Żyjąc w pięknych okolicznościach przyrody trzeba się liczyć
z tym, że przyroda się z tobą nie liczy.
Nagle pewnego ranka budzisz się a po twojej kołdrze
spokojnie spacerują dwa krocionogi. Lub ni z tego ni z owego, taras opanowały
ślimaki.
Wiadomo, że o roślinki na grządkach odbywa się regularna
wojna. Albo my, albo oni.
Klęski przychodzą cyklicznie raz jako pędraki, raz pod postacią gąsienic lub czerwcowych kowalików. Plagi egipskiej tylko brakuje.
Klęski przychodzą cyklicznie raz jako pędraki, raz pod postacią gąsienic lub czerwcowych kowalików. Plagi egipskiej tylko brakuje.
Jedynie mszyce są odporne na mody, pogodę i moje wysiłki. Są
zawsze.
Jeśli toleruję obecność obcych w ogródku, to dom uważam za
moją twierdzę. I tak ma pozostać.
Ale nawet gdybym spisała tę zasadę złotą czcionką na
posrebrzanym papierze, to będzie to porozumienie jednostronne. Ja swoje, a
przyroda swoje.
Dzisiejszego poranka, kiedy zaspane oczęta namierzyły w
końcu okulary, ku memu oburzeniu okazało się, że zaczęła się inwazja. Bez
wstępów, zapowiedzi, napiętej sytuacji. Kładłam się spać otulona pokojem i
poczuciem bezpieczeństwa. A pod osłoną nocy wróg rozstawiał swoją ruchliwą armię
po kątach. Zajmował strategiczne punkty kuchni. Opanował zaplecze i wyszedł na
pierwszą linię frontu czyli na stół.
Gatunek ludzki zareagował przewidywalnie. Najpierw były
okrzyki i machanie rękami. Po kilku minutach chaotycznego miotania się po
kuchni i niekontrolowanych zderzeniach, sięgnęliśmy po broń chemiczną. Odtrąbiliśmy
zwycięstwo. Mrówki zniknęły jak lotna brygada. Jak się
okazało, dwie godziny później, tylko z naszych oczu.
Wczoraj upiekłam moją pierwszą w życiu blachę drożdżowego
ciasta. Nie wyszło może pięknie, ale było absolutnie smaczne. Z morelami i pastą
pistacjową*.
Leżało sobie w blaszce jak w łóżeczku, przykryte pergaminem.
Tam właśnie znalazłam całą mrówczą armię.
Właściwie im się nie dziwię. Ciasto było przepięknie
wyrośnięte, muślinowe. Morele dojrzałe i wypełnione pastą pistacjową. Czegóż
chcieć więcej?
Poświeciłam ciasto by pozbyć się wroga. Blaszka powędrowała
razem ze swoimi zdobywcami w pole.
Dobrze, że wczoraj nie mogąc się powstrzymać, spróbowałam kawałek.
Przynajmniej wiem jak smakowało.
Całe szczęście, że na krzakach wiszą czarne porzeczki. Trzeba zabrać
się za upieczenie ciasta.
Ale kolejne ciasto ustawię na zaminowanej ziemi i otoczę
zasiekami . Żadna mrówka się nie przedrze.
Ciasto drożdżowe z morelami i pastą pistacjową* (lub
marcepanem)
na blaszkę o rozmiarach 30 x 25
pół szklanki mleka
pół szklanki cukru
pół kostki masła
2 jajka
25 dkg świeżych drożdży
3 szklanki maki pszennej
1 kg moreli
200 g pasty pistacjowej lub marcepanu
szczypta soli
Do sporej miski wsypujemy przesianą mąkę ze szczyptą soli.
Robimy wgłębienie i kruszymy do niego drożdże z 2 łyżkami cukru. Podgrzewamy
mleko. Powinno być letnie. Wlewamy 2 łyżki na drożdże z cukrem. Przysypujemy
mąką i przykrywamy miskę. Zostawiamy na 15 minut. W tym czasie podgrzewamy
resztę mleka z resztą cukru i masłem. Niech się rozpuszczą. Potem studzimy płyn
do temperatury pokojowej i wbijamy jajka. Mieszamy aby uzyskać jednolitą masę. Wszystko
wlewamy do miski z mąką i podrośniętymi drożdżami.
Mieszamy a potem wyrabiamy na gładkie ciasto.
Jeśli będzie się kleić do rąk, podsypujemy nieco mąką, ale powinno
być raczej luźne.
Zostawiamy w misce do wyrośnięcia czyli około godziny.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia.
Ciasto wyjmujemy z miski i delikatnie rozciągamy do wielkości
blaszki.
Morele dzielimy na połówki. Na tarce ścieramy pastę
pistacjową lub marcepan i układamy na nim połówki moreli, skórką do dołu. Do
każdej moreli wkładamy kawałek pasty. Odstawiamy ciasto na pół godziny żeby jeszcze nieco podrosło.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni .
Do gorącego pieca kładziemy ciasto i pieczemy 40 minut.
Tutaj muszę się do czegoś przyznać. Nie przewidziałam, że ciasto w piekarniku tak urośnie.
Morele się rozjechały i byłam rozczarowana widokiem.
Za to po ukrojeniu pierwszego kawałka okazało się, że to
najlepsze ciasto drożdżowe jakie jadłam do tej pory. Ze szklanką mleka było
nieziemskie.
Mrówki miały chyba podobne zdanie.
* pastę pistacjową przywiozłam z Sycylii. Ma soczysty zielony kolor i smakuje pistacjami. Robi się ją jak marcepan. W cieście można ją nim zastąpić.
Smacznego i świętego spokoju na niedzielę życzę