmują całkiem zaskakującą postać. Zamiast prosto po pracy do domu, żądny urozmaicenia człowiek, wysiada przystanek wcześniej i idzie posiedzieć w parku. Co go tam spotyka? Otóż zieleń, spokój, ptasie trele.
Tylko tyle i aż tyle. I siedzi sobie człowiek na ławce i dziwi się, że świat może tak (to znaczy inaczej) wyglądać.
Trwa w tym osłupieniu do chwili aż znak naszych czasów czyli komórka, ajfon bądź inny smartfon przywoła go do rzeczywistości.
To zaniepokojona opóźnieniem mama, żona, córka bądź teściowa wydobywa nieszczęśnika z błogostanu.
Dziecko odebrać, psa wyprowadzić, samochód umyć, myśli niesforne odegnać.
W tym codziennym harmonogramie zajęć i obowiązków czas na szaleństwa (nawet tak niewinne jak samotny kwadrans w parku) nie są wkalkulowane.
No bo kto to widział. Tak marnować czas?!
Przecież trzeba w tym czasie...no właśnie. Trzeba?
Daliśmy się zagonić w kozi róg. Biegamy jak szaleni od świtu do zmierzchu. Ktoś nam kiedyś obiecał, że komputery ułatwią nam życie. Czyżby?
Technologie służą człowiekowi. Aha. Któremu? Może temu, który nie wyobraża sobie godziny spędzonej na ławce w parku? Albo temu, dla którego odpalenie rano kompa jest ważniejsze niż buziak na dzień dobry. Czasami wydaje mi się, że jest odwrotnie.
Komputer najlepszym przyjacielem człowieka. To hasło inaczej kiedyś brzmiało.
To, co zrobiliśmy z naszym życiem przy użyciu komputerów zadziwiłoby nawet Orwella.
Tony papieru zapisano przestrzegając nas przed nadmiernym eksploatowaniem internetu; że asocjalne, że wykluczające, że powierzchowne, że uzależniające. I co?
Nic.
Nikt z nas nie jest sobie w stanie wyobrazić tygodnia bez niego. Świat by się skończył, zmarli wstali by z grobów a ziemię połknąłby kosmiczny wieloryb.
Próbowaliście wyjechać na urlop i wyłączyć komórkę?
To trudniejsze niż by się wydawało. Nikt nie lubi tracić kontroli. Co prawda, nie wyobrażam sobie nad czym kontrolę można mieć czytając maile, ale niech będzie.
Razu pewnego w uroczej Prowansji MMŻ spędził dwa tygodnie jeżdżąc dookoła Bonnieux i szukając zasięgu. W kraju ojczystym toczyły się jak zwykle Ważne Sprawy i MMŻ ani w głowie miał zachwyty nad mostem w Avignon czy małżami w białym winie.
Od rana zamartwiał się czy złapie zasięg i dotknie swymi wirtualnymi palcami spraw zawodowych.
My zaliczałyśmy zamki markiza de Sade (w celach dydaktycznych ma się rozumieć) i targi śmierdzących serów a MMŻ na kolejnym parkingu urządzał bazę kontaktów ze światem (tym prawdziwym, bo nie urlopowym).
Po powrocie do domu my chwaliłyśmy się nowo nabytymi francuskimi słówkami a MMŻ mógł stworzyć z pamięci mapę zasięgu telefonii komórkowej w rejonie Luberon. Nawet fakt, że chorował na urlopie, przeszedł nie zauważony przez niego.
A wiecie co było najlepsze?
Sprawy, tak nie cierpiące zwłoki w czasie urlopu, po powrocie wyglądały dokładnie tak, jak przed wyjazdem.
Tak, to był niezapomniany urlop.
Może czasami dobrze jest pozwolić sobie na kwadransik nudy?

Ciasto z mojej dzisiejszej propozycji nudne nie jest. O nie.
Anielska w smaku morela może i mogłaby się otrzeć o wątpliwości w tej dziedzinie ale element diabelski skutecznie jej to uniemożliwi.
Papryka i morela? Dlaczego nie?
Spróbujcie.
Prywatnie muszę ogłosić, że w moim rankingu ciast, to znajduje się w ścisłej czołówce. I sama jestem tym zdziwiona. Coś tak prostego może zrobić takie wrażenie! No, no....
Ciasto jest wariacją na temat ciasta z mojego ulubionego call me cupcake.



Kruche ciasto z morelowym nadzieniem i habanero
dla formy o średnicy 22 cm

ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
250 g zimnego masła
2 łyżki cukru pudru
kilka gałązek macierzanki lub tymianku cytrynowego (tylko listki)
ćwierć łyżeczki soli
4-5 łyżek lodowatej wody

morelowe nadzienie:
1 kg moreli
4 brązowego cukru
1 łyżeczka esencji waniliowej
1 papryczka habanero*, drobniutko pokrojona (ilość zależy od indywidualnego progu tolerancji ostrości)
4 łyżki mąki ziemniaczanej lub skrobi kukurydzianej

oraz 4 łyżki konfitury morelowej

Wszystkie sypkie składniki ciasta mieszamy. Wrzucamy masło pokrojone w małą kostkę. Siekamy nożem lub pomagamy sobie mikserem. Kiedy ciasto nabierze konsystencji okruchów, wlewamy po łyżce lodowatą wodę. Miksujemy do połączenia się składników w kulę.
Dzielimy ciasto na dwie części, wkładamy do lodówki na godzinę.

Morele dzielimy na ćwiartki. Mieszamy z resztą składników nadzienia.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki. Jedną część wałkujemy na placek większy od formy. Najlepiej wałkować ciasto między dwoma kawałkami papieru do pieczenia.
Przekładamy ciasto na formę, wykładając dno i boki formy.
Spód ciasta smarujemy konfiturą morelową. To zapobiegnie namoczeniu ciasta nadzieniem morelowym.
Drugą część ciasta również wałkujemy i tniemy na paski, z których robimy kratownicę na nadzieniu.
Za pomocą widelca przyciskamy brzegi kratki do krawędzi ciasta.
Smarujemy kratkę rozmąconym jajkiem.
Wkładamy ciasto do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni i pieczemy 50 minut.
Jeżeli kratka zacznie się zbyt szybko rumienić, przykrywamy ciasto folią aluminiową.
Upieczone ciasto wyjmujemy i studzimy.
Gałka lodów waniliowych jest w tym przypadku jak najbardziej uzasadniona.

* habanero to diabeł wcielony; może i nie wygląda pokaźnie ale tkwi w nim moc oddechu Belzebuba. Uważajcie!






Smacznego

wtorek, 5 lipca 2016

Sałatka z pstrągiem, wężową rzodkiewką, pieczonym burakiem i kwiatami begonii czyli rozważanie o czasie






















Trzy tygodnie to dużo czy mało?
Jeśli czekamy na operację zaćmy, to tyle co nic. Każdy czekający podskoczyłby z radości.
Czekający z bolącym zębem na wizytę u dentysty trzy tygodnie traktowaliby zapewne jak wejście w przedsionek piekieł.
A w życiu tzw codziennym? Ile to jest trzy tygodnie?
Dwadzieścia jeden dni czyli 504 godziny czyli 30 tysięcy 240 minut czyli 1 milion 814 tysięcy 400 sekund.
Robi wrażenie?
Ile z tych minut jesteśmy świadomi? Co wartego zapisania w kalendarzu wydarzyło się w tym czasie?
Zaczęliśmy z sukcesem mistrzostwa Europy.
Odpadliśmy z mistrzostw Europy.
Skończył się kolejny rok szkolny.
MMŻ miał urodziny....też kolejne.
Wielka Brytania pokazała kontynentowi środkowy palec.
Wkroczyliśmy w lato kalendarzowe.
Ktoś się urodził.
Ktoś umarł.
Gremialnie wyjechaliśmy na wakacje.
Pewna pani dowiedziała się, że jej mąż ma dwuletnią córkę z inną panią.
Małe radości, duże radości.
Małe smutki, duże tragedie.
Nic nie znaczące trzy tygodnie.
Jedyne i niepowtarzalne trzy tygodnie w życiu.







Sałatka z pstrągiem, wężową rzodkiewką, begonią i pieczonymi buraczkami

garść sałaty ulubionej
wędzony lub upieczony pstrąg (bez ości)
2 buraczki upieczone w piekarniku (moje są żółte)
garść wężowej rzodkiewki* (lub zwykłej)

do dekoracji:
kwiaty begonii
liście świeżego oregano

sos:
1 łyżeczka łagodnej musztardy (np. miodowej)
2 łyżki soku z cytryny
6 łyżek dobrej oliwy
ćwierć łyżeczki soli
1 łyżka oreganowych listków
pieprz

Buraczki do sałatki możemy upiec na dwa sposoby. Pierwszy to zawinąć umyte buraki w folię aluminiową i piec w piekarniku do miękkości czyli około 50 minut.
Drugi sposób, mój ulubiony, to obrać buraczki, pokroić na kawałki wielkości sporych frytek, wymieszać z oliwą i solą i piec na blasze aż nieco sczernieją na krawędziach. Trwa to około 25 minut. Teraz buraczki są młodziutkie i łatwo je zmusić do uległości, Ten sposób wydobywa z buraka to, co w nim najsłodsze.

W słoiczku mocno wstrząsamy wszystkie składniki sosu. Upieczone buraczki rozkładamy na sałacie. Między buraczki kładziemy kawałki pstrąga i rzodkiewki.
Posypujemy całość listkami oregano i pączkami begonii.
Polewamy sosem przed podaniem. Opiekamy bagietkę i w upalny lipcowy dzień mamy obiad aż miło.

*takie dziwo urosło mi na grządce. Wygląda jak fasolka a smakuje jak rzodkiewka





Smacznego