środa, 4 września 2013

Kurczak z lasu czyli ty nas w końcu otrujesz





Ty nas w końcu otrujesz – powiedział MMŻ.
Rozmowa na temat ewentualnej śmierci  z powodu otrucia miała miejsce jakiś czas temu. Tematem rozmowy były rzeczy rzadko lub wcale przeze mnie w kuchni stosowane. Rabarbar, szczaw, rzepa, pasternak. O dziwnych przyprawach nie wspomnę. Nawet jeśli sięgałam po nie, to raczej z ciekawości niż zamiłowania. Po jednorazowych próbach, odkładałam na półkę z napisem odhaczone i zapominałam o nich.

Ludzie dzielą się na tych co lubią wiedzieć i na tych, którzy nie muszą wiedzieć. Pralkę doceniam za jej wkład w naszą czystość ale jak jest zbudowana wiedzieć nie muszę. Tak samo jest z MMŻ. Danie musi smakować, ale z czego jest zbudowane to wiedza zbędna. Prowadzi to do nieco błędnych wniosków, że na przykład dynia jest trująca. Nie w sensie dosłownym ale kulinarnym.
Po wymianie zdań na temat zastosowania szczawiu, doszłam do wniosku, że czego oko nie widzi tego sercu nie żal. Skoro MMŻ przeżył już ze mną parę lat w dobrym zdrowiu, to moje eksperymenty widocznie były bezpieczne.
Nie wiedziałam, że najciekawsza przygoda kulinarna dopiero przed nami.

Sad, rosnący koło domu jest wiekowy. Drzewa częściowo przeszły w nim na emeryturę. Niektóre nie owocują, niektóre rodzą śliwki, które występują już tylko w literaturze. Ten smak znają chyba jeszcze nasze babcie. Śliwka węgierka niespotykana w sklepie.
Okazuje się, że śliwka może być źródłem nie tylko owoców ale i czegoś jeszcze.
Huba na drzewie nie jest niczym szczególnym w starym sadzie. Ale huba jaskrawo żółtego koloru wyglądała jak różowy krasnoludek w środku zielonego lasu. Ignorowałam ją kilka dni. Jaki pożytek może być z grzyba typu huba?
Dopóki nie zjawiło się Dziecko, które oznajmiło, że wyrósł nam „chicken of the woods”.
Dziecko jest nieco ekscentryczne, więc nikt specjalnie się nie zdziwił. Zażądaliśmy wyjaśnień. Te znalazły się w literaturze fachowej. To, co w obcym języku brzmiało tak intrygująco, po polsku znaczyło ni mniej ni więcej tylko „żółciak siarkowy”. Ble!
Zjedlibyście coś co nazywa się żółciak? Na dodatek siarkowy? Never!
I tu popełnilibyście niewybaczalny błąd. Żółciak jest przepyszny. Wygląda jak dziób Kaczora Donalda a smakuje jak skrzyżowanie kurczaka z mozzarellą. Po usmażeniu.




Nie powiem, żeby nie było dreszczyku emocji, kiedy delikwent wylądował na talerzu. Oto doskonała ilustracja podejrzeń o otrucie.
Jestem dzielna i zjadłam pierwszy kęs. Rodzina obserwowała mnie z uwagą. Uczciwie przyznam, że nie wszyscy byli na tyle odważni, żeby spróbować. I bardzo dobrze, bo było go niewiele.
Teraz obserwuję śliwkę, która zaowocowała kurczakiem w lesie. Może znów się coś wykluje?



Przepis na chicken in the woods, jeśli kiedyś wam się taki trafi.

1 (lub wiecej) sztuka grzybka, młodego (stare są niedobre, podobno)
1 ząbek czosnku
1 szalotka
kilka gałązek tymianku
1 łyżeczka oliwy
2 łyżeczki masła
kromka dobrego chleba

Rozgrzewamy patelnię z masłem i oliwą. Szklimy cebulę i czosnek. Dorzucamy grzyba pokrojonego na plastry i nieco liści tymianku. Smażymy aż grzybek nie będzie intensywnie pomarańczowy.
Smarujemy kromkę chleba masłem i kładziemy na nią sałatkę, rukolę czy roszponkę. Na górę serwujemy plastry grzyba i posypujemy tymiankiem.







Bez obaw, smacznego.

niedziela, 1 września 2013

Nalewkowa pułapka i ciasto śliwkowe z kremem migdałowym



Przyjemne na pozór czynności mogą się okazać pułapką.
No, bo czy może być coś przyjemniejszego w sobotnie przedpołudnie niż przelewanie, mieszanie, smakowanie nalewek?
Niejedna dusza westchnie: takiej to dobrze.
Tylko na pierwszy rzut oka. Dalej bywa niebezpiecznie.
Sobota od wczesnego rana była jak marzenie. Koniec ze słowem „muszę”. Dziś używam tylko słowa „mogę” i „chcę”.
Śniadanie, pogaduszki, przeciąganie się w fotelach, zapach kawy. Same przyjemności.
Na fali tych przyjemności postanowiłam wziąć się za porządki w nalewkach. Zapasy butelkowe stoją od kilku lat w szafce. Czas by nieco ogarnąć nasz spirytusowy rozgardiasz, pomyślałam. Z uporem maniaka ładuję do słojów kolejne pokolenia truskawek, porzeczek, wiśni i aronii. Zastępy butelek rosną i powoli wymykają się z pod kontroli. Zeszłoroczne zapasy nawet nie opuściły słoików, bo inne rzeczy były ważniejsze. Na szczęście nalewce leżakowanie przez 12 miesięcy może tylko pomóc a nie zaszkodzić. My też nie byliśmy zagrożeniem dla zapasów, bo komu by się chciało jechać zimą ponad 60 kilometrów, żeby się napić kieliszeczek aroniówki. Nalewki stoją w domu pod lasem, a ten zimą odwiedzają tylko sarny i dziki.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Stół zajęły słoje, butelki, sitka i jeden kieliszek. Testowy. Przecież muszę wiedzieć co leję do butli!
Zaczęłam od orzechówki. Nie wymagała specjalnych zabiegów i jeden łyczek wystarczył by nadać jej order pierwszej klasy.
Na drugi ogień poszła nalewka z czarnej porzeczki. Moja tajna broń. Moja ulubiona.
Tutaj zamarudziłam nieco dłużej a wystawienie certyfikatu wymagało dogłębnej analizy. Po trzech próbach doszłam do efektu idealnego. Jeszcze tylko etykieta na butelkę i można się skupić na wiśniówce.
Słabiutka jakaś się okazała. Kolejna butelka również. Czyli należałoby ją wzmocnić. Wzmocniona wiśniówka wymagała degustacji.
Poczułam zmęczenie. Dopiero trzy nalewki a ja już mam słabe nogi. To zapewne trudy minionego tygodnia.
Następne butelki należały do morelówki. Była pyszna. Tak pyszna, że postanowiłam nagrodzić samą siebie dodatkowym kieliszeczkiem. Nawet podzieliłam się z domownikami.
Wróciłam do butelek ale jakby z mniejszym entuzjazmem. Kolejna nalewka to vieux de garcon. Stała sobie w ogromnym słoju od zeszłorocznej jesieni. Owoce zanurzone w rumie i miodzie.   Czas dokonać podziału. Nalewka do butli, owoce do słoja. Jak nie spróbować rumowej truskawki i miodowej brzoskwini? Miseczka to nie koniec świata.
Nie wiedziałam, że rozlewanie nalewek to takie wyczerpujące zajęcie. Musiałam zrobić sobie przerwę. Najlepiej na leżąco.
Rozlałam cztery nalewki. Do końca porządków jeszcze daleko. Zajęło mi to pół dnia, cześć na przelewaniu, część na spaniu. Nalewki są jednak niebezpieczne. Niby takie słodkie nic. Ale kiedy jedno nic dodamy do drugiego nic i wzmocnimy trzecim nic, to okazuje się, że jest tego całkiem sporo. Jak na jedną głowę.
Reszta soboty upłynęła mi w wstrzemięźliwości. Kolejnym razem biorąc się za degustację, będę pamiętać, że nie wszystko trzeba robić dog(ł)ębnie.
Zanim wpadłam w sidła alkoholizmu upiekłam najwspanialsze ciasto ze śliwkami. Ono było moją zasłoną dymną po nalewkowej wpadce.
To pierwsze śliwkowe ciasto w tym sezonie i już martwię się, że co będzie dalej, skoro najlepsze już mam za sobą. Nic, będę piekła to ciasto, póki się nie znudzimy.





Ciasto ze śliwkami i kremem migdałowym:

1 kg śliwek węgierek
pół szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu

Na pierwszy ogień idą śliwki. Dzielimy je na połowy i wykładamy na blachę. Posypujemy cukrem i cynamonem i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni 40 minut. Studzimy i osączmy na sicie. Płyn z śliwek odparowujmy do konsystencji gęstego syropu i studzimy. Będzie nam potrzebny do posmarowania ciasta.

Ciasto półkruche:

2 szklanki mąki
pół kostki zimnego masła
szczypta soli
3 łyżki drobnego cukru
1 jajko
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki zimnej kwaśnej śmietany
2 krople olejku migdałowego

Wszystkie składniki szybko miksujemy, dzielimy na dwie części, spłaszczamy i zawijamy w folię. Chodzimy w lodówce przez godzinę.
W czasie gdy ciasto się chłodzi robimy krem migdałowy.

Krem migdałowy:

230 g płatków migdałowych zmielonych w mikserze
3 jajka
pół szklanki drobnego cukru
100 g miękkiego masła
2 łyżki likieru amaretto

Ubijamy mikserem jajka z cukrem na puch. Dodajemy płatki, masło i likier. Wyjmujemy ciasto z lodówki. Jedną częścią wykładamy po rozwałkowaniu dno i ścianki formy. Smarujemy dno syropem śliwkowym. Następnie wykładamy krem migdałowy. W krem wtykamy jak najgęściej wcześniej podpieczone śliwki.
Rozwałkowujmy drugą część ciasta i przykrywamy nią formę ciastem, kremem i śliwkami. Sklejamy krawędzie, a na górę sypiemy płatki migdałowe.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni i pieczemy ciasto 45 minut.



Trochę tych ciast ze śliwkami już w życiu upiekłam, ale to okazało się niezrównane. Rzadko się zdarza, żebym musiała piec w weekend dwa ciasta. Tym razem ciasto ze śliwkami i kremem migdałowym zniknęło za pierwszym posiedzeniem. Koniecznie wypróbujcie.




Smacznego

piątek, 30 sierpnia 2013

Dobre rady i ognista harissa






Zapewne każdy ma zdanie na temat dobrych rad. Dobra rada nie ma dobrej prasy. Przecież każdy z nas i tak wie lepiej. Wciskanie dobrych rad jest podobne do oferowania trefnego towaru przez domokrążcę. Uśmiechamy się uprzejmie ale nogą przytrzymujemy drzwi, żeby intruz nie wtargnął na nasze terytorium.
Dostajemy dobre rady nie prosząc o  nie i rozdajemy dobre rady nieproszeni. Czy zdarzyło się wam prosić kogoś o radę? I czy kiedykolwiek zastosowaliście się do niej?
Bywają jednak sytuacje, w których przezorność podpowiadałaby zastanowienie się jej treścią, zanim np. wlejemy olej do pieca. Może prawdą okaże się przestroga, że czeka nas osmalenie sufitu?
Są rady uniwersalne w stylu: włóż szalik bo się przeziębisz. Są rady enigmatyczne: nie siedź na kamieniach, bo dostaniesz wilka. Są rady bezcenne: pieniądze szczęścia nie dają, ale ty to sprawdź. I są te z rodzaju beznadziejnych czyli: zostaw go, on nie jest ciebie wart.
Słyszeliście o nagrodach Darwina? Przyznanie nagrody Darwina jest ewidentnym dowodem na to, gdzie większość z nas ma dobre rady.
Przykład? Proszę bardzo. Nie odbezpieczaj granatu w samochodzie, w którym są zamknięte okna.
Albo: nie wchodź do klatki tygrysa, nawet jeśli chcesz mu zawiesić na szyi kwietną girlandę.
Kolejnym przykładem mogłoby być: nie oblizuj łyżki, którą przed chwilą mieszałeś karmel. Lub: nie drap się w oko, jeżeli minutę temu obierałaś chili.
Dwa ostatnie przykłady dotyczą samej piszącej. Moja dentystka zaniemówiła na widok mojej paszczy po bliskim kontakcie z wrzącym karmelem. Pomyśleć dorosła osoba, raczej odpowiedzialna i zrobiła sobie taką krzywdę. Sama i na długo.
Poparzone oko to sprawa najświeższa. Ten tydzień jest poświęcony papryce. Ale jeżeli duża i słodka jest uosobieniem niewinności to ta mała czerwona jest kwintesencją wredoty. Niby takie to małe, bezbronne. Po całej serii słoików ze słodką papryką, automatycznie zabrałam się za paprykę anorektyczkę. I dostałam po oczach. Rękawiczki wydawały mi się zbędną fanaberią. Jak żałowałam swojej beztroski. Poparzone ręce, poparzone oko, poparzony język. Odruch oblizywania palców jest silniejszy od instynktu przetrwania.
Pokonałam zołzę i załadowałam do harissy, ale co się nacierpiałam to moje.
Trzeba było słuchać dobrych rad i obierać chili w zbroi.
Jeżeli nie zniechęciły was moje bolesne doświadczenia weźcie się za pieczenie papryk, bo są warte zachodu. Nawet ta mała, wredna papryczka chili w końcu daje się ujarzmić.



Harissa wg Anthony’ego:

25 papryczek chili
6 ząbków czosnku
pół łyżeczki soli
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
3 liście mięty
kilka liści pietruszki
pół łyżeczki cukru
2 łyżki oliwy

Najpierw trzeba się zmierzyć z czerwoną zołzą. Pierwsze kroki są dziecinnie proste. Ładujemy delikwentkę na najwyższą półkę piekarnika. Włączamy górną grzałkę na 200 stopni i pieczemy 10 minut lub do sczernienia skórki. Odwracamy papryczki na drugi boczek i pieczemy następne 10 minut. Poczerniałe papryki zamykamy szczelnie w misce i po pół godzinie bierzemy się za rozbieranie jej ze skórki.
Skóra na paprykach jest twarda i jest jej trzy razy więcej niż upieczonego miąższu. 
UWAGA! Każda cześć tej niewinnej czerwieni może zabić. Nie lekceważcie maciupeńkich pesteczek czy bezbronnego ogonka. To diabły wcielone. Tylko rękawiczki i duża ostrożność uchronią was przed cierpieniem.
Zakładając, że cało i zdrowo przebrniecie przez ten etap (zapomniałam dodać, że psikanie i kaszel są jak najbardziej usprawiedliwione, bo w powietrzu unosi się kapsaicyna), cała reszta jest spacerem w parku.
Do blendera pakujemy wszystkie składniki i miksujemy na mniej lub bardziej gładką masę.





Dla tych, którzy lubią życie na krawędzi nie mam żadnych rad. Niech to co załadują do słoików dobrze im służy.
Tym , którzy są nieco bardziej ostrożni, proponuję dodać do miksowanego chili ze dwie słodkie grillowane papryki. Wtedy harissa nie będzie po otwarciu słoika wymagała koca gaśniczego.


Wiem, że to dziwne ale my z lubością cierpimy jedząc harissę w zupie harira lub smarując nią plastry sera. Spróbujcie, ale nie mówcie, że was nie ostrzegałam.

Smacznego?